piątek, 30 grudnia 2016

SOS! Psychologiczna apteczka

Przełom starego i nowego roku to bardzo symboliczny czas. Każdy spisuje jakieś postanowienia noworoczne, stawia przed sobą cele na nadchodzący rok czy po prostu próbuje się zmotywować do uczynienia swojego życia lepszym. Pójdę na siłownię, zacznę ćwiczyć, biegać, zdrowo się odżywiać, zapiszę się na kurs tańca, rysunku, przeczytam 52 książki, pogodzę się z przyjacielem sprzed lat, zmienię fryzurę, garderobę, faceta (kobietę)... Nie ma w tym nic złego; zmiany są dobre, pozwalają ruszyć z miejsca i przestać "się cofać". Ale często zapominamy pomyśleć o swojej psychice. Zapominamy, że niektóre rany tworzą się i rozdrapują codziennie, bo... takie jest życie. Nie dość, że nieopatrzone w porę mogą się zakazić, to jeszcze będą hamowały nas w dążeniu do "doskonałości". Skoro nowy rok to czas zmian, zmieńmy swoje nastawienie do higieny psychicznej :). A w tym pomoże nam książka dr. Guy Wincha Emocjonalne SOS. Jak uleczyć negatywne emocje wydana niedawno przez wydawnictwo Muza.

Tytuł: Emocjonalne SOS. Jak uleczyć negatywne emocje
Autor: Dr Guy Winch
Wydawnictwo: Muza


Kiedy ktoś pyta nas "gdzie jest apteczka?", automatycznie odpowiadamy "w szafce pod umywalką!", "w dolnej szufladzie!", "nad lodówką!"... A kiedy wpada do nas zapłakana i roztrzęsiona przyjaciółka, i pyta "masz jakąś pierwszą pomoc na rany psychiczne?", często nie wiemy, co odpowiedzieć. A powinniśmy wtedy krzyknąć "jest na regale w pokoju na drugiej półce!". We wprowadzeniu do Emocjonalnego SOS... autor porównał tę książkę do podstawowej apteczki, którą każdy ma w domu, żeby móc udzielić pierwszej pomocy w razie drobnego wypadku. Daje nam konkretne plastry, bandaże, płyny, byśmy mogli "opatrzyć urazy psychiczne", jakich doznajemy w życiu codziennym. A to nie wszystko! Dr Guy Winch nie mówi ogólnikowo, a w osobnych rozdziałach opisuje aż siedem typowych urazów psychicznych: odrzucenie, samotność, stratę i traumę, poczucie winy, rozpamiętywanie, porażkę oraz niskie poczucie własnej wartości. Jako praktykujący psycholog bazuje na najnowszych badaniach naukowych i do każdego podaje konkretny przykład obrazujący ze swojego doświadczenia zawodowego, szczegółowo opisuje, czym jest, jakie psychiczne rany może zadać i... jak te rany leczyć


Dr Winch wspomina, że do niedawna stosowało się zasadę, że pacjent sam musi dojść do rozwiązania swojego problemu. Ale – jak to ze zdrowiem bywa – nie zawsze z katarkiem, kaszelkiem czy bólem głowy pędzimy do lekarza. Po prostu bierzemy tabletkę czy syropek z domowej apteczki. I taką "tabletką" czy "syropkiem" jest książka Emocjonalne SOS... Po szczegółowym omówieniu urazu dostajemy wytyczne do kilku kuracji. Często są to ćwiczenia pisemne, wymagające myślenia i... pięciu minut. A czasami to po prostu wskazówki, co robić, jak zmienić myślenie czy nastawienie. Ale! Ćwiczenia w ramach kuracji nie są ani trochę nudne. Niektóre mogą być jedynie trudne, jeśli rana jest świeża. Jednak autor zaznacza, w jakich sytuacjach dany lek stosować, a w jakich się wstrzymać i poczekać na odpowiedni moment. Ja radzę go "słuchać" i rzeczywiście nie stosować danej kuracji, jeśli jest za wcześnie. Myślenie "e tam, jestem silna/y, nic mi nie będzie, to nie może być trudne..." może okazać się zgubne i obciążyć nas niepotrzebnymi na tym konkretnym etapie myślami czy wnioskami. 


Starałam się tę książkę poznać jak najlepiej (a także pokazywać wam to na Facebook'u i Instagramie) i zrobić każde ćwiczenie, przeczytać nawet te rozdziały, które sprawiały mi trudność. I, muszę przyznać, nie tylko mnie zainteresowały i zmusiły do innego myślenia, niż na co dzień, ale także pomogły się uporać z niektórymi problemami... Może nie do końca, bo na to potrzeba czasu, ale czuję ogromną poprawę zdrowia psychicznego, odkąd zaczęłam robić to dobrze. Dlatego – muszę się powtórzyć – słuchajcie Dr. Wincha, gdy mówi, żeby dane ćwiczenie zostawić "na później", jeśli jesteście na tym i tym etapie leczenia. Obchodźcie się z tą apteczką dobrze, a jest szansa, że poczujecie poprawę. Kolejną wskazówką, jaką dostajemy, jest opis sytuacji, w której podstawowe leczenie może nie wystarczyć i trzeba wybrać się do specjalisty. Każdy rozdział kończy się taką poradą, dzięki czemu łatwiej się zorientować, jak bardzo "zakażona" jest rana.

Czy Emocjonalne SOS. Jak uleczyć negatywne emocje jest potrzebne, jeśli nie odczuwam opisanych w niej problemów?

Moim zdaniem tak, bo nigdy nie wiadomo, kiedy w życiu codziennym doznamy jakichś urazów. Możemy się nie kaleczyć czy nie parzyć, a jednak środki pierwszej pomocy na wszelki wypadek posiadamy. Tak samo jest z tego typu apteczką. Przyda się ona nie tylko nam, ale też naszym bliskim, przyjaciołom, którzy wpadną do nas po radę. Od ludzi nie uciekniemy, a żyjemy wśród nich cały czas, więc dobrze wiedzieć, jak ich wspierać i jak "udzielić im pierwszej pomocy". Książki nie trzeba też czytać jednym haustem, bo poszczególne rozdziały dotyczą innego urazu, więc nie łączą się ze sobą. Nie trzeba też czytać ich po kolei. Kolejnym ułatwieniem – i na pewno dużym plusem – jest język, jakim książka jest napisana. Nie dostajemy tutaj medycznego jazgotu, nie jesteśmy atakowani ze wszystkich stron naukowymi określeniami i opisami, a czytamy po prostu o zwykłych ludziach, ich problemach. Czytamy o sobie, o naszych emocjach.

Emocjonalne SOS... jest o tyle dobre, że jeśli nie ma akurat wyleczyć, to na pewno pomoże wzmocnić psychiczną odporność i uwolnić się od urazów i zahamowań uniemożliwiających rozwój osobisty. A kto stoi w miejscu, ten się cofa! Więc jest to obowiązkowa pozycja dla każdego, kto ma jakieś postanowienia noworoczne. Nawet mężczyźni, którzy mogą być nastawieni trochę "anty" ze względu na bardzo cukierkową okładkę – zamknijcie oczy i nie patrzcie na te kolory, które mnie osobiście uspokajają i zachęcają do lektury... Ale każdy jest inny, więc wspominam prewencyjnie ;).


 Za egzemplarz dziękuję Business & Culture

wtorek, 27 grudnia 2016

Pomroki – udowodnij, że żyłeś...

Borszewicz był obecny w moim życiu już od jakiegoś czasu, towarzyszył mi w przełomowych momentach i za każdym razem fascynował... Fascynuje do dziś. Pomroki również wiedziały, kiedy trafić w moje ręce, a gdy zaczęłam czytać, po prostu się rozpłynęłam. Musiałam mieć tę książkę zawsze przy sobie, zawsze w torebce, zawsze na widoku. Nawet jeśli w danej chwili jej nie czytałam. Dlaczego, pomyślicie, tak mnie zachwyciła, skoro nie czytałam jej "na raz"? Otóż, gdy tylko pochłonęłam kilka pierwszych stron, zrozumiałam, że to będzie kolejna książka mojego życia. Zrozumiałam, że wywróci mój świat do góry nogami tak, jak zrobiły to Mroki. Zrozumiałam, że chcę czytać ją w nieskończoność, chcę się nią delektować i nigdy nie kończyć. I miałam rację...



Tytuł: Pomroki
Autor: Jarosław Borszewicz
Wydawnictwo: Iskry



Mroki cechuje ciężka i przytłaczająca atmosfera ze względu na obecność Wiktora, który, całe szczęście, potrafił tę atmosferę rozładowywać. Prawdą jest, że Mroki traktują raczej o śmierci, a Pomroki... o życiu, wierze i miłości (coś czuję, że to nie będzie zwykła recenzja, a zaraz zacznę się rozpływać). Borszewicza polecałam na dużej grupie książkoholików i jedna dziewczyna  – pozdrawiam Karolinę z tego miejsca – została trafiona tak, jak ja. Miałam przyjemność rozmawiać z nią w świąteczną noc o Pomrokach, rozważałyśmy znaczenie niektórych fragmentów, interpretowałyśmy stwierdzenia, zastanawiałyśmy się co się stało z...?... No właśnie, bardzo spodobało mi się jedno jej stwierdzenie: na Sipińską! Co się tutaj odborszewiło?! A znane miłośnikom książek zdanie Kura ma pióra! przejdzie chyba do użytku codziennego... Ale wracając do tematu, Jarosław Borszewicz w Pomrokach opisuje życie takim, jakie jest. Nie słodzi, nie stawia miłości w centralnym punkcie, nie wyolbrzymia fascynacji i obawy przed śmiercią, poszukuje odpowiedzi na pytania o istnienie Boga i raju, daje do myślenia każdą stroną, każdą linijką, wersem, zdaniem...

(...)
I zapamiętaj, proszę,
że miłość nie jest dworcową poczekalnią,
do której o każdej porze dnia i nocy
można wejść albo z niej wyjść.
(...)
Pytasz, czy możemy spróbować jeszcze raz?
Nie możemy, bo nie da się wrócić do czegoś,
czego już nie ma.
(...)
Ale powiem ci na pociechę,
że najdłużej pamięta się to,
co się nigdy nie zdarzyło...
I dlatego tę miłość zapamiętamy
aż do pocałunku śmierci!

Jaki Bóg – tacy ludzie...

Wszędzie źle, 
ale w życiu najgorzej...

Dobrze, pora jednak zacząć od początku. Podmiot, którym nadal jest Duet Zezowaty, trafia przed bramy nieba, gdzie okazuje się, że nie ma go na liście! Ale jak to? No to Piotr mu na to: udowodnij, że żyłeś. Oj, on zaraz udowodni... Oczywiście trzeba zacząć poruszającym wierszem od pierwszej miłości, bo nie ma innego dowodu na życie, jak doświadczenie takiego uczucia. Pomroki nie mają konkretnej fabuły, są raczej zbiorem fragmentów, układających się w jedną spójną całość. Całość, z której wyłania się życie. Poszczególne fragmenty i cudowna całość, czytane w skupieniu i – tak sądzę – odpowiednim momencie życia, przynoszą wstrząsający efekt. Jaki? Wszystko się zmienia... Przepraszam, nie powinnam uogólniać, bo przecież każdy może tę książkę odebrać inaczej... Więc jeszcze raz... W moim przypadku przyniosło wstrząsający efekt! Wszystko się zmieniło. Zmieniło się moje postrzeganie świata, spojrzenie na ludzi, na okazje, na szanse obecne i stracone, nawet na miłość. Jakby ktoś wziął taką korbkę w głowie przekręcił i zaczął nią przemeblowywać cały umysł. Może to dlatego, że czytałam te "spójne fragmenty" dawkami? A może dlatego, że akurat teraz potrzebowałam Dueta... Potrzebowałam Borszewicza? Przyczyny mogą być różne, ale w tym przypadku liczy się skutek. Dlaczego?


Trudno mi określić, co jest w stylu pisania Borszewicza takiego, co sprawiło, że się w nim zakochałam. Trudno mi określić, co mnie tak ciągnie do Mroków, że czytam je już dziesiąty raz (może w końcu po tym przeczytaniu również o nich napiszę krótką opinię, bo na razie tylko się zachwycam). Wiem też, że Pomroki będę czytać równie często. Bo te dwie książki tworzą jedną kompletną historię. Nie mogę sobie wyobrazić, że miałabym czytać Pomroki bez znajomości Mroków – i tutaj jest odpowiedź na pytanie zadawane mi przez wiele osób: Czy można czytać Pomroki bez znajomości poprzedniej i czy kolejność ma znaczenie? Nie można, bo kolejność ma znaczenie. Jeśli nie będziecie znali Wiktora z Mroków, nie zrozumiecie Dueta z Pomroków. Jeśli nie poznacie relacji podmiotu z innymi bohaterami, nie zrozumiecie niektórych smaczków. Tak więc, najpierw Mroki, później koniecznie! Pomroki.


Wiem, że jednym z powodów mojej miłości do twórczości Borszewicza jest umiejętność pisania o miłości. Ale nie takiego pisania, jak w tych popularnych romansach i obyczajówkach (do których nic nie mam, a wiecie, że nawet je lubię). Boże, jak on pisze o tej miłości! Przecież on potrafi się rozpisać na kilka stron, tak pięknie, tak obrazowo, tak niecodziennie, a zarazem tak normalnie, realnie i oczywiście. Przykładowo: Duet opisuje, jak Marysia obiera ziemniaki. Ziemniaki? – można pomyśleć – na pewno bym to przekartkował/a. A ja... Kurde, czytałam ten fragment dwa razy i w końcu doszłam do tego, o co mu chodzi... Właśnie, wychodzi na jaw, że mam nieposkładane myśli. Marysia w Pomrokach jest nową postacią. Duet poznaje ją, gdy musi przeprowadzić wywiad do gazety, jednak postanawia dziewczynę zbyć. Marysia trafia do szpitala, a Duet... Cóż, postanawia się nią zaopiekować. I tak się opiekuje Marysieńką i powiem wam, że bardzo ją polubiłam. Czasami mnie irytowała, ale znów interpretuję jej osobę jako element życia. Dość potrzebny element. 


Kto czytał Mroki, zauważy różnicę i tajemnicę... W Pomrokach Duet dostaje listy OD Nieobecnej. Są one świetnym urozmaiceniem historyjek, nie dość, że wzruszające i zastanawiające, to jeszcze ładnie graficznie wyróżnione. Aż chce się czytać po kilka razy (może dlatego te zaledwie 280 stron mogłam sobie wydłużać o kolejne dni?). Tak naprawdę, Pomroki to kopalnia mądrości. Co chwilę brałam do ręki ołówek i zaznaczałam cytaty, ciekawe sytuacje, notowałam przemyślenia. Jednak, jak już wyżej wspomniałam, nie jest to książka dla każdego i nie można jej czytać w dowolnym momencie życia. Każdy wyciągnie z niej na pewno coś innego, inaczej ją zinterpretuje, na każdego inaczej wpłynie. Wiem jednak, że warto. Warto przeczytać. Nie raz i nie dwa. Jedyny problem, to... Niedosyt. Czytałam ostatnie linijki i czułam niedosyt! Czułam się niekompletna i od razu zaczęłam bardziej żałować, że Borszewicza z nami nie ma, bo on powinien napisać dalej! Ale może to dobrze... Może teraz czas, by czytelnicy pisali własną książkę?


środa, 7 grudnia 2016

Gdzie się kończy i zaczyna Człowiek?

źr.
Żyje sobie Człowiek spokojnie w swojej teraźniejszości, pewien otaczających go ludzi, pewien swoich uczuć, przyszłości, pewien wartości drugiego człowieka, jego intencji, siły, charakteru... Żyje tak sobie Człowiek i uśmiecha się każdego dnia, każdego dnia wstaje prawą nogą i cieszy się na kolejny dzień, który zbliża do czegoś. Czegokolwiek. Żyje tak sobie Człowiek połączony uczuciem z innym człowiekiem, który wydawał się... Człowiekiem przez duże C być również. Aż tu nagle życie wszystko weryfikuje, człowiek okazuje się nie być Człowiekiem, jego charakter okazuje się zupełnie inny, cała jego osoba staje na nogi, bo do tej pory kiwała się na głowie. I przychodzi w życiu Człowieka dzień na zadanie pytania "z kim ja byłem związany tyle lat?". I odpowiedzi nie przychodzą tydzień za tygodniem, weekend za weekendem, zamiast żyć tu i teraz, żyje przeszłością. Analizuje różne sytuacje, zachowania, gesty, słowa... I dochodzi do wniosku, że czarno na białym dostawał ostrzeżenia od losu już dłuższy czas. I czuje się Człowiek idiotą, bo nie widział tych znaków, ignorował te słowa, ignorował każdy moment, każdą okazję do ocalenia C. Aż w końcu wychodzi Człowiek ze swej skorupy choć na chwilę, na moment wpuszcza trochę światła i przekonuje się, że otaczają go tylko ludzie. Żadnego Człowieka...



Niech ktoś mi powie
gdzie się kończy
i gdzie zaczyna człowiek?


Zadałam już raz takie pytanie i spodziewałam się w sumie odpowiedzi, którą dostałam:

Nawet patrząc na ten obrazek praktycznie, nie mogę się zgodzić. Jest zupełnie na odwrót. To głowa jest początkiem. Głowę chronimy zawsze w przypadku poczucia zagrożenia, pierwszy kontakt z człowiekiem to spojrzenie na jego twarz, nawet rodzi się człowiek "od głowy". Tu się wszystko zaczyna: każda myśl, ruch, słowo, potrzeba... Bez nóg natomiast można przecież żyć. 

Ale człowiek nie jest tylko ciałem, i w tym tkwi problem. Każdy człowiek szuka Człowieka, nikt nie chce być ani sam, ani samotny. Jak mówi dr Guy Winch w książce Emocjonalne SOS. Jak uleczyć negatywne emocje, nie liczba bliskich, przyjaciół i znajomych decyduje o tym, czy człowiek jest samotny, a pewnego rodzaju "jakość" relacji. Każdy potrzebuje czegoś innego, każdy inaczej to pojęcie rozumie. Człowiek ma wsparcie, Człowiek ma do kogo się odezwać, z kim wyjść, pobawić się, porozmyślać... Ale nie ma Człowieka, dla którego poleciałby w kosmos po worek gwiazd i księżycowy pył, bo ten po latach okazał się tylko... c. I tak to wygląda, że w kółko zaczyna wątpić w Człowieka, w koło widzi tylko ludzi, na których się otwiera wciąż i wciąż, ale nie ma ochoty porzucać skorupy, nikomu na jej porzuceniu nie zależy. 

Tak więc gdzie zaczyna się Człowiek? To jest chyba najtrudniejsze pytanie, jakie zadałam w ciągu ostatnich kilku... miesięcy? Myślę, myślę, myślę i nadal nic nie wymyśliłam. Możliwe, że zaczyna się od myśli na temat swoich potrzeb, nie tylko tych podstawowych – fizjologicznych, ale też duchowych (przyjmijmy, że nie tylko osoby wierzące mają potrzeby duchowe) i emocjonalnych. Człowiek zaczyna się, gdy jest potrzebny, gdy czuje sens myślenia o wstawaniu tą prawą nogą i kierowania swoimi poczynaniami tak, by doznać szczęścia. Tutaj pojawia się kolejna składowa, Człowiek już się zaczął, ale pragnie szczęścia i w sumie ze szczęścia się składa. Problemem jest, że szczęście szczęściu nie równe i to, co sprawia je innej osobie, temu właśnie Człowiekowi nie wystarczy. Bo Człowiek ma dziwną manierę "dawania siebie" i nie chce dawać siebie sobie, bo to bez sensu (chociaż są tacy, którzy widzą w tym sens i spełniają się poprzez uszczęśliwianie samego siebie), a innym ludziom. Innemu Człowiekowi. I doszłam do wniosku, że już się pogubiłam, bo wychodzi na to, że do bycia Człowiekiem jest potrzebne szczęście, więc czy bez tego jest się niekompletnym?

Trochę bardziej pewna jestem odpowiedzi na pytanie gdzie się kończy Człowiek? Człowiek kończy się, gdy odchodzi. Zaś ten, który zostaje, musi walczyć o bycie Człowiekiem, zmagać się z myślami, chaosem, bałaganem, nieporządkiem, błotem... Znów idę w kierunku myśli. Człowiek kończy się na myśli. Gdy już ma poczucie beznadziei, poczucie braku jakiegokolwiek sensu, jakiejkolwiek przyszłości, gdy już pyta w głowie "daleko jeszcze?". Może sądzę więc, że człowiek zaczyna i kończy się na myśli. Brawo, co za odpowiedź... Ale oczywiście mnie nie satysfakcjonuje w ogóle, bo nadal nie wiem, co jest między myślą i myślą, i co pomiędzy czyni człowieka Człowiekiem.

Skorupa kusi, ale uwiera. Człowiek rozgląda się w koło. Widzi wszystkich, którzy są, a dostrzega tych, których nie ma. Wciąż idzie przed siebie, jak dziecko we mgle szuka tego, czego nie ma. Czego mu brakuje. Szuka, ale nie wie, czy chce to znaleźć, bo człowiek lubi odchodzić, gdy staje się Człowiekiem. I tak idzie w tej skorupie, wątpiąc w jego istnienie, nie wie już sam, kim i czym jest. Wie jednak, że musi zacząć się od nowa. Stawia przed sobą pytanie "co zrobić ze swoim życiem?" i szuka odpowiedzi, bo musi zacząć od nowa i uwolnić się z tej skorupy. Podobne to trochę do okręgu. Człowiek w kółko zaczyna się i kończy, zaczyna się na myśli, kończy na myśli. Wciąż jednak pozostaje pytanie: co musi być pomiędzy?

niedziela, 27 listopada 2016

Nie jesteś sobą, gdy...

Kiedy książka tak cię interesuje, że nie możesz się doczekać, aż będziesz mógł po nią sięgnąć. Kiedy książka zbiera tyle pochwał, że aż trudno zliczyć. Kiedy filmowa adaptacja jest tak wspaniała, że nie możesz sobie pozwolić na przejście obojętnie obok książki, pojawia się... Właśnie, co?



Tytuł: Nie jesteś sobą
Autor: Michelle Wildgen
Wydawnictwo: Marginesy



Nie jesteś sobą przedstawia losy dwóch kobiet, które niespodziewanie zaczęły się ze sobą przeplatać. Bec jest studentką, która szuka swojej życiowej drogi i nie jest pewna, co powinna zrobić. Zagubiona pląta się w romans z żonatym mężczyzną, wykładowcą na jej uczelni. Podejmuje się swego rodzaju wyzwania i postanawia zatrudnić się jako opiekunka starszej od siebie Kate, którą choroba pozbawiła bogatego życia, możliwości spełniania się w swoich pasjach, prowadzenia domu, a także wykonywania prostych czynności, takich jak prysznic czy jedzenie. Może się malować nam przed oczami obraz kobiety starej i bezradnej, a jednak Kate ma niewiele ponad 35 lat, dba o swój wygląd, codzienny ubiór i makijaż. Oczywiście nie może zrobić tego sama, dlatego Bec uczy się od jej męża wszystkich czynności, które będzie wykonywać jako opiekunka. Młodej studentce nie brak wątpliwości, ale mimo wszystko się stara. Wszystkie jej starania i stopniowe otwieranie się Kate sprawiają, że kobiety zbliżają się do siebie, rodzi się między nimi wspaniała przyjaźń. Wspaniała, ale trudna. Stwardnienie zanikowe boczne nie tylko zmieniło życie Kate, ale także jest chorobą śmiertelną, więc obie zdają sobie sprawę z nieuniknionej przyszłości... Dzięki tej pracy Bec nie tylko się zmienia, ale wiele rzeczy sobie uświadamia. Niezaprzeczalnie ważnym wątkiem jest miłość Kate i Evana, a uczucie, jakie jest między nimi, uderza nas już od pierwszych stron.

Nie jesteś sobą nie jest książką łatwą i przyjemną, a także nie postawiłabym jej obok Zanim się pojawiłeś czy Gwiazd naszych wina, jak słyszałam w niektórych opiniach. Autorka znakomicie pokazuje sytuację, w jakiej znajdują się osoby chore i osoby z ich otoczenia. Trudno się do tak nagłej sytuacji przyzwyczaić, a wspólnie spędzany czas nie jest pozbawiony wątpliwości: jak tę osobę traktować, jak z nią rozmawiać, jak pocieszać. Relacja Kate i Bec na początku jest, najprościej mówiąc, dziwna. Intymność chwil i nieporadność, błędy popełniane przez młodą opiekunkę znakomicie zarysowują życie osoby chorej i jej otoczenia. Książka na początku nie jest bardzo emocjonalna, jesteśmy świadkami zwykłych wydarzeń, tyle że z życia innej osoby, niż większość ze spotkanych na ulicy. Momentami trudno było mi brnąć dalej, gdyż miałam wrażenie, że nic się nie dzieje, a akcja jest znikoma. Momentami miałam problem z przydługimi opisami i manierą głównej bohaterki i narratorki zarazem. Momentami miałam ochotę kartkować książkę, by zobaczyć, czy dalej będzie ciekawiej...

Pora odpowiedzieć na pytanie postawione na początku tekstu. Pojawia się rozczarowanie. Spodziewałam się książki, która poruszy każdy żywy element mojej emocjonalności, książki, która rozsypie mnie na kawałeczki. Fakt, historia jest piękna, ale więcej powiedzieć nie potrafię. Może dlatego, że nie udało mi się przywiązać do Kate. Może wiele by zmieniło, gdyby narratorem nie była Bec, a zwykły obserwator. Nie dość, że narracja z jej punktu widzenia bardzo ograniczyła możliwości tej książki i zbudowania dużo lepszej historii, to momentami denerwowała mnie ona jako kobieta. Jest to niezwykle irytujące, zwłaszcza patrząc na całość opowieści, bo temat podjęty przez autorkę wcale do łatwych nie należy. Nie dość, że jest wciąż smutno, to jeszcze momentami nudno. Nie jest to na pewno książka zła, ale jako wybitną też bym jej nie określiła. Jest po prostu... Inna. Wyjątkowa. Przełamuje pewne tematy, zmusza czytelnika do refleksji, zwłaszcza gdy Kate zostaje coraz mniej czasu. Myślę, że wielu autorów bałoby się poruszyć te sprawy, które poruszyła Michelle w swojej książce. Mam duży dylemat: polecić, nie polecić? Zdecydujcie sami. Moim zdaniem warto przeczytać Nie jesteś sobą, bo jest to książka wyjątkowa, nie schematyczna. Polecam, jeśli nie boicie się wyzwań.

link

piątek, 25 listopada 2016

Nieskończoność – marvelowski przełom w mojej karierze!

Jest to wpis dość przełomowy. Przełomowy dla mnie jako czytelnika, opiniotwórcy oraz dla was jako moich czytelników. Przygotowałem bowiem tekst, który jest recenzją komiksu, ale wyłamującego się ze stworzonego standardu komiksu Marvela. Znając dość dobrze uniwersum Marvela, postanowiłem chwycić za komiks autorstwa Hickmana, Cheunga, Opena i Weavera pt. Nieskończoność. Za tym krótkim tytułem, jak się okaże, kryje się cała znana nam plejada marvelowskich superbohaterów i złoczyńców, opatrzonych porządną historią science fiction. Tym razem musimy oderwać się od ziemi i wznieść wysoko i daleko w przestrzeń międzyplanetarną. W jakim celu? Zapraszam dalej!

Tytuł: Nieskończoność
Scenariusz: Jonathan Hickman
Rysunek: Cheung, Opena, Weaver



Komiks rozwija wątki zawarte w komiksach z serii Avengers i New Avengers, posyłając nas w sam środek wojny z rasą stwórców zwaną Budowniczymi i Thanosem, niszczycielem światów. Planeta po planecie umiera. Rasa po rasie albo ucieka, albo zostaje eksterminowana i wykreślona z rejestru istnienia. Galaktyki opierają się najeźdźcy, ale czują, że nie mają szans ich odeprzeć i pokonać. Nawet Ziemia, ze swymi wszystkimi herosami, nie widzi nadziei na zwycięstwo w obecnej sytuacji. Wszystko wydaje się skazane na porażkę, dopóki... dopóki nie wkraczają na tę scenę, będącą poletkiem dramatu, Avengers. Szybko okazuje się jednak, że to nie Budowniczowie stanowią prawdziwe zagrożenie, które może ogołocić galaktykę z istnienia, ale Thanos i jego śmiercionośna danina. Czego lub kogo szuka? Jaki ma plan?


Komiks przez długi czas trzyma nas w niepewności, dając złudne poczucie zagrożenia nie z tej strony, z której to zagrożenie rzeczywiście zmierza. Scenarzysta stara się zbudować respekt do tej tajemniczej rasy stwórców, gdy tylnymi drzwiami wprowadza nikczemny plan Thanosa, który, gdy już go odkrywamy, okazuje się naprawdę ciekawym i dobrze skleconym zwrotem akcji. Opowieść trzyma w napięciu i wielokrotnie stara się nas utwierdzić w przekonaniu, że wojna jest z góry skazana na niepowodzenie. Oczywiście, jak to w historii o herosach bywa najczęściej, nasi bohaterowie (pomimo wielkiej ich liczby i tak przodują Avengers z Kapitanem Ameryką i Iron Manem na czele) radzą sobie z kolejnymi problemami, by bardzo szybko wpaść w nowe, z pozoru (czasami nie tylko z pozoru) dużo groźniejsze niż te pierwotne.

Po tylu latach wpisywania tych postaci w kolejne ich przygody nie jest niczym zaskakującym fakt, że i w Nieskończoności są oni wiernie oddani. Ich charaktery, wyglądy i przynależności nie są zbyt dobrze i należycie rozpisane, ale tak jak mówiłem – jest to komiks, który w pewien sposób jest kontynuacją pewnej opowieści. To jedyna wada scenariusza, jeśli miałbym jakąś wskazać. Nie jest to komiks dla nowego czytelnika. Jeśli nie znasz postaci Marvela, to ten komiks jedynie namiesza ci w głowie i niezwykle skomplikuje sprawę. Jest też delikatnie nieprzystępny dla tych, którzy nie znają początków tej opowieści. Gdy jednak poświęci się mu nieco czasu, potrafi odpłacić czytelnikowi swoją nieprzystępność naprawdę dobrym kawałkiem komiksowego kunsztu. A wynagradzanie za wnikliwe wertowanie stron, czy to książki, czy komiksu, to coś, co niezwykle cenię w komiksach.

Kreska jest – z tego, co widziałem również w innych komiksach z tej "serii" – niezwykle marvelowska i typowa dla komiksów, których dotknęła ręka tych czterech rysowników. Jest to styl, który śmiałbym określić jako szkicowy. Jest on dość szczegółowy, jeśli mówimy o pierwszym planie, natomiast plany drugi i trzeci są rozmazane i jest na nich uchwycony jedynie kształt i zarys przedstawionych obiektów. Ostatnio recenzowałem wiele komiksów, które przedstawiane były nadmiernie dokładnie, dlatego też delikatny odpoczynek od tego stylu rysownictwa niezwykle mi się podoba. Rysunki są przede wszystkim bogate w treść i właściwie same opowiadają opowieść, bez dialogów czy jakichkolwiek opisów. Jest to olbrzymia zaleta, gdyż dzięki temu komiks przyciąga wzrok i zachęca do dogłębnej analizy rysunku, która niekiedy jest potrzebna do pełnego zrozumienia danej sytuacji. Pobieżne przeglądanie paneli jest tu raczej odradzane, chyba że nie chcemy poznać całego kontekstu i emocji zawartych w danym momencie fabularnym. Rysunki jednak to rysunki, a kolory i klimat, jakie oddają te elementy złączone w całość, to zupełnie inne rzeczy. A te – muszę przyznać – robią wrażenie, gdyż są to w większości kolory dość zimne, a jednak tak przyciągające wzrok i budujące klimat końca: końca świata, końca wszechświata.

Kolorystyka komiksu wskazuje nam powagę opowieści i jej przekaz – czyli zagrożenie absolutną eksterminacją życia galaktycznego. Muszę zauważyć, że w tym komiksie to właśnie kolory odgrywają najistotniejszą rolę, jeśli mówimy o klimacie. Chłodne barwy (w większości jest to przewaga koloru niebieskiego czy jasno brązowego, wręcz wyblakłego) wskazują na blady strach, na cień, który padł na czoło społeczności galaktycznej. Prawdą jest, że to szczegóły budują całość. Małe elementy większej układanki, bez których nie byłoby spójnej całości.


Komiks Nieskończoność to świetna opowieść, która – choć nie przełomowa, nie specjalnie nowatorska czy poprowadzona oryginalnie – zapewnia kilka godzin przyjemnej, wnikliwej zabawy. Historia przesycona akcją i jej zwrotami bawi i świetnie manipuluje światem stworzonym przez Marvel Comics. Od strony pierwszej do strony ostatniej byłem zadowolony. Jeśli jesteście fanami Marvela zapoznanymi z tym światem i jego bohaterami, to koniecznie sięgnijcie po tę część.

wtorek, 22 listopada 2016

Harley Quinn: Zamotana – czy zamotała i mnie?

Czy jest postać, którą męska część fanów uniwersum DC kocha bardziej niż Harley Quinn? Szalona, słodka wariatka stworzona przez manipulację jej kochanka i oprawcy zarazem, Jokera, stworzona na jeden komiks, ale doceniona i wtłoczona w kanon świata DC, jest ulubienicą czytelników. Nikt w DC nie spodziewał się tak wielkiego zainteresowania tą właśnie postacią. Jej początki możemy datować na rok 1992, kiedy zadebiutowała w Batman: Animated Series. Konkretnie w odcinku Joker’s Favor. Została zainspirowana postacią Arleen Sorkin ze spektaklu Days of our Lives. Przeszła przez te wszystkie lata mnóstwo metamorfoz tak pod względem psychicznym, jak i fizycznym oraz stylistycznym. Teraz stawia śmiałe kroki w panteonie bohaterek/antybohaterek komiksowego świata i otrzymuje własną serię o tytule prostym i dźwięcznym: Harley Quinn. Dziś chciałbym omówić naszą byłą reprezentantkę syndromu sztokholmskiego w komiksie Harley Quinn: Zamotana, który jest drugim tomem serii.



Tytuł: Harley Quinn: Zamotana
Scenariusz: Amanda Conner/Jimmy Palmiotti
Rysunki: Chad Hardin/John Timms
Kolory: Alex Sinclair

Swym zwyczajem wspomnę najpierw o scenariuszu. Przyznam szczerze, że dawno nie widziałem tak szalonego, tak niepoukładanego i dziwnego komiksu jak ten. Czy traktować to jako wadę, czy może raczej jako zaletę? Każdy, kto zna osobowość Harley Quinn, zna doskonale odpowiedź na to pytanie. Przejdźmy jednak do sedna. Scenariusz przedstawia kilka osobnych, a jednak delikatnie połączonych ze sobą opowieści. Opowiadają one bowiem kolejne przygody Harley Quinn z jednej na drugą. Żadna z nich nie jest jednak ściśle powiązana ze sobą, poza miejscowymi wzmiankami o sobie w dialogu bądź dwóch. Pierwsza opowieść to przezabawna opowiastka o mężczyźnie, który porywa Harley. Zamyka ją w klatce w swoim pokoju. Na pierwszy rzut oka widać, że mężczyzna ma obsesję na punkcie byłej pani doktor i stara się ją w pewien sposób w sobie rozkochać. A z całą pewnością mieć ją na własność. Niezwykle lubię, gdy momentami komiksy burzą swą poważną fasadę i mieszają prawdziwy świat z własnym – komiksowym. Psuje to może delikatnie harmonię, podniosłość i powagę historii, ale przypominam, że jest to komiks własny Harley Quinn. Niepoukładanej wariatki. Osoby, której umysł nigdy nie był całkowicie normalny, nawet przed manipulacjami, którym poddał ją Joker. Dlatego właśnie cholernie podoba mi się szybka zmiana tempa, zwroty akcji, gagi i nieprawdopodobne sytuacje. To tak bardzo pasuje do postaci, że trudno czepiać się czegokolwiek, mimo że gdybym dostrzegł podobne cechy w komiksie z Batmanem, uznałbym je za ogromne wady scenariusza – nietworzącego żadnej logicznej całości.

Harleen jest jednak właśnie taką całością bez ładu i składu oraz jakiejkolwiek logiki. Jest jednak pełna humoru. Pełna szalonego humoru. Doskonale zostało to oddane w tym komiksie, gdyż nasza bohaterka swoimi zachowaniami i słowami rozbawia nas właściwie bez ustanku, nie dając nam chwili na złapanie powietrza. Jest wyjątkowa jak zawsze. Niezwykle podobały mi się momenty łamania czwartej ściany i parodiowania postaci z uniwersum Marvela takich jak Thanos, dla przykładu. Przed przeczytaniem komiksu martwiła mnie jednak pewna sprawa: oddanie postaci. Miałem nadzieję, że charakter Quinn został zachowany i doskonale ukazany w komiksie. I tak jak bardzo podoba mi się kierunek, w jakim podąża postać Harley, tj. ukazanie jej jako silnej i niezależnej już od Jokera kobiety, tak nie podoba mi się nadmierna jej seksualizacja. Ze słodkiej, nieco naiwnej i ukochanej wariatki przemieniła się ona w niezwykle skąpo ubraną flirciarę, która choć słodka, zabójcza i niewinna zarazem, nie wywołuje we mnie tych samych uczuć co dawniej. Czasy się jednak zmieniają. Gusta się zmieniają. Niegdyś, by podkreślić seksapil kobiety, należało dać jej takie ubranie, które ukaże jej kształty w jak najlepszym świetle. Dawne kostiumy Harley robiły właśnie tę robotę. Ukazywały ją jako słodką, ale niezwykle seksowną wariatkę, szaleńczo zakochaną w swym oprawcy. Dziś kostium Harley składa się z coraz mniejszej ilości materiału. Nadal jest seksapil i słodkość, ale momentami za dużo tu wyuzdania. Z tego, co zdążyłem wielokrotnie przeczytać w dyskusjach internetowych, nie jestem jedynym czytelnikiem, który uważa to za wadę.

Kreska również jest dość nierówna, gdyż w kilku częściach komiksu zmieniała się nagle na całkowicie inną stylistycznie. Z hiperrealistycznych konturów przeskakiwano na bardziej kreskówkowe klimaty, by po chwili znów powrócić do hiperrealizmu. Było to jednak na tyle inne i ciekawe, że nie szukałem w tym wady, a znalazłem wiele zalet. Komiks nie nudzi. Jego kreska jest tak zróżnicowana i tak niepoukładana, że nie czujemy znużenia ciągłym wlepianiem oczu w ten sam materiał, rysowany dokładnie tak samo przez wiele, wiele stron. Bawi, zaskakuje i świetnie oddaje zarówno klimat, jak i rozmaite żarty sytuacyjne i tak dalej. Choć jeśli miałbym ocenić ją jakoś solidnie, to powiedziałbym, że przeważa tu jednak, poza tymi odstępstw, hiperrealizm.

I muszę przyznać, że jest to jeden z ciekawiej narysowanych komiksów, jakie widziałem. Postacie oddane są z należytą pieczołowitością, doskonale zostały podkreślone wszystkie szczegóły ich twarzy czy ubrań. Tła natomiast bywają szczegółowe bądź też bardziej mozaikowe, ledwie zarysowane. Całość, czułem to przez cały okres czytania, wywiera na nas wrażenie, jakbyśmy "czytali Harley Quinn". Gdyby była ona komiksem, to właśnie takim komiksem – o tak niepoukładanej stylistyce, z którą na samym początku nie wiedziałem co zrobić, by po dłuższym czytaniu zakochać się w niej bez reszty.

Kolorystyka, jak wiemy, odgrywa olbrzymią rolę w komiksie. To ona nadaje rysu postaciom i wydarzeniom. To ona podkreśla wiele rzeczy, których tekst podkreślić nie może. Wywołuje w nas odpowiednie do sytuacji emocje. Zamotana jest kolorystycznie żywa i niezwykle jaskrawa, z dominującymi wyraźnymi i ciepłymi kolorami. Sprawia tym wrażenie dynamicznej, szybkiej opowieści, którą w praktyce właśnie jest. Świetnie oddaje klimat historii potraktowanej z przymrużeniem oka. Opowieści z humorem i wieloma nawiązaniami do popkultury. Kolorystyka świetnie oddaje więc to, że jest to komiks lekki, szalony i zabawny. Tak jak sama postać, o której komiks ten opowiada. Czym bowiem byłby komiks o Harley Quinn bez typowego dla niej szaleństwa również w kresce i kolorze, prawda? Kiedy Pan J. nie patrzy, Harley potrafi swoim wyglądem (bez względu na słowa Jokera!) naprawdę zauroczyć! Zasługa leży oczywiście w rękach świetnych rysowników i osób odpowiedzialnych właśnie za kolorystykę.


Harley Quinn: Zamotana to świetny komiks. Nierówny, szalony, łamiący czwarte, piąte i szóste ściany oraz niezwykle barwny i godny zapamiętania. Ja z całą pewnością zapamiętam tę opowieść, gdyż jest ona tak idealnie nieidealna, tak harmonijnie niepoukładana i cudownie zwariowana jak sama Harley Quinn. A skoro wszyscy kochamy Harley, to musimy też pokochać komiks, który tak cudownie ten szalony charakter w niej podkreśla. Polecam go serdecznie wszystkim fanom komiksu jako takiego, a w szczególności fanom samej Harley. Kupcie. Na pewno się ucieszy, a wtedy jest szansa, że was nie zabije!

sobota, 29 października 2016

Batman: Rok zerowy – tajemnicze miasto


Komiksem Batman: Rok zerowy – tajemnicze miasto kontynuujemy podróż przez serię komiksów, które dostałem w prezencie urodzinowym. Jest to kontynuacja, ale jest nią jedynie z nazwy i numerka. Ta opowieść to inne, bardzo dynamiczne i żywe podejście do samego rdzenia opowieści o Nietoperzu.  Rozpoczyna się tam, gdzie kończy się żywot Bruce'a i zaczyna zarazem. Rozpoczyna się tam, gdzie rodzi się legenda Batmana. Idea mściciela. Czy jednak komiks robi to umiejętnie, nie nudząc i nie przesadzając? Cóż – i tak i nie. Zapraszam do tekstu.



Tytuł: Batman: Rok zerowy – tajemnicze miasto
Scenariusz: Scott Snyder
Rysunki: Greg Capullo
Wydawnictwo: Egmont



Mniej więcej wyjaśniłem to we wstępie, ale fabuła zasługuje na nieco szersze przedstawienie. Historia rozpoczyna się w momencie, gdy uznany za zmarłego Bruce Wayne wraca do Gotham po morderczym siedmioletnim treningu za granicą. Wraca do swego rodzinnego miasta w jednym celu: by walczyć z przestępczością, nie dopuścić do tego, by kogokolwiek spotkało to samo, co spotkało jego i jego rodziców. Nie wraca jednak jako Batman, a jako zamaskowany mściciel, próbujący rozgryźć gang Red Hooda dręczący miasto. Jak szybko się okazuje, gang przejął kontrolę nie tylko nad przestępczością w mieście, ale jego wpływy sięgają i dalej, często do policji i do polityki. Bruce z pomocą Alfreda stawia więc pierwsze kroki w celu powstrzymania tej zarazy, która pożera miasto od środka. Nie chce on jednak, wbrew namowom swego kamerdynera, oficjalnie ogłosić swego powrotu. Boi się, o ironio, bycia wykrytym. Uważa, że istnienie Bruce'a i mściciela mogłoby zbyt szybko skłonić ludzi do połączenia ich w jedną postać miliardera Wayne'a. Chce pozostać martwy. Chce pozostać sekretem. Walczy sam ze sobą, starając się odciągnąć to, co nieuniknione.

Nie chcąc rozdrapywać starych ran, postanawia odrzucić dziedzictwo swej rodziny, firmę i wszystkie jej inwestycje, i skupić się jedynie na swej misji. W historii biorą udział znani nam, ale dopiero rozpoczynający swoją działalność, przestępcy, tacy jak Riddler, Pingwin i Red Hood. Swoje miejsce w opowieści znalazł nawet James Gordon, pracujący na stanowisku porucznika. Nie jest jednak sojusznikiem Batmana od samego początku. Wręcz przeciwnie. Uważa bowiem, że choć pobudki mściciela są słuszne, jego czyny wykraczają poza literę prawa. Muszą więc zostać ukrócone. Opowieść jest o tyle ciekawa, że dla fana świata DC, który zna postaci i ich historię, taka opowieść ukazująca nieco inne spojrzenie na początki Batmana jest prawdziwą gratką. Mimo odmiennej sytuacji miasta każdy fan poczuje się w tej opowieści swojsko ze względu na to, z jaką uwagą Snyder podszedł do rozpisania postaci. Pieczołowicie przeniósł ich charaktery z innych komiksów i zinterpretował na własny sposób, pozostając wciąż "lore-friendly".


Kreska, tak jak każdy komiks z tej serii (poza tomem trzecim), jest niezmienna. Uważam to mimo wszystko za drobny minus, ale rozumiem, że postanowiono utrzymać taką samą stylistykę do całej serii. Jest to zrozumiałe, z pewnością estetyczne jako całość, ale jako osobne komiksy kreska ta robi się dla mnie odrobinę nudna. Po czwartym już tomie spodziewałem się nieco więcej inwencji, eksperymentowania z kolorami czy stylem rysownictwa jako takim, ale niestety rozczarowałem się. Jest to jednak minus dość osobisty, który wynika z czytania wszystkich tych komiksów pod rząd. Gdybym miał jednak ocenić kreskę jako taką, to powiedziałbym, że trzyma naprawdę przyzwoity poziom i, choć nie jest już dla mnie zaskoczeniem, nadal przyciąga wzrok i wzbudza zainteresowanie. Powodem tego jest paleta barw zastosowana do "ożywienia" świata nam przedstawionego. W stosunku do mrocznej i ponurej kolorystyki Śmierci rodziny, Rok zerowy jest utrzymany w żywej i dynamicznej kolorystyce, która skupia na sobie wzrok. Dużo tu żółci, pomarańczy i czerwieni.  Kolory są intensywne i "soczyste".

Gdybym miał doszukiwać się tutaj głębszego sensu, to świat jest przedstawiony jako nieco żywszy, gdyż i Bruce Wayne jako człowiek nadal nie jest skażony znojem walki z przestępczością. Znojem straty i zerowego zysku z tego, co robi. Bruce jest nadal zwykłym człowiekiem, który stara się zrobić coś dobrego. Nie czuje na swoich barkach takiego bagażu, jaki poczuje za kilka lat. Dlatego też widzi świat intensywnie. Tak jak każdy młody człowiek sądzący, że ma życie w garści. Taki jest zresztą klimat komiksu. Dynamiczny. Bezprecedensowy. Świeży. Świeży i młody. Widzimy Nietoperza jako młodego człowieka, niedoświadczonego i dużo słabszego od znanego nam już Batmana. Człowieka, który ma w sobie wiele werwy, zaangażowania i pewności siebie wynikającej z młodości jako takiej. Popełnia błędy, owszem. Ale tylko po to, by zaraz się czegoś z nich nauczyć. Dostaje wycisk – tak, ale tylko po to, by wstać, otrzepać ubrania i ruszyć do dalszej walki.

Młody człowiek czytający komiks może naprawdę dobrze wczuć się w psychikę Wayne'a, gdyż zachowuje się on jak typowy młody dorosły, który stara się robić wszystko sam i wszystko jak najlepiej. Nie obdarto go jednak z typowych dla niego przemyśleń, które zsyłają na komiks nutę zadumy, znanej z DC, czy też odpowiedzialności i troski o ludzi Gotham. Klimat budują kolory. Kolory i świetnie napisane postacie, które są młodsze i mniej doświadczone, co świetnie widać, ale nadal są sobą. To nadal nasze stare dobre Gotham City.


Komiks Batman: Rok zerowy – tajemnicze miasto to komiks dostarczający naprawdę wiele rozrywki. Nie jest przełomowy ani też wybitny na tle innych komiksów z tej serii, ale jest świeży i utrzymano w nim naprawdę dobre tempo. Nie męczy, nie nudzi, nie rozciąga wątków na siłę, tylko ma plan na siebie i przez całość dąży, by ten plan zrealizować. Uważam, że robi to naprawdę porządnie i, choć nie sądzę, bym wielokrotnie do niego wracał, jestem pewien, że jeszcze kilka razy przewertuję tę historię w celu podziwiania paneli czy też zobaczenia swoich ulubionych super- i antybohaterów od nieco innej strony, niż dotychczas.

Każda dobra bajka lub opowieść musi mieć morał, prawda? Przytoczę więc taki, który nasunął mi się po przeczytaniu komiksu. Gdy ludzie potrzebują pomocy, nie będą pytać się, kto im jej udziela. Nie będą pytać się o intencje czy cokolwiek innego. Będą wdzięczni. Nie będą dociekliwi. Dlatego właśnie Batman pozostaje anonimowy dla mieszkańców Gotham. Bo oni potrzebują jego pomocy. Nie chcą wiedzieć, kim jest pod maską. Chcą jedynie wiedzieć, że jest ktoś, komu zależy na ich dobru. 

czwartek, 27 października 2016

Klasyka nie starzeje się nigdy

Klasyka nie starzeje się nigdy, jest tak uniwersalna, że przejmuje wiek swojego czytelnika. O Wichrowych Wzgórzach niby każdy słyszał, ale czy rzeczywiście wie, kto jest ich autorem i jaką historię opowiada? W tym miesiącu wydawnictwo Zysk i S-ka wychodzi naprzeciw wszystkim niezdecydowanym, wydając ponownie książkę czytaną już od kilkuset lat, ale z nowym tłumaczeniem, które ma pomóc współczesnemu czytelnikowi wciągnąć się w lekturę i z przyjemnością spędzić czas z niepowtarzalnymi bohaterami. Przenieście się w czasie do XIX wieku i zatraćcie się w opowieści o tragicznej miłości aż po grób i mrocznej naturze człowieka.


Tytuł: Wichrowe Wzgórza
Autor: Emily Brontë
Wydawnictwo: Zysk i S-ka


Heathcliff jest właścicielem Wichrowych Wzgórz, a od niedawna także Drozdowej Ostoi, dwóch posiadłości w Yorkshire. Gdy przybywa do niego nowy najemca, pan Lockwood, nie umyka jego uwadze ponura atmosfera w domu właściciela i oziębłe relacje w rodzinie. Nie zostaje on miło przyjęty, dlatego postanawia dowiedzieć się więcej o tajemniczym Heathcliffie i reszcie mieszkańców. Na szczęście okazuje się, że gospodyni wynajmowanego przez niego domu pamięta wydarzenia sprzed wielu lat i dręczona przeszłością postanawia wyjawić panu prawdę. Dzięki Ellen wraz z Lockwoodem zanurzamy się w historii trzech pokoleń rodzin Earnshawów i Lintonów, która przepełniona jest obsesyjną, lecz na swój sposób piękną miłością, chęcią zemsty, ogromną tęsknotą i walką. Jest to historia chłopaka znajdy, który przybywając do Wichrowych Wzgórz całkowicie zmienił życie mieszkańców tej posiadłości i okolic. Historia upartej i zawziętej sieroty, spragnionego miłości i uwagi chłopca. Nikt by się nie spodziewał, że z pozoru niewinna istota może wprowadzić tak wiele chaosu i emocji do codziennego życia, posługując się przy tym kolejnymi naiwnymi ludźmi.
Zwodzić mnie ułudą nadziei przez osiemnaście lat to nader osobliwy sposób mordowania, nie cal po calu, lecz jedna grubość włosa po drugiej.
Wichrowe Wzgórza to książka jedyna w swoim rodzaju, z niespotykanym pomysłem na fabułę i narrację, idealnie stworzonymi bohaterami i niespodziewanymi zwrotami akcji. Emily Brontë w swojej jedynej powieści pozostawiła nam wspaniały klimat XIX-wiecznego domostwa, dzięki czemu możemy poczuć się tak, jakbyśmy szli z bohaterami przez całe ich życie. Książka zawiera opisy wystrojów wnętrz, ogrodów, budynków, a także ubrań panów i służby. Ponadto dokładnie stworzone postacie umożliwiają nam poznanie sposobu myślenia i wypowiedzi kilku warstw społecznych Anglii z tamtego okresu. Z relacji postaci można dowiedzieć się wiele o stosunkach panujących między ludźmi, zasadach społecznych i życiu ogólnym sprzed dawien dawna. Nie myślcie sobie, że Wichrowe Wzgórza to tylko taka wycieczka w przeszłość. Fakt, to, co wymieniłam, to bardzo mocne strony powieści, ale zdecydowanie najmocniejszą jest... fabuła. We współczesnych książkach trudno jest znaleźć "to coś", co wyróżniałoby je na tle innych. W rzeczywistości czujemy się, jakbyśmy czytali coś, co ktoś już kiedyś napisał.  

Wichrowe Wzgórza są wciągającą i nieprzewidywalną opowieścią o życiu trzech pokoleń z dwóch rodzin, które zostały na zawsze ze sobą związane. Czy to błogosławieństwo czy przekleństwo – musicie ocenić sami. Nie sposób się domyślić, o czym za chwilę będziemy czytać i co zrobią bohaterowie, a ich wypowiedzi i dialogi są tak interesujące, że nie sposób jest cokolwiek pominąć czy przegapić. Tak samo jest z opisami: wprowadzają nastrój, podkręcają atmosferę i dopełniają całość w taki sposób, że nie miałam ochoty kartkować czy jedynie prześledzić wzrokiem.
Zupełnie się wyleczyłem z chęci, by szukać uciechy w towarzystwie, czy to na wsi, czy w mieście. Rozumnemu człowiekowi powinno wystarczyć własne towarzystwo.
W tej powieści nie ma bohaterów jednowymiarowych, nudnych jak flaki z olejem. Każdy z nich ma własny charakter i poświęcono mu tyle czasu, ile potrzeba, by go zrozumieć i wczuć się w jego sytuację. Ponad wszystkich zdecydowanie wybija się Heathcliff jako główny bohater, któremu momentami współczujemy, o którego czasami się boimy, w końcu: który zaczyna nas przerażać i budzić niepewność kolejnych zdarzeń. To postać jak żadna inna, zimna i wyrachowana, ale jednocześnie bardzo uczuciowa i wierna. Przez lata walczy o swoją ukochaną, co w końcu doprowadza go do szaleństwa i niepoprawnych myśli. Pozostali bohaterowie są stworzeni tak dobrze, że czuć w nich historię. Czuć, że są niewspółcześni. To jest największa zaleta klasyki – nie ociera się ona o współczesność, jest prawdziwa i wyjątkowa. Takie książki nie powstaną już nigdy. 
– Nie ma pani książek? – zawołałem. – To jak bez nich może pani tutaj żyć, że ośmielę się spytać? Ja mam wprawdzie w Drozdowej Ostoi dużą bibliotekę, a i tak zdarza mi się okropnie nudzić. Gdyby mi odebrano książki, czułbym się zrozpaczony.
Jeśli macie wątpliwości, czy po nią sięgnąć, odłóżcie je na bok. Nawet jeśli w liceum z premedytacją pozbyliście się jej z listy lektur, nawet jeśli wtedy wydawała się ona trudna i nudna – spróbujcie. Jeśli usiądziecie do niej w domowym zaciszu, nikt nie będzie kazał wam interpretować postępowań bohaterów, nikt nie będzie kazał wam mówić o kulturze, tradycji... Warto przeczytać ją dla własnej przyjemności.

wtorek, 25 października 2016

Zabójczy Żart – kultowy, niepowtarzalny, konieczny!

Są takie komiksy, które w pewien sposób odmieniają cały nurt. Odmieniają go nie koniecznie dlatego, że mają najlepszą opowieść czy najwspanialszą kreskę (choć ten przypadek jest wyjątkiem) w danym okresie. Stają się ikoniczne, ponieważ wypełniają lukę, której zalepienia pragną czytelnicy. Ponieważ przedstawiają opowieść, której fani pragnęli od lat. Coś, czego poszukiwali pomiędzy wierszami i czego łaknęli. Tym właśnie jest dla mnie Zabójczy Żart autorstwa Alana Moore'a i Briana Bollanda. To odpowiedź na zapotrzebowanie na rynku. Odpowiedź, która raz na zawsze odmieniła postrzeganie i sposób przedstawiania Jokera jako takiego.


Tytuł: Batman: Zabójczy Żart
Scenariusz: Alan Moore
Kreska: Brian Bolland
Wydawnictwo: Egmont


Komiks jest dość specyficzny pod względem opowieści w nim przedstawionej, gdyż jest ona podzielona na dwie części. Jedną z nich jest kolejna brawurowa ucieczka Klauna z Arkham oraz plany, które realizuje, a druga z nich to właśnie to, co zapełniło tę lukę. Historia Jokera. Historia mężczyzny, zanim stał się Księciem Zbrodni i najlepszym wrogiem Batmana. Mamy tu więc pogoń Batmana za swym nemezis i naszą własną pogoń za powodem, przez który biedny, niedoceniany komik stał się socjopatą. Fragmenty przeplatają się ze sobą niezwykle zmyślnie i finezyjnie, nie pozwalając nam się nudzić nawet przez chwilę. Niezwykle mocno nakreślana jest tutaj różnica pomiędzy Batmanem a Jokerem. Bohater i jego nemezis. Zło i dobro. Anarchia i prawo. Autor wyraźnie stara się nam pokazać grubą kreskę oddzielającą obie postaci. Stara się jednak tę kreskę pomiędzy nimi zacierać, ukazując nam, że obu z nich stworzył jeden zły dzień. Jeden moment, który odmienił ich życia, nadał im nowego znaczenia i sensu. Moment cierpienia, który wrył się w ich psychikę na zawsze, całkowicie odmieniając spojrzenie na świat.

Joker nie poprzestaje jednak na próbie wmówienia Batmanowi, że są identyczni. O nie. Joker nawet tak nie uważa. Uważa bowiem, że Batman nadal jest przed przyznaniem się przed sobą samym, że jest wariatem. Że oszalał. Oszalałem, ale jestem na tyle mądry, by się do tego przyznać! Dlaczego i Ty nie możesz? Joker szuka czegoś, co potwierdzi jego wizję świata. Świata pozbawionego reguł, chaotycznego, w którym wszyscy są tak naprawdę dokładnie tacy jak on, a jedynie ukrywają się za moralnymi fasadami, które ich więżą. W tym celu postanawia zresztą posłużyć się komisarzem Gordonem i jego córką, Barbarą. Planem Jokera jest więc udowodnienie, że nasze życie może być definiowane, i jest, przez momenty. Bardzo silne momenty, których bagaż emocjonalny eskaluje później na całe nasze życie.


Kreska zastosowana w tym komiksie i kolorystyka paneli są moimi ulubionymi w komiksach W OGÓLE. Nie boję się użyć tak wiążących i potężnych słów. Kreska jest dokładna, detaliczna i niezwykle precyzyjna, a także bardzo symboliczna. Przedstawia nam nie tylko, jak w przypadku innych komiksów, szczegóły na temat obecnych i nadchodzących wydarzeń, ale i przemawia do nas jak wiersz. Nie zawsze wszystko da się wychwycić. Komiks jest idealny do wielokrotnego przeczytania (i jestem dobrym na to przykładem, gdyż komiks przeczytałem już około czternastu razy), co wszystkim polecam. Można odnaleźć w nim olbrzymie pokłady różnorakich smaczków fabularnych. Klimat przedstawiony w komiksie jest ciężki. Melancholijny i ciężki. Ukazuje nam Batmana, którego męczy już ciągła gonitwa za Jokerem, bicie go i wsadzanie do Arkham, by ten mógł po raz kolejny z niego uciec. Męczy go też i prawdziwie dołuje fakt, że doskonale wie, w jakim kierunku oboje zmierzają. A Nietoperz chce tego uniknąć. Odczuwa sympatię do Jokera, zresztą z wzajemnością. Oboje mogą, ale nie potrafią tego skończyć. Są na siebie skazani. Dopełniają się. Ich życia coś sobie wzajemnie ukazują. Z każdej kwestii wypowiadanej przez postacie klimat aż kapie. Pomimo całego mroku, uczucia ostateczności i tajemnicy jest też kilka zabawnych momentów, które doskonale neutralizują ciężkość przedstawianej nam opowieści. Tak – mogę powiedzieć, że pod względem klimatu i budującej go kreski jest to jeden z najlepszych komiksów jakie czytałem. Czy jednak jest on bez wad?


Komiks ma kilka drobnych luk fabularnych, które w przypadku komiksów zdarzają się jednak na tyle często, że przeciętny czytelnik nie zwraca na nie najmniejszej uwagi, bo i po co? Nie psują zabawy. A komiks to naprawdę kupa frajdy. Od fabularnej strony po tę ilustratorską i klimatyczną mamy tutaj masę kreatywności, sukcesu we wdrażaniu pomysłów i... po prostu kawałka świetnego komiksu! Jeśli jeszcze nie zapoznaliście się z tym jakże kultowym Żartem, to z przyjemnością zapraszam was do przeczytania. Szczególnie, jeśli macie ten jeden zły dzień! 

wtorek, 18 października 2016

Batman: Śmierć rodziny – czy kontrowersja daje sukces?

Są takie komiksy, które absolutnie łamią standardy oraz przekraczają wszelkie granice smaku tylko po to, by ukazać grozę i dramaturgię opowieści. Komiksy, których twórcy nie cofają się przed niczym, przed absolutnie żadnym zabiegiem artystycznym, by pokazać coś nowego, coś świeżego i opowiedzianego inaczej.


Czekałem na przeczytanie tego komiksu od miesięcy. Zawsze coś mi wypadało, zawsze coś odciągało od niego uwagę. Gdy nadeszły urodziny, a jeden egzemplarz wpadł mi w ręce, w końcu nadszedł czas na lekturę. Chwyciłem ohydnie, ale niesamowicie dobrze wyglądającą okładkę edycji limitowanej i zacząłem zagłębiać się w opowieść. Co w niej znalazłem? Co mnie zszokowało? Zapraszam was, moi drodzy czytelnicy, do recenzji komiksu, będącego tomem trzecim serii, którą ostatnio recenzuję – Batman: Śmierć rodziny.




Tytuł: Batman: Śmierć rodziny
Scenariusz: Scott Snyder
Rysunki:  Greg Capullo
Wydawnictwo: Egmont


Joker zniknął rok temu. Bez twarzy, którą ściął mu Dollmaker i bez żadnego powodu. Nikt tak naprawdę nie wiedział, co się z nim działo, ale nikt też się tym nie przejmował. Ważne, że zniknął z Gotham, prawda? Całun spokoju spadł na miasto. Wszyscy jak gdyby zapomnieli o grozie, jaką niesie ze sobą Książę Zbrodni za każdym razem, gdy znajduje się w okolicy. Wszyscy poza Batmanem. Nietoperz szukał śladów, obserwował i czekał. Czekał, bo wiedział, że Joker żyje. A jeśli żyje, to jest praktycznie stu procentowa pewność, że powróci. Nie wiadomo po co. Nie wiadomo kiedy, ale... wróci. I tak jak zwykle to bywa, Największy Detektyw Świata nie mylił się. Pewnego deszczowego dnia na komisariacie policji zgasły światła. To był On. Wrócił po swą zawieszoną na kołku na komisariacie nadgniłą twarz, mordując kilkunastu ludzi. Przy życiu zostawił jedynie komisarza Gordona. Po co wrócił? Och, to nigdy nie jest proste, prawda? Widzicie... klaun stwierdził, że bliscy Batmana, jego kochanego Batmana, zmienili go. Osłabili. Osłabili jego Nietoperza. Joker nie mógł przecież na to pozwolić, prawda? Postanowił wyzwolić Batmana. Naprawić go. Naprawić go tak samo, jak naprawił siebie przez ten rok. Można powiedzieć, że ruszył w bardzo nostalgiczną podróż po swych pierwszych zbrodniach. Ze zgniłą twarzą przyczepioną w charakterze maski. Zabawne, prawda? Och, on z całą pewnością tak właśnie uważa...


Opowieść jest niezwykle uniwersalna, gdyż nie wymaga czytania poprzednich tomów tej serii, ale pomimo wszystko przydatna byłaby znajomość jednego z tomów Detective Comics, które ukazują wydarzenia sprzed zniknięcia Jokera, wydarzenia, które do tego zniknięcia prowadzą. W tej opowieści dzieją się naprawdę dziwne rzeczy. Batman jest bezsilny. Pomimo tego, że teoretycznie wszystko ma pod kontrolą, to psychicznie przestaje już wierzyć, że rozumie swego największego adwersarza. Do tej pory myślał, że rozumie mniej więcej jego motywy, że potrafi rozgryźć jego plany, ale tym razem nie ma pojęcia, jak rozgryźć Klauna. W pewien dziwny... dziwny sposób czuje, że Joker żywi do niego naprawdę silne uczucia. Pewien rodzaj pokręconej przyjaźni bądź też miłości. Więź. Świadomość, że Batman jest uzupełnieniem Jokera, a Joker uzupełnieniem Batmana przeraża Bruce'a. Boi się on, że w pewien sposób, oszczędzając go i trzymając przy życiu, za każdym razem na nowo tworzy tego szaleńca. Że pozwalając mu żyć skazuje wielu niewinnych ludzi na śmierć. Najgorsze jest to, że Batman wie doskonale, że jest to... prawda. Prawo zawodzi. Zawodzi ludzi. Zawodzi Batmana. A Joker doskonale wie, co kieruje jego rywalem. Wie dokładnie, co go boli. I wie doskonale, gdzie uderzyć, by zabolało.

Zwątpienie dotyka również bliskich Batmana, których Klaun wodzi za nos, strasząc, że zna ich tożsamości. Twarze pod maskami. Komiks jest więc pełen zwątpienia. Pełen silnych, sprzecznych emocji. Rozumiemy strach naszych bohaterów. Rozumiemy, że nie wiedzą, co konkretnie mogą zrobić w tej sytuacji. W głębi duszy winią za wszystko Batmana, choć starają się mu tego nie mówić. A on to czuje. I to tym bardziej wyprowadza go z równowagi.

Opowieść jest niezwykle trudna i wciągająca. Dodatkowe smaczki również znajdują się tu i ówdzie. Na przykład żarty Jokera na komisariacie skierowane do komisarza Gordona: "Och, a to znasz? Przychodzi klaun w hawajskiej koszuli...". Jest to oczywiście nawiązanie do kultowego Zabójczego Żartu, w którym Joker w hawajskiej koszuli paraliżuje córkę Gordona, Barbarę. Dla fana to prawdziwa gratka.


Kreska prezentowana przez komiks nie odstaje, a wręcz nie różni się niczym od kreski zastosowanej w przypadku dwóch poprzednich tomów. Różni się jednak klimat rysunków oraz tonowanie kolorów. W Mieście Sów klimat rysunków był oczywiście mroczny i ciężki, ale w Śmierci rodziny jest on wręcz... niekomfortowy. Dziwny. Niesmaczny. Przez niezwykłą dbałość rysownika o detale możemy zauważyć nawet muchy chodzące po zgniłej twarzy Jokera. Nie trudno jest domyślić się, że to przez smród martwego od ponad roku kawałka ciała. To niezwykle działa na wyobraźnię. Efektu dopełnia mrok, który wypełnia panele. Praktycznie nie mamy tutaj do czynienia z ciepłymi kolorami. Kolorami jasnymi czy oddającymi jakiekolwiek życie. Nawet serwowany nam od czasu do czasu pomarańcz jest wyblakły i blady. Słaby.

Komiks taki właśnie jest. Ciężki. Ukazuje nam, jak Joker wpływa na umysły swych przeciwników. Odbiera im smak życia. Sens życia. Odbiera im ich dumę i nadzieję oraz poczucie celu w walce z przestępczością. Momentami miałem wrażenie, że kolorystyka ma właśnie sprawić wrażenie takiej, jak widzą świat bohaterowie. Ponury. Komiks zastosował obsceniczność w celu nakreślenia, jak szalonym i psychopatycznym osobnikiem jest Joker. Twórca posunął się do paneli obrzydliwych i nieestetycznych. Posunął się do ukazania bestialstwa Jokera w zupełnie nowym wymiarze, który z pewnością na zawsze zmieni tę postać. To nie tylko ohydny wygląd zewnętrzny... Pan J. się zmienił. Przyznaje to nawet Harley, która została włączona do opowieści, jako kolejny element szalonego planu Jokera. Element, który zostanie okrutnie wykorzystany i pozostawiony samemu sobie.

Komiks w moim odczuciu odzwierciedlał również klasyczne pojęcie walki dobra ze złem. Przez karykaturalnie nakreślone bestialstwo Jokera oraz praworządność i siłę psychiczną Batmana ukazano nam starcie dwóch przeciwwag, które jednak nie będą już takie same bez tej drugiej. Walkę odwieczną i walkę, która ciągnąć będzie się w nieskończoność. Śmierć rodziny ukazuje całkowicie nowe, niezwykle kontrowersyjne podejście do opowieści. Autorzy posuwają się naprawdę daleko tak rysunkiem, jak i klimatem wywoływanym przezeń i przez kolory, ale czuję, że był to zabieg potrzebny.


Śmierć rodziny to komiks wybitny, wyznaczający nowe trendy w stylu prowadzenia komiksu oraz ukazujący, że warto czasami zaszaleć z konwencją, nie bać się reakcji publiki i po prostu pójść na całość ze swym dziełem. Komiks nie byłby tym samym bez ohydnych i okrutnych wstawek. Jest on jedyny i niepowtarzalny. Świeci jasno na tle innych komiksów, które wyszły równolegle z nim. Świecić też będzie z całą pewnością jeszcze przez długi, długi czas. Jedyne co mogę, to serdecznie wam go polecić.

 

czwartek, 13 października 2016

Miasto Sów – czy dotrzymuje kroku?

A więc nadeszła pora byśmy, kontynuowali naszą, powiedziałbym, magiczną podróż przez tę sprezentowaną mi na urodziny serię komiksów. Jesteśmy już po recenzji Trybunału Sów, którą przeczytać możecie TUTAJ. Teraz nadszedł czas na sequel. A jak to z tymi sequelami bywa, jeśli prequel był dobry, to fani oczekują czegoś o wiele lepszego i mocniejszego od kontynuatora serii. Czy Miasto Sów trzyma poziom świetnego Trybunału...? Czy komiks jest spełnieniem również moich oczekiwań w stosunku do kontynuacji serii, co do której miałem wielkie nadzieje? Zapraszam do tekstu, który powinien rzucić nieco światła na nocne Gotham.


Tytuł: Miasto Sów
Scenariusz: Scott Snyder  
Rysunki: Greg Capullo
Wydawnictwo: Egmont


Historia przedstawiona w tymże komiksie jest kontynuacją fabuły z części pierwszej. Rozpoczyna się w posiadłości Wayne'a, która zostaje napadnięta przez tabun szponów mających za zadanie zabić Bruce'a i wszystkie osoby znajdujące się w posiadłości. Jak się po chwili okazuje, Trybunał obrał sobie na cel nie tylko Batmana i Wayne'a, ale także wszystkie najważniejsze osoby w mieście. Organizacja jak widać zaczęła działać czynnie i próbuje przejąć absolutną kontrolę nad miastem, które uważa za swoje. Z pomocą przyjdą mu przyjaciele, rodzina. Batgirl, Damian Wayne, Nightwing i kilkoro innych, znanych nam z uniwersum DC postaci. Pomogą oni Batmanowi, nadal załamanemu po wydarzeniach z części pierwszej, odzyskać kontrolę nad miastem, które kocha, i pokonać Trybunał Sów, zacieśniający swe szpony na mieście. Oprócz tego wątku mamy kilka historii pobocznych, takich jak "narodziny" Mr. Freeza, czy też historia pewnej młodej ambitnej dziewczyny, starającej się pomóc Batmanowi pomimo jego niechęci do jej mieszania się w jego sprawy.


Należy zauważyć, iż komiks nie jest już tak nastawiony na śledztwo i fabułę jako taką, jak pierwsza część. W pierwszej mieliśmy do czynienia z komiksem nastawionym na opowieść jako taką. Przedstawianie historii. Tutaj historia jest w nie mniejszym stopniu opowiadana i nie mniej ciekawie, ale twórcy postanowili bardziej skupić się na odczuciach bohaterów. Na emocjach, które nimi targają podczas tej niebezpiecznej i nieco samobójczej misji. Batman przestaje wierzyć w siebie. To jego rozterki i walka z nimi są najciekawszą stroną tego komiksu. Widzimy, jak nasz bohater przeistacza się ze złamanego, zrozpaczonego człowieka w dumną i gniewną istotę, która musi dla swojego miasta i swoich bliskich przegryźć tę gorzką pigułkę, jaką jest świadomość, że nigdy tak naprawdę do końca nie poznał Gotham, i walczyć. Iść przed siebie. Bronić wszystkiego, co mu drogie, ale też wszystkiego, co dla niego bolesne. Widzimy bohatera, którego znamy. Profil psychologiczny, który potrafimy zrozumieć. Wielokrotnie czułem w sercu wiele żalu i wiele różnorodnych kłębiących się we mnie emocji, gdy czytałem kwestie Wayne'a. Rozumiałem jego strach. Jego ból i gniew. Miasto Sów jest napisane właśnie postaciami. Nie wydarzeniami i scenami jako takimi. Tę historię najbardziej budują jej bohaterowie, którzy bardziej nawet niż walczyć z Trybunałem, muszą walczyć ze swymi własnymi wewnętrznymi demonami, które trawią ich już od dawna.

Komiks pod względem kreski nie różni się znacząco od swojego poprzednika, ale warto tu wspomnieć o kilku istotnych kwestiach. Jest on o wiele mroczniejszy pod względem palety barw i lokacji. Klimat został dość poważnie zmieniony względem części poprzedniej. Tak jak Trybunał Sów był tajemniczym, pełnym niedopowiedzeń komiksem, tak Miasto Sów jest przepełnione akcją, mrokiem i powagą. To się czuje, uwierzcie mi. Czujemy od pierwszego panelu, że mamy tu do czynienia z opowieścią dramatyczną, kulminacyjną i ciężką. Mamy uwierzyć, że misja Batmana jest z góry skazana na porażkę. Kolorystyką i stylem rysowania zastosowanym w tym komiksie autorzy starają się nam podkreślić, w jak złej sytuacji znalazł się nasz bohater i jak ciężko będzie mu cokolwiek w tej sprawie poradzić.

Sam rysunek, tak jak w przypadku Trybunału Sów, stoi na naprawdę wysokim poziomie. Nie odstępuje od swego "ojca" i nadal cieszy wzrok oraz zmusza niekiedy do zastanowienia się nad poszczególnymi panelami, w których nie raz zawarta jest symbolika dotycząca danej sytuacji. Pamiętam jeden panel, który ukazywał okno w pokoju jednego z przodków Bruce'a, terroryzowanego przez Trybunał. W oddali, daleko na niebie, widać było małą plamkę z delikatnie zarysowanym kształtem. Była to sowa. Zwiastun nadejścia Szpona. Nadejścia śmierci zesłanej przez Trybunał Sów. Ma to swój klimat i cholernie satysfakcjonuje odnalezienie tego typu elementów otoczenia, które przemawiają do nas bez słów.


Miasto Sów to komiks potężny. Komiks, który tak jak jego poprzednik stoi na naprawdę wysokim poziomie i polecam go tym wszystkim, którzy przeczytali część poprzednią! Owszem. Jest to chyba jedyna wada tomu drugiego: jest on przystosowany do osób, które są zapoznane z pierwszym tomem. Dla osób, które zaczynają od Miasta... może być on nieco skomplikowany i nielogiczny. Mówiąc prościej – jest nieprzyjazny dla nowych użytkowników! Starałem się jednak oceniać go jako dopowiedzenie, kulminację i uzupełnienie tomu pierwszego. Razem te dwa komiksy stanowią kawał porządnej batmańskiej rozrywki, której żaden fan DC i po prostu porządnych, przepełnionych emocjami historii, nie może przeoczyć.

cdn.


wtorek, 11 października 2016

Wszystko to, co wyjątkowe

O wspaniałych książkach Matthew Quicka słyszałam już chyba wszędzie: w bibliotece panie cieszą się, że są wypożyczane, czytelnicy szukają kolejnych tytułów, w księgarniach młodsi i starsi powtarzają, że słyszeli wiele pozytywnych opinii na temat jego powieści... A ja wciąż go nie poznałam, więc czas najwyższy. Szczęśliwa, że HarperCollins wydaje kolejną historię napisaną przez tego autora pt. Wszystko to, co wyjątkowe, wyciągnęłam do Matthew rękę na przywitanie i...


Tytuł: Wszystko to, co wyjątkowe
Autor: Matthew Quick
Wydawnictwo: Harper Collins


Nanette jest uczennicą liceum, przed nią ogromne wyzwanie: matura. Nanette jest jak jej imię: wyjątkowa. Inni mówią, że dziwna. Ale uznajmy, że jest wyjątkowa. Ma ogromny talent do gry w piłkę, strzela gol za golem, chociaż nie lubi footballu. Jednak ojciec ma wobec Nanette wysokie wymagania, a ona nie chce stracić z nim kontaktu, więc dalej to robi. Uważa, że jej jedynym przyjacielem jest nauczyciel, z którym spędza przerwy obiadowe, rozmawia, zwierza się i potrafi się przed nim otworzyć. Mniej więcej tak wygląda jej codzienność, do dnia, w którym dostaje w prezencie niewydawaną od lat książkę Kosiarz balonówki. Od razu zakochuje się w tej historii, która wydaje się prawdziwa i której bohaterowie tak ją oczarowują, że cały świat nastolatki się zmienia. Z jej powodu poznaje też wyjątkowego Aleksa – jedynego chłopaka, przy którym może być sobą, podczas gdy dla innych Nanette chce się zmienić. Psychologiczny eksperyment przeradza się w teatr, gdyż Natette zaczyna udawać kogoś, kim nie jest. Wciąż zakłada maskę, wychodzi do ludzi i szuka własnego miejsca. Niestety los jest bezlitosny i każe niedoświadczonym nastolatkom podejmować decyzje mające rzutować na resztę życia.
Zaczyna rozumieć, dlaczego ludzie chcą ograniczać tych, których kochają, i dlaczego miłość jest tak często łączona z bólem, jakby radość i cierpienie były dwiema stronami tej samej monety.
...i się zakochałam. Może to za dużo powiedziane, ale Quick wywarł na mnie niemałe wrażenie, co można wywnioskować po tym, jak długo zbierałam się do napisania recenzji. Nie mogłam zebrać myśli po zamknięciu okładki z drugiej strony, nie mogłam się nadziwić, jakie autor ma pomysły na fabułę. Fakt, jest ona prosta i młodzieżowa, ale nie nudna czy przewidywalna. Książki o książkach ciekawią mnie od bardzo dawna, dlatego przyznam, że bałam się trochę zaburzyć sobie obraz opartej na nich fabuły. Autor stworzył bohaterów z krwi i kości, których można spotkać w każdym liceum, w dodatku bohaterów zróżnicowanych pod względem charakterów, sytuacji materialnej, sposobu myślenia. Nanette jest typową introwertyczką, pod którą można podstawić wiele osób zwanych "odmieńcami", jej przyjaciel Alex także jest postacią uniwersalną i z bogato rozrysowanym portretem psychologicznym. Nie ma w tej powieści bohaterów jednowymiarowych i "zapchajdziur".
Prawdziwi przyjaciele są lepsi od powieści! Lepsi od sztuk Szekspira! W każdej godzinie! Z drugiej strony fałszywi przyjaciele... cóż, wolałbym rozbić sobie czaszkę Biblią oprawioną w lite złoto, niż znosić powolne zatruwanie fałszywą przyjaźnią!
Co najbardziej mi się podobało w historii Nanette, to realizm wydarzeń. Jakiś czas temu sama byłam w wieku bohaterki i przygotowywałam się do matury, i prawdą jest, że to czas ogromnego zagubienia. Wymaga się od nastolatków, by wiedzieli, co chcą robić po maturze, gdzie wybierają się na studia, do jakiego zawodu będą dążyć, a tymczasem mało kto zna odpowiedzi na te pytania. Ba! Już będąc na pierwszym roku studiów często idzie się przed siebie na oślep, wciąż nie mając pewności, czy wybrało się dobrze, czy to rzeczywiście coś, co chce się robić całe życie... Nie ma pewności, a sytuacji nie polepszają kolejni ludzie odchodzący z życia i zawodzący zaufanie. Pomnóżcie to sobie o oczekiwania, a dowiecie się, jaką bohaterką jest Nanette.
Może za długo się powstrzymywałaś, a potem musiałaś po prosu wybuchnąć. Może nie zostało już nic, co było pomiędzy. Czasami musimy używać brutalnych słów, bo inaczej nikt nas nie słucha.
Prosty język i niebanalna fabuła sprawiają, że jest to książka dla zagubionej młodzieży i również dla dorosłych, którym po jej przeczytaniu łatwiej będzie zrozumieć niesforne nastolatki. Niby każdy przechodził ten okres pełen wyborów i niewiadomych, błędów i ich konsekwencji, ale często wół zapomina, jak cielęciem był. To książka zmuszająca do refleksji nad sobą i otoczeniem, nad życiem i śmiercią, nad wyborami i przeznaczeniem. Fabuła przywiodła mi na myśl trochę powieść o Werterze, gdyż to właśnie Kosiarz balonówki był bodźcem, który pchnął w ruch wiele wydarzeń, a każdy czytelnik chciał upodobnić się do głównego bohatera. Tym bardziej młodzież powinna się z nią zapoznać, jest bardzo ciekawa i lekka, a jednocześnie może przydać się do obowiązkowej matury z języka polskiego! A ja... Ja nie mogę się doczekać, aż sięgnę po kolejną powieść Quicka!