niedziela, 13 grudnia 2015

Moje czytelnicze miejsce.

Słońce praży niemiłosiernie, muska odkryte ramiona i wiem, że po powrocie do domu będę musiała posmarować się balsamem. Sukienka tańczy w powietrzu, prowadzona przez lekki i ledwo odczuwalny wiatr. W koło zieleń drzew i krzewów koi zmęczone oczy, które godzinami zmagały się z wyzwaniami codzienności. Na ławkach przy głównej alei siedzą starsi panowie z puszkami piwa, para staruszków ściska się za dłonie i obserwuje ptaki, około trzydziestoletnia kobieta usypia dziecko w wózku. Dalej, na placu zabaw, grupka dzieci śmieje się i bawi w berka, zakochani nastolatkowie idą z naprzeciwka, trzymając się za ręce. W powietrzu czuć szczęście i radość, jakby czas zatrzymał się na chwilę. Skręcam w prawo, obok działek ogrodowych. Ścieżka robi się coraz węższa, prowadzi przez gęstwinę krzewów i traw. Coś porusza się w dywanie koniczyny i ucieka szybko, by mój wzrok nie mógł tego zarejestrować. Cichnie dźwięk kosiarki, śmiechy maluchów giną gdzieś za mną. Spokój. Niczym niezmącona cisza. Wychodzę na niewielkie wzniesienie, z którego widać całe miasto. Za moimi plecami park, przede mną bezkres. W oddali widać ludzi i jeżdżące samochody, jednak to wszystko jest tylko milczeniem, iluzja. Być może nieistniejącą materią. Tu i teraz nie ma nic. Rozkładam na trawie koc, kładę się na plecach i zamykam oczy. Do moich uszu dochodzi nagle śpiew pojedynczego ptaszka, który zgubił się zapewne w drodze do domu. W dobre miejsce trafił, gdyż można się w nim odnaleźć. Po chwili relaksu wyciągam z torby książkę i tonę w świecie, który istnieje tylko dzięki zmysłom.


Po kilku miesiącach idę tą samą ścieżką, opatulona szalikiem i z czapką naciągniętą na uszy. Wiatr ściąga mi ją z głowy. Na głównej uliczce jest cicho. Tylko chłopiec z psem chodzi po trawniku. Drzewa z zielonych transformowały się na żółto-pomarańczowe. Idę dalej, na tę samą polanę. Liście szeleszczą pod ciepłymi butami, targane wiatrem przelatują przed moimi stopami, drzewa jakby zasnęły z pochylonymi głowami. Wszystko mówi mi o przemijaniu. Wszystko szepce, że coś się kończy i coś zaczyna. Staję w miejscu i patrzę na miasto, które jakby powoli wymiera. Albo - jak mówi to miejsce - szykuje się, by zacząć od nowa. Dziś nie mogę poczytać książki, ale mogę pomyśleć. Siadam więc na dużym kamieniu, który podobno kiedyś był ołtarzem. Ktoś przyniósł stary fotel, na którym leżały mokre gazety. Dziś nie zostanę tutaj długo, jednak muszę zebrać myśli.

1 komentarz:

  1. I jak tu czuć się oryginalnie, gdy ja zawsze czytam albo w domu, albo w autobusie? :c
    Zazdroszczę ci tej chęci do wędrowania. Ja bym nie dawała rady xD

    OdpowiedzUsuń