czwartek, 31 marca 2016

Makbet – dramat czy w sumie przyjemny film?

źródło





Tytuł: Makbet
Reżyser: Justin Kurzel
Data premiery: 27 listopada 2015 roku



Powiem szczerze, że film ten interesował mnie już od dawna, jeszcze zanim trafił do kin. Przyciągnęła mnie jego w sumie znikoma promocja (twórcy filmu nie szukali atencji się na siłę, gdziekolwiek bym nie spojrzał), a także sama tematyka. Adaptacja dramatu Shakespeara, szczególnie jeśli chcemy, by była to adaptacja wierna, jest bardzo trudna do zrealizowania. Byłem niezmiernie ciekaw, czy nieznany mi dotąd reżyser, niejaki Justin Kurzel, będzie w stanie oddać prawdziwą głębię i ciężki klimat zawarty w Makbecie, jednej z lepiej przyjętych przeze mnie lektur szkolnych. W takim razie zakładajcie kilt i mocno się trzymajcie, gdyż w dzisiejszym wpisie zanurzymy się w ten brudny, szkocki świat.

Wiemy już, że mamy do czynienia z Makbetem i z pewnością większość osób wie, o czym on jest. Dla tych, którzy z jakiegoś powodu nie czytali tej lektury, na przykład z powodu LENISTWA, spieszę z wyjaśnieniem. Jest to opowieść o mężczyźnie, bardzo cenionym żołnierzu  i szanowanym nie tylko przez kolegów po fachu, ale również przez samego króla Szkocji, Duncana! Mamy więc do czynienia z człowiekiem ambitnym, który jedyne co w swoim życiu tak naprawdę robi, to wykonuje sumiennie swoje obowiązki, nie wyciągając rąk po coś, co – jak sądzi – nie jest mu przeznaczone. Diametralnie sytuacje zmienia jednak jego spotkanie z wieszczkami, które wróżą mu objęcie tronu i pozycję tana, przejętą po ściętym niedawno zdradzieckim poprzedniku. Nasz bohater poddawał w wątpliwość słowa wieszczek, dopóki na spotkaniu z królem Duncanem po kolejnej wygranej bitwie ten nie oświadczył mu, że – niespodzianka – obejmuje stanowisko tana! Zasiało to w nim ziarno niepewności, podsycone dodatkowo wodą goryczy swojej zbyt ambitnej, chciwej żony, i pchnęło go do czynu absolutnie do niego niepodobnego – do zabójstwa swojego własnego kuzyna, króla Duncana. Jeśli jesteśmy z lekturą zapoznani, to z pewnością nie zostaniemy zaskoczeni, gdyż film, i można to traktować jako plus i jako minus, jest niesamowicie wierną adaptacją szekspirowskiej opowieści o dumie, chciwości i wyrzutach sumienia.
Kadr z filmu
Co mogę powiedzieć o obsadzie? Właściwie to to samo co w przypadku recenzji Gwiezdnych Wojen – dużo aktorów, o których nigdy wcześniej nie słyszałem. Spodziewałem się tego, ponieważ, tak jak mówiłem, film nie silił się na lansowanie gwiazd a wyrabianie swojej własnej, unikatowej marki. Ufnego króla Duncana zagrał znany na przykład z filmu Harry Potter i Więzień z Azkabanu David Thewlis, poza nim nie kojarzyłem ani jednego aktora. Może to być wina mojej ignorancji, ale jestem szczery. Przeciętny zjadacz chleba również z całą pewnością nie rozpoznał żadnych konkretnych aktorów i jeśli w filmie tego typu szukał powiewu świeżości, to z pewnością go znalazł.

Wyróżnić należy Marion Cotillard, która fenomenalnie zagrała postać Lady Makbet prezentując całe jej zepsucie, wyrachowanie i przerażenie, gdy zdała sobie sprawę, jakiego potwora stworzyła ze swojego własnego męża, którego myślała, że tak dobrze zna. Widzimy i wysłuchujemy jej motywy od początku do praktycznie samego końca. Czujemy jej przemianę, w której z niewiele znaczącej w świecie szarej myszki, ambitnej żony wspaniałego wojownika, zmienia się w wyrachowaną i zimną oportunistkę, by obserwując owoce swego siewu zmarnieć i absolutnie załamać się w sobie. Przemiana została ukazana kroczek po kroczku, dlatego potrafimy ją zrozumieć pomimo tego, że wiemy, iż jest postacią po prostu zepsutą. Jej gra aktorska stoi na naprawdę wysokim poziomie i nigdy nie mamy wrażenia, że jest wepchnięta do sceny na siłę. Tytułowy bohater grany przez znanego w niektórych kręgach Michaela Fassbendera to typowy zimny, milczący wojownik, opętany przez niezdrową potrzebę stania się "kimś". Doskonale ukazuje nam paranoję, która w oryginale toczy postać Makbeta i doprowadza powoli do szaleństwa, wręcz pragnienia śmierci. Reszta aktorów również trzymała zdecydowanie dobry poziom, ale jednak nie zapadli mi oni w pamięć, pomimo widocznego starania i pracy włożonej w swoje role.

Jeśli ktoś spodziewał się blendu serialu Wikingowie i filmu 300-stu, to z całą pewnością się zawiedzie. Epickich scen mamy tu zaledwie kilka, na początku i na samym końcu. Przez większość filmu będziemy raczeni wierszowanymi dialogami oraz przemyśleniami bohaterów, niejednokrotnie niezwykle psychopatycznymi czy przygnębiającymi, co znów jest tak wadą, jak i zaletą. Niektóre osoby będą z całą pewnością znużone ciężkim tonem opowieści, dialogami, które często mają symboliczne znaczenie, a ich kontekst nigdy nie jest podany nam na tacy. Osobiście niezwykle spodobała mi się taka konstrukcja scen. Sprawia, że dzieło pod względem czystego artyzmu i sztuki nie odstaje od teatru, jest poważne, w pewien sposób podniosłe, i skłania do wielokrotnego obejrzenia, by dokładnie je poznać.  Na początku, gdy zorientowałem się, że właśnie tak będzie wyglądał ten film, byłem nieco zawiedziony, gdyż liczyłem na żywszą akcję, płynniejsze dialogi czy luźniejszą atmosferę, jednak po około pół godziny seansu nie chciałem wymienić tego go na jakikolwiek inny. To była dobra gimnastyka dla szarych komórek. Film zastosował stary jak świat chwyt na uważnego, lubiącego zagadkowość odbiorcę. Sposobem przekazu stara się nas zainteresować oraz zmusić do uwagi. Kiedy już się do niej zmusimy i zaczniemy powolutku analizować to, co dzieje się na naszych oczach, nie znajdziemy choćby chwili, by oderwać od tego filmu oczy. Mamy tu do czynienia tak naprawdę z teatrem na ekranie telewizora. Twórcy nawet tego nie ukrywają, ewidentnie widać, że taki był zamysł. Film miał być brakującym ogniwem między teatrem a kinem. Mogę potwierdzić, że to się udało. Jeśli jednak planowali trafić do casualowego odbiorcy, to mogli nieco rozminąć się ze swoim założeniem, gdyż dramat jest sam w sobie ciężki, a tak niejednoznaczna formuła, jaka została zastosowana, może odstraszyć widza.
Kadr z filmu
Z przyjemnością zabrałbym Makbetowi miecz tylko po to, by uważnie pokroić na kawałeczki klimat tego filmu. Dzięki wyżej wspomnianej technice prowadzenia scenariusza udało się stworzyć prawdziwie głęboki, średniowieczny obraz Szkocji ogarniętej wojną domową. Kolorysta, zazwyczaj chłodna, niebieska bądź szarawa dodaje niespotykanej nigdzie indziej surowości pomimo faktu, że nadal czujemy, że jesteśmy podejmowani profesjonalnie. Pamiętam pewien moment, który opisze co mam na myśli. 
Mamy scenę w nocy, w wiosce, której tanem jest Makbet. Duncan zatrzymał się tam na noc. Nasz główny bohater morduje go, po czym idzie zdać raport swojej żonie. Ta patrzy na niego oburzona i wyrywa mu z dłoni zakrwawiony nóż, mówiąc nieludzko spokojnym tonem po co przyniosłeś ten nóż? Trzeba go tam zostawić. Trzeba go tam zostawić... Idzie więc do namiotu, w którym leży zasztyletowany król, i wciska narzędzie zbrodni śpiącym strażnikom, by wrobić ich w morderstwo. Każdy może zabić. Nie każdy jednak jest w stanie ze stoickim spokojem spojrzeć na swoje dzieło i udawać, że nic się nie stało. W tym filmie na każdym kroku mamy taki kontrast. Piękna sceneria, która kolorystycznie uspokaja nasze oczy, miesza się z okrucieństwem fabuły i mrokiem świata oraz okresu jego istnienia.

Gdy mówimy o klimacie to tak naprawdę grzechem byłoby nie wspomnieć o muzyce, na której punkcie, jak doskonale wiecie, mam totalnego bzika. Jest ona bardzo nordycka, jak na opowieść o ludach północy przystało. Surowa, żywa i dość mroczna dopełnia sceny i dodaje im jeszcze więcej realizmu.


Makbet to film niezwykle trudny, stworzony na podstawie okrutnego i trudnego dramatu wynosi jego tragizm na zupełnie nowy poziom, tworząc opowieść nie dla każdego, iście awangardową, momentami wręcz irytującą dla niezainteresowanych. Ciężko mi ocenić go obiektywnie, gdyż w jego przypadku nie ma mowy o żadnej zgodzie opinii. Mnie ten film urzekł pasją i oddaniem, z jakim odwzorował ciągle żywe dzieło Shakespeara oraz niszowością, ciężkim klimatem i symboliką przekazu. Raz na jakiś czas naprawdę warto obejrzeć coś ambitniejszego, co wymaga myślenia oraz skupienia się na absolutnie każdym drobnym elemencie produkcji. Serdecznie polecam, ale polecam jedynie tym, którzy nie boją się nieco pomyśleć. 

środa, 30 marca 2016

Polacy nie czytają książek


Ostatnie badania czytelnictwa w Polsce wstrząsnęły środowiskiem medialnym, miłośników książek i ludzi za pan brat z kulturą. W przeciągu kilku tygodni pojawiło się wiele artykułów, postów blogowych, deklaracji... Być może jest to już temat obgadany, opisany i oklepany, jednak ja postanowiłam również się wypowiedzieć. 

W raporcie Biblioteki Narodowej możemy wyczytać, że "czytanie jest praktyką społeczną": ludzie czytający książki spotykają innych czytających – i odwrotnie. Jest to sprawa oczywista (posłużę się tutaj Facebookiem jako jednym z najpopularniejszych komunikatorów) – ja, jako osoba czytająca, jeszcze przed założeniem bloga szukałam kontaktu z osobami, które również pasjonują się książkami. Oczywiście znalazłam ich mnóstwo, nie tylko blogerów. Między kilkudziesięcioma osobami wytworzyła się więź, która wychodzi poza ramy Facebooka – ci, którzy mają możliwość, spotykają się  "w realu", z innymi utrzymując wciąż kontakt internetowy. Stworzyliśmy grupę, na której dzielimy się przemyśleniami, ba! nawet problemami życia codziennego... Czytanie było impulsem do stworzenia grupy osób, z czasem okazało się, że mamy ze sobą trochę więcej wspólnego... PuA (których serdecznie pozdrawiam) jest grupą kameralną, z rodzinną atmosferą, jednak istnieją również takie, gdzie w jednym miejscu są tysiące osób czytających (przykładowo Klub (nie) Anonimowych Książkoholików – ponad 14 tysięcy osób)! Całkiem niedawno, również na Facebooku, powstała Wymienialnia książek, licząca niecałe 5 tysięcy osób (przy czym ta liczba wciąż rośnie), które wymieniają się książka – książka, książka – koszt wysyłki, książka – słodycze, książka – kosmetyki... Nie wspomnę już o grupach, na których książki są po prostu sprzedawane, bo ich właściciel już danych egzemplarzy nie potrzebuje, nie ma miejsca na półkach, nie chce być posiadaczem akurat tej pozycji... 

Wyszukiwarka portalu, którym posługuję się jako głównym przykładem, kipi aż od mniejszych i większych społeczności czytających, stron propagujących czytanie, fan page'y wydawnictw, autorów, księgarni... Postanowiłam wpisać frazę "nie czytam książek" i wyskoczyły mi zaledwie dwie pozycje. Ciekawa zaglądam na strony (bo grup żadnych nie znalazłam) i... okazuje się, że ostatnia aktywność miała miejsce w 2012 i 2014 roku, i nie była to aktywność czytelników, a administratorów stron. Myślałam, że źle szukam, więc wpisałam kilka innych fraz... 



Po przeszukaniu Facebooka pod kątem "nie lubię czytać" dokopałam się do dwóch stron Nie lubię czytać książek... I znowu ta sama sytuacja, którą opisywałam wyżej. Zero reakcji, aktywność kilka lat temu... Znalazłam również grupę Nie lubię czytać lektur szkolnych -,- i, nie zgadniecie... liczy sobie zaledwie ośmiu członków.

Jeśli już przy liczbach jesteśmy, pamiętajmy, że Biblioteka Narodowa prowadziła badania na GRUPIE Polaków...


... a w internecie trafiam na tytuły i komunikaty:

źródło
źródło
Chcę zasygnalizować pewną rzecz: nagłówki głoszą jak głoszą, a w obu podanych przeze mnie przypadkach w treści artykułów jest wyraźnie napisane o procentach badanych. Nie zapominajmy, że "badani" to ok. 3 tysiące Polaków. Dlatego bardzo zdziwiły mnie cyfry i wypowiedzi, które możecie znaleźć pod tym linkiem: Polacy nie czytają książek. Dla zachęty przytoczę fragment tekstu: Przerażające dane o polskim czytelnictwie - a raczej jego braku. Aż 10 mln Polaków nie ma w domu ani jednej książki. 60 proc. z nas żadnej w zeszłym roku nie przeczytało (...).
Pamiętam, że jak byłam młodsza, pytałam mamy: "ale skąd oni to wiedzą, skoro mnie nie zapytali, czy czytam i czy mam w domu przynajmniej jedną książkę?". Odpowiedzi niestety nie pamiętam, jednak jako dziecko bardzo się martwiłam, że ktoś mnie pominął, że pewnie spałam podczas tego badania. Co by było, gdybyśmy wzięli osoby z grup na Facebooku, o których wspomniałam wyżej? Czy mielibyśmy stuprocentowe czytelnictwo?

Nie ukrywam, że jestem świadoma, iż nieczytanie jest powszechne. Najczęściej w rozmowie z innymi ludźmi słyszę, że "mają na to niewiele czasu". Na pytanie, kiedy ten czas znajdują, słyszę różne odpowiedzi:
"jak się dobrze schowam przed dziećmi",
"... w każdym możliwym miejscu i przy każdej okazji – w autobusie, w szkole, w łóżku, przy obiedzie, u lekarza"
"to zależy..."...
Widzę po moich rodzicach, że z tym czasem u osób dorosłych jest bardzo ciężko: po powrocie z pracy koło godziny 17 jedzą obiad, mama przygotowuje się do pracy następnego dnia, tato... zasypia. Powieki opadają same ze zmęczenia i nawet gdy człowiek bardzo chce poczytać, nie ma na to sił, bo literki dwoją się i troją przed oczami. Rzadko słyszę natomiast "nie lubię czytać", a jeśli nawet – to bez konkretnego uzasadnienia. Przychodzi mi  wtedy na myśl małe dziecko, które krzywi się na widok owoców morza i mówi, że ich nie lubi, mimo iż nigdy nie spróbowało. Dlatego też dziwię się, że często dorośli są jak dzieci... 
Niedawno, gdy czytałam książkę jadąc autobusem, zagadnął mnie chłopak w dresach, bluzie, kapturze na głowie... Zapytał po prostu, co czytam. Książkę, romans na odprężenie – odpowiedziałam. Usłyszałam od niego, że nie lubi czytać. Zapytałam więc, jaką książkę przeczytał, która go do tego zraziła... Odpowiedział, że nie wie, nie czyta. Pamiętajmy, że ten tekst jest subiektywny, więc skomentuję to na swój sposób: nie traktuję poważnie osób, które nie miały w ręku książki, a mówią, że nie lubią czytać. Nie wiem, od czego to zależy: czy nastawiają się z góry na nudę czy mają braki w wyobraźni (o tym Kier pisał trochę tutaj)? 

Odeszłam jednak trochę od sedna tego postu, więc jeśli sama siebie zainspiruję, powstanie kolejny – teraz czas wrócić do czytelnictwa w Polsce. 
Polacy nie czytają. Zgodzić się, czy nie?
Nie ukrywajmy, Facebook pochłonął większą część życia nie tylko Polaków. Dlaczego więc łatwo znaleźć grupy osób, które czytają i się tego nie wstydzą, a próby poszerzenia ideologii nieczytania książek legły w gruzach? 
Polacy nie czytają.
Te nagłówki prześladują mnie nawet w snach, bo większość osób, które spotykam – nie chodzi o moich bliskich, a przypadkowych ludzi w autobusie, u lekarza... – czyta. W wolnych chwilach, ale jednak. Zastanawiam się, czy słowa Polacy nie czytają nie użyte źle i krzywdząco dla Polaków. Chyba że nieczytanie jest wstydliwe, wtedy... dlaczego z tego wstydu ludzie czytać nie zaczną? Istnieje przecież tak wiele rodzajów książek: obyczajowe, fantastyczne, kryminalne, poradniki, biografie... Czy rzeczywiście jest tak, że istnieje osoba, która nie znajdzie nic dla siebie? Czy rzeczywiście Polacy nie czytają?

Myślę, że rozpiszę się w niedalekim czasie na ten temat, gdyż zanudziłabym wszystkich na śmierć. Zostawiam Was z tymi pytaniami i zapraszam do dyskusji, bo oczywiście mogę się mylić. 

PS: Lubimyczytać przeprowadza ankietę na czytelnikach, zapraszam do wypełnienia tutaj.

wtorek, 29 marca 2016

Immersja, czyli przemyślenia Kiera

źródło

Ostatni wpis, a raczej jego ostatni akapit, sprawił, że postanowiłem nieco pomyśleć. Zamiast zajadać się pysznym serniczkiem "Izaura", zasiadam do klawiatury i, wytężając swoje zwoje mózgowe, wolno w nią stukam. Zastanawiam się nad każdym słowem, wpatruję się w monitor, w bladą, wciąż niezapełnioną i nienasyconą kartę programu Microsoft Word, krzyczącą do mnie, bym przelał na nią swą myśl.

No właśnie. Myśl, a konkretniej jej wyrażenie w słowie. Czy to nie piękne, że tylu artystów, bo tak trzeba ich nazwać, potrafiło napisać tyle świetnych książek? Wykreować żywe światy, wiarygodnych bohaterów i historie, które porywają nas od pierwszych stron aż do ostatniej... no właśnie. Ta ostatnia jest zazwyczaj jak pożegnalny ukłon w stronę fanów. To uczucie gdy odkładamy książkę, ówcześnie wyjmując z niej zakładkę, z myślą, że to już koniec pewnego – z pewnością nie ostatniego – książkowego etapu w naszym życiu.

Dokładnie tak samo jest z grą komputerową. To jednak pewna dygresja, postaram się powrócić do meritum sprawy. Chodzi mi o to, że jest to zarazem magiczne i przytłaczające – to przywiązanie do danego uniwersum, stworzonego przecież z niczego materialnego, a tylko z myśli autora. Te wyjątkowe emocje nie towarzyszą nam jednak za każdym razem – o nie! Umysł traktuje tylko niektóre dzieła jako wyjątkowe, to od nich nie pozwala nam się uczuciowo uwolnić. Często, gdy po raz kolejny kończę Wiedźmina czy też odkładam jakąś dobrą książkę, mam przed oczami... potworne zderzenie z rzeczywistością. Wyglądam za okno i choć mamy wiosnę, jest coraz piękniej, to jednak moje oczy nie do końca potrafią nasycić się tymi przyziemnymi widokami. Pragnę czegoś więcej. Zdaje sobie nagle sprawę, że cholernie brakuje mi tu smoków; uświadamiam sobie, że chciałbym wyruszyć gdzieś przed siebie z jakimś ważnym zadaniem, z jakimś konkretnym celem w życiu. Wracam jednak na ziemię, zastając jedynie matematykę i obowiązki, a nawet jeśli jakiś cel jest, to wydaje mi się on płytki. Chciałbym w tym momencie porozmawiać o tym z moim ulubionym bohaterem, ale konstatuje, że on nie istnieje, a jest jedynie wytworem wyobraźni, i to nawet nie moim, ponieważ w mojej głowie jest on obrazem przetworzonym i przeinaczonym w stosunku do tego stworzonego w umyśle twórcy.

Gdzie jednak jest sedno mego delikatnie filozoficznego wpisu? Leży ono przed naszymi oczami, ewentualnie obok. Jest to pudełko z grą albo książka, która przemawia konkretnie do naszych uczuć. Zdajmy sobie sprawę, że jest to dzieło niesamowite, ale to my, nie autor tworzymy je po tysiąckroć i raz więcej w naszych głowach. Pojmijmy, że te bliskie naszemu sercu produkcje to coś, co powinniśmy szanować, gdyż bądź co bądź, należą one ściśle do naszych – co jest dość dziwne – wspomnień i powinny być tak samo odbierane. Dziękujmy za każdą przerzuconą stronę i każde wykonane zadanie. Czynią one nasz świat dużo przyjemniejszym, ale pamiętajmy o jednej rzeczy – nurkowanie może być niezwykle przyjemne, trzeba jednak w odpowiednim momencie się wynurzyć by nie zabrakło nam tlenu.  

poniedziałek, 28 marca 2016

Liebster Blog Award #8


Dziewczyny z OTA Czyta! nominowały mnie do kolejnego LBA, za co serdecznie dziękuję! Dziś ja nie nominuję nikogo, bo całkiem niedawno LBA wchodziło często i nie mam pomysłu na pytania. Btw. to jest chyba mój ulubiony berek – zawsze mogę odpowiedzieć na pytania nie tylko jednym zdaniem ;)
Bez przedłużania...

1. Dlaczego zdecydowałaś/ zdecydowałeś się na prowadzenie bloga?

Poznałam bardzo ciekawych ludzi, którzy już w blogosferze istnieli od jakiegoś czasu. Uświadomili mi, że warto założyć bloga już teraz, nie czekać (wciąż odkładam wszystko na "po maturze"), bo z dzieleniem się swoimi przemyśleniami czekać nie trzeba. Uświadomili mi, jak przyjemnie jest mieć "swoje miejsce w sieci" i móc się rozwijać, móc szlifować systematyczność i pisać nie tylko dla siebie, ale też dla innych.
Na to pytanie odpowiadałam już tutaj.

2. Jakie książki lubisz czytać najbardziej?

Nie lubię takich pytań, nigdy nie potrafię na nie odpowiedzieć! Tak samo w przypadku, gdy ktoś prosi mnie o polecenie książki – z jednej strony mam w głowie całą listę, z drugiej... totalną pustkę, Jednak uwielbiam książki, które wzbudzają emocje, a podczas lektury muszę robić sobie przerwę na oddech, otarcie łez czy opanowanie śmiechu. Uwielbiam wczuwać się w sytuacje bohaterów, którzy muszą być wykreowani pieczołowicie w całości... nie lubię postaci powierzchownych, bez wyraźnych celów, bez charakteru i bardzo "życiowego" portretu psychologicznego. Można więc powiedzieć, że najczęściej czytam książki obyczajowe. Jednak nie gardzę fantastyką, sci-fi... Łatwiej jest mi powiedzieć w sumie, czego nie czytam w ogóle – nie dlatego, że nie lubię, a po prostu mnie to nie interesuje. Na tej liście są poradniki, biografie, kryminały i... książki kucharskie ;)

3. Książka, która zmieniła twoje życie.

Nie wiem, czy mogę powiedzieć, że ta książka zmieniła moje życie... Raczej nastawienie, sposób patrzenia na takie osoby. Chodzi mi o Milion małych kawałków Jamesa Freya... Przede wszystkim to od tej książki zaczęło się moje zainteresowanie psychologią, patrzę na świat inaczej... Doceniam małe rzeczy. Ponadto jest to książka, którą czytałam najwięcej razy w życiu (z 10, jak nie więcej) i polecam przy każdej okazji. Z czasem ziarenko, które we mnie zostawiła, zaczęło kiełkować i tym sposobem dzisiaj jestem o krok od studiów psychologicznych... Co z tego będzie, czas (i matura) pokaże.


4. Jakim bohaterem literackim chciałabyś/ chciałbyś być?

Żadnym. Chciałabym być sobą, ale o mnie (jeszcze) nikt książki nie napisał. Pozostaje czekać...

5. "Jeszcze jeden rozdział". Od jakiej pozycji nie mogłaś/ mogłeś się oderwać?

Zdecydowanie Królowie przeklęci. Przeczytałam jeden tom w dwie noce. Z drugim poszło trudniej, bo szkoła, nauka i te sprawy, ale też pochłonęłam dość szybko.

6. Czytelnicza lista na najbliższy miesiąc.

Nigdy nic nie wiem na pewno. Ta lista wciąż się zmienia, w zależności od tego, jakie książki zastanę w paczce od listonosza, albo na co mam akurat w danej chwili ochotę i humor. Myślę, że dziś skończę Sukienkę z mgieł Joanny Marii Chmielewskiej. A następnie...
Posiadacz John Galsworthy
Uwikłani. Obsesja Laurelin Paige
Czasomierze David Mitchell
Po prostu bądź Magdalena Witkiewicz
Dziesięć płytkich oddechów K.A. Tucker
Królowie przeklęci tom 3 Maurice Druon
... a i tak nie wiem, czy uda mi się to zrealizować, bo jednak ostatni miesiąc. Obiecałam sobie się przyłożyć do nauki. Zobaczymy więc, co z planów wyniknie.


7. Czy czytasz lektury szkolne?

Nie oszukujmy się, liceum to czas opracowań i streszczeń. Nie ukrywam, że ja również w ten sposób przetrwałam trzy lata. Owszem, zdarzało mi się przeczytać niektóre lektury, np. Dziady, Wesele, Przedwiośnie, Zbrodnię i karę, Zdążyć przed Panem Bogiem, Dżuma, Tango... Jednak w większości (np. Pan Tadeusz, Chłopi, Lalka...) zaczęłam, a nie skończyłam. Za bardzo mnie te książki męczą i wciąż narzekam, że za dużo w nich śmierci, chorób, bólu, cierpienia... Jestem młoda i nie chcę się przytłaczać tak tragicznymi uczuciami, zwłaszcza że bardzo łatwo wczuwam się w sytuację bohaterów. Najgorsze jednak w lekturach jest to, że nic z nich nie pamiętam, albo kojarzę tylko urywki i po czasie okazuje się, że... pomyliłam tytuły.

8. Z którym autorem/ autorką chciałabyś/ chciałbyś się najbardziej spotkać?

Jak już mówiłam wiele razy: Carlos Ruiz Zafón

9. Ile czasu poświęcasz na czytanie?

Przynajmniej dwie godziny dziennie. W weekend i wolne więcej oczywiście :)

10. Ulubione miejsce do czytania?

Zimą – kanapa przy grzejniku. Latem wolę czytać w plenerze – balkon, polana, las...
Pisałam też o tym w tekście Moje czytelnicze miejsce.

11. Książka, z którą nie masz miłych wspomnień.

Dużo by wymieniać, ale najgorzej kojarzy mi się Lalka.

niedziela, 27 marca 2016

Tygodniowa wycieczka

W minionym tygodniu mogliście przeczytać:

Poniedziałek

TMI Book Berek

Dzisiaj odpowiadam na kilka pytań dzięki Agnieszce, która nominowała mnie do bardzo popularnego w blogosferze tagu – mojego berka – Too Much Information! Oczywiście ze względu na tematykę naszych blogów i zainteresowania będzie on o książkach :)
Do dzieła! czytaj więcej

Wtorek

Dragon Age: Powołanie – Jakoś nie mogę wyjść z tego świata... – recenzja książki

Całkiem niedawno zrecenzowałem jedną z najlepszych gier, jakie miałem kiedykolwiek okazję poznać – Dragon Age: Początek. To wywołało we mnie wiele wspomnień, co zresztą nie jest niczym dziwnym, ponieważ spodziewałem się, że ta recenzja otworzy przede mną pewną możliwość, z której z przyjemnością skorzystałem. Będąc ciągle otulony klimatem tego uniwersum postanowiłem odświeżyć sobie pewną lekturę... czytaj więcej



Środa

"Wszystkie drogi prowadzą do przeszłości"

Każde miasto ma swoja legendę, ducha, upiora. Kuba Rozpruwacz, Hrabia Drakula, psychopaci – mordercy rozsiani po całym świecie, zakały społeczeństwa zamienione w bestie bez serca… Maszyny do dręczenia, katowania. Przechadzając się dzielnicą pośród zadbanych domków jednorodzinnych i apartamentów, uważaj – ściany mają uszy. Idąc do szkoły zaszczanymi skrótami i ciemnymi korytarzami, pamiętaj – zakamarki mają pięści i zbereźne fantazje. Strzeż się samotności, gdy świat jest budowany na łzach, pocie i krwi... czytaj więcej

Czwartek

Dobro zawsze zwycięża – "Syn" Lois Lowry – recenzja książki

Morze zawsze było niewiadomą. Budziło strach i przerażenie, ale też fascynację i ciekawość. Morze daje życie i je odbiera. Potęga wody jest nieopisana, niewyobrażalna. Klara, główna bohaterka ostatniej części kwartetu Dawcy autorstwa Lois LowrySyn, mogła się o tym przekonać na własnej skórze... czytaj więcej





Piątek

Kim jest ten pan?

Witajcie.
Nie wiem czy to dobry sposób na rozpoczęcie czegoś takiego. Wybaczcie mi, jeśli taki nie jest, ie mam w tym wprawy. Tak naprawdę w ogóle nie mam wprawy w opowiadaniu o sobie, ponieważ nigdy nie uważałem się za osobę specjalnie ważną czy wyjątkową. Wychodzę z założenia, że mam swoje miejsce w świecie i pewną rolę, którą sam sobie niejako narzucam, ponadto robię to codziennie, starając się podnosić poprzeczkę swoich życiowych celów... czytaj więcej


Sobota

RETRO DAY – Sacred: Złota Edycja

Znacie ten typ gier, który podczas włączania wita was radosnymi słowami: Kolekcja Klasyki, najchętniej kupowane gry komputerowe w Polsce, polecam i pozdrawiam – Piotr Fronczewski? Cóż, nie chwaląc się, ja znam je bardzo dobrze, może nawet zbyt dobrze, gdyż z doświadczenia wiem, że stare RPGi potrafią naprawdę odebrać i znajomych i dużą część życia przez to, że niezwykle angażują. W dzisiejszym RETRO DAY chciałbym przybliżyć wam produkcję studia Ascaron Studios. Moi mili, oto Sacred: Złota Edycja... czytaj więcej


sobota, 26 marca 2016

RETRO DAY – Sacred: Złota Edycja

Znacie ten typ gier, który podczas włączania wita was radosnymi słowami: Kolekcja Klasyki, najchętniej kupowane gry komputerowe w Polsce, polecam i pozdrawiam – Piotr Fronczewski? Cóż, nie chwaląc się, ja znam je bardzo dobrze, może nawet zbyt dobrze, gdyż z doświadczenia wiem, że stare RPGi potrafią naprawdę odebrać i znajomych i dużą część życia przez to, że niezwykle angażują. W dzisiejszym RETRO DAY chciałbym przybliżyć wam produkcję studia Ascaron Studios. Moi mili, oto Sacred: Złota Edycja, którą miałem okazję ograć wiele lat temu, gdy moja twarz zdradzała jeszcze ślady przyzwoitości, a na mej głowie nie jawił się choćby zwiastun zakoli.


Po prawdzie nie ma sensu w tym momencie tego przytaczać historii, gdyż, jak na hack'n'slasha przystało, fabuła ma tu najmniejsze znaczenie i jest, uwierzcie mi, niezwykle typowa jak na grę tego gatunku – to oczywiście nie znaczy, że nie wciąga. Ja na przykład byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. To gra, w którą zacząłem grać, gdy tylko skończyłem Wiedźmina. Pamiętam, że nieco odrzuciła mnie jej surowość, natomiast przyciągnęło nowatorskie podejście do grafiki. O tym jednak zaraz. Warto wspomnieć, iż ta surowość sprawiała, że z każdą misją byłem coraz bardziej dumny z samego siebie, mówiąc krótko – gra satysfakcjonuje. Lecz czy nagradza?

Nie od dziś jest wiadomo, że w tym gatunku gier przede wszystkim chodzi o to, by rąbać, siekać, rozgniatać i niszczyć setki wrogów na swojej drodze, wykonywać różnorakie zadania, zwiedzać i PRZEDE WSZYSTKIM zbierać kozacki ekwipunek – jak najlepszy, najlepiej z podpisem "legendarny" bądź "epicki", oczywiście tysiąc razy ulepszony u rozmaitych kowali czy za pomocą odpowiednich kryształów. Esencją tego typu gier jest więc akcja. Czy gra jej dostarcza? Jest to niezwykle godny reprezentant gatunku gdyż tak, dostarcza jej w całej okazałości, często wręcz przygniatając ilością rzeczy do roboty, wrogów do ubicia i misji do zrobienia.

Warto wspomnieć też o mapie świata, bo jest przeogromna i z tego co możemy wyczytać w internecie, mamy tu do zrobienia 30 misji głównych i ponad 200 zadań pobocznych! Nawet ja, choć ograłem tę grę kilka razy, nie znam całego jej świata, wszystkich zadań i ciekawych postaci. Co do tych wspomnianych wyżej poboczniaków, jak się domyślamy, nie będą to wielowątkowe perełki, tylko w dużej mierze coś, co wypełnia nam czas. Z jaką jednak klasą to robi! Zadania poboczne oraz główne są przepełnione humorem, często czarnym, ale zazwyczaj po prostu humorem – raz na lepszym, raz na gorszym poziomie. Pozwala nam to nie przytłaczać się dość mroczną, co może być dla niektórych minusem, oprawą graficzną.

O, właśnie! Byłbym zapomniał o oprawie graficznej. Rzecz jasna, że na dzisiejsze standardy nie daje rady, dlatego ciężko byłoby mi powiedzieć, że jest ona "śliczna". Mogę jednak bez drżenia powiek powiedzieć, że jest ona innowacyjna... jak na swoje czasy. Może nie tyle innowacyjna, co hybrydowa i niespodziewana. Mamy tutaj połączenie otoczenia zrobionego w płaskim 2D i modeli postaci czy potworów, które zrobione są w 3D. Wśród hack'n'slashy tamtego okresu Sacred wybija się ponad przeciętność, a doskonale wiecie, że ja takie drobnostki cenię.




Pamiętam doskonale ten moment, gdy ukazały mi się napisy końcowe. Czułem dumę, ale i smutek. Dumę, że przeszedłem naprawdę trudną grę, której sterowanie i mechanika pozostawiają wiele do życzenia (błędy te naprawione zostały w sequelu, Sacred 2: Fallen Angel), wręcz doprowadzają do szewskiej pasji. Dlaczego akurat smutek? Odpowiedź jest dość oczywista – było mi żal, że to koniec tej niedoskonałej, pełnej bubli przygody. Było mi szkoda zostawiać mojego wysoko wypoziomowanego Gladiatora i odinstalować grę. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, jak często będę do niej wracał. Nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić was do zapoznania się z tą niebywale grywalną, choć przeznaczoną dla fanów hack'n'slashy, produkcją. Ja sobie chyba zaraz pogram... 

czwartek, 24 marca 2016

Dobro zawsze zwycięża – "Syn" Lois Lowry






Tytuł: Syn
Cykl: Dawca, t. 4
Autor: Lois Lowry
Wydawnictwo: Galeria Książki






Morze zawsze było niewiadomą. Budziło strach i przerażenie, ale też fascynację i ciekawość. Morze daje życie i je odbiera. Potęga wody jest nieopisana, niewyobrażalna. Klara, główna bohaterka ostatniej części kwartetu Dawcy autorstwa Lois Lowry Syn, mogła się o tym przekonać na własnej skórze. 

Jeśli czytaliście poprzednie części, wiecie na pewno, że mamy do czynienia ze światem absurdalnym, ale możliwym do stworzenia. W recenzji Skrawków błękitu narzekałam, że brakuje mi Jonasza, głównego bohatera Dawcy. Mówiłam również, że druga część bardzo mi się dłużyła i nie była tak wciągająca jak poprzednia. Posłaniec sprawił, że znów uwierzyłam w piękno historii, w której było mi dane brać udział. Dziś, gdy mam już za sobą całą serię, mogę stwierdzić, że nie żałuję ani chwili spędzonej przy książkach Lois Lowry. Nie napiszę tutaj nic nowego, bowiem wiele zostało już powiedziane w poprzednich recenzjach, jednak chcę podsumować całość kwartetu.

Syn opowiada historię Klary, dziewczyny z wioski Jonasza, która w wieku czternastu lat wydała na świat Produkt. Poród był niestety skomplikowany i Klara została przydzielona na inne stanowisko w społeczności. Przeoczono kilka znaczących faktów, przez co Klara nigdy nie brała pigułek. Odczuwała i rozumiała znacznie więcej, niż jej towarzysze. Za wszelką cenę starała się poznać swojego syna, móc spędzać z nim czas i chronić. Dziecko jednak pewnego dnia zniknęło, a zrozpaczona Klara postanowiła udać się w rejs. Nie wiedziała, co czeka ją na morzu, bowiem nigdy nie miała okazji opuścić swojej społeczności. 
Nazwali ją Wodną Klarą, gdy morze wyrzuciło dziewczynę na brzeg. Trafiła do społeczności, w której kolory i uczucia są ważne i znane, do społeczności, gdzie istnieje rodzina, dom i moralność. Klarą opiekuje się starsza kobieta, która traktuje ją jak własną córkę: uczy na nowo żyć, mówić i poznawać świat. Klara jednak nic nie pamięta, a czuje, że wydarzyło się coś strasznego. Z czasem przeszłość do niej wraca. W nowym otoczeniu zostaje uznana za nieczystą, co nie zniechęca jej na szczęście do działania. Dziewczyna postanawia za wszelką cenę odnaleźć syna, o którym nie udało się jej na dobre zapomnieć. Zastanawia się, jak ma na imię, czy żyje, co się z nim stało... Dąży do doskonałości i odkrywa w sobie siłę, by odnaleźć dziecko – nawet jeśli będzie to wymagało niewyobrażalnej ofiary.

Syn przedstawia finał rozgrywającej się od czterech części walki dobra ze złem. Po raz kolejny autorka zmienia głównego bohatera swojej powieści, by pokazać nam opisywaną sytuację z innej strony. Dzięki temu zabiegowi czytelnik się nie nudzi, a wręcz coraz bardziej angażuje, rozmyślając, co takiego łączy wszystkie postacie. Ucieszyłam się, że czwarta część serii cofnęła czytelnika w czasie do wydarzeń z Dawcy i uzupełniła wiedzę. W recenzji pierwszej części mówiłam, że zabrakło mi opisu życia społeczności po ucieczce Jonasza, ale już wtedy wiedziałam, że w którejś z kolejnych zostanie to nadrobione – nie byłam tylko pewna, w której konkretnie. Niemal do końca książki nie jesteśmy pewni, jak dokładnie potoczą się losy jej bohaterów – zwłaszcza Klary. Wraz z nią przeżywamy każde uczucie i relację, odczuwamy morderczy wysiłek, a wszystko to dzięki znakomitym opisom sytuacji. Kobiety przede wszystkim mogą wczuć się w rolę matki, która straciła syna, mężczyźni natomiast mogą znaleźć w powieści poświęcenie i wartość rodziny. 

Czwarta część dorównuje do poziomu pierwszej, dzięki czemu cała seria nabiera sensu i kształtu. Widać, że każdy element był dokładnie przemyślany, bohaterowie stworzeni uniwersalnie, ale nie płytko, by każdy mógł się z nimi zżyć bądź nawet utożsamić. Kwartet Dawcy czyta się jednym tchem, książka za książką, a gdy wszystko się wyjaśnia, możemy odetchnąć z ulgą. Jest to piękna historia o poświęceniu, wartości rodziny, uczuć i ludzi nas otaczających. Pokazuje, że nawet pozornie nic nieznaczące rzeczy i sytuacje mogą wpłynąć na życie, zmieniając je bezpowrotnie. Lois Lowry uczy odróżniać dobro od zła i zastanawiać się dwa razy, zanim dokonamy wyboru. Podtrzymuję swoje zdanie, że jest to najlepsza lektura dla nastolatków, jednak nawet dorośli znajdą w niej coś dla siebie – chwilę na relaks i refleksje czy to nad światem czy nad własnym życiem. 


środa, 23 marca 2016

"Wszystkie drogi prowadzą do przeszłości"

Niedawno znalazłam w otchłani komputera teksty i opowiadania sprzed kilku lat. Nie jest to żadne "dzieło", jednak myślę, że warto się tym także z wami podzielić. 

Każde miasto ma swoja legendę, ducha, upiora. Kuba Rozpruwacz, Hrabia Drakula, psychopaci – mordercy rozsiani po całym świecie, zakały społeczeństwa zamienione w bestie bez serca… Maszyny do dręczenia, katowania. Przechadzając się dzielnicą pośród zadbanych domków jednorodzinnych i apartamentów, uważaj – ściany mają uszy. Idąc do szkoły zaszczanymi skrótami i ciemnymi korytarzami, pamiętaj – zakamarki mają pięści i zbereźne fantazje. Strzeż się samotności, gdy świat jest budowany na łzach, pocie i krwi.

Krzyk. Krzyk z bólu. Krzyk z wycieńczenia. 
– Jak wrzeszczy, niech ktoś ją uciszy. 
Ból przeszywa jej ciało, rozrywa tkanki, rozgrzewa siedemdziesiąt procent wody, woda wrze, paruje, skrapla się na czole. Krzyczy jeszcze raz, łapie ją kolejny skurcz. Ściska pręty szpitalnego łóżka pośrodku brudnego pomieszczenia gdzieś na perypetiach. Nikt tamtędy nie chodzi, odkąd Stefanowi Rakorzemu, prezydentowi miasta, wycięto nerkę i sprzedano ją na allegro z dopiskiem "znakomita pamiątka z najpiękniejszego miasta w kraju!". Sprzedała się po minucie. Komu? Nikt nie wie, a policja – ludzie mający rodziny, ustatkowane życie – nie chciała się w to zagłębiać. Jeszcze ktoś by się pokaleczył. Co tej młodej dziewczynie w ósmym miesiącu ciąży przyszło do głowy, by wypić dziesięć kieliszków za dużo, skręcić dwie uliczki wcześniej i narazić życie dziecka? Świat na wstępie pokazał mu, że będzie brutalnie. Że czeka je rzeź, cierpienie nie – tylko fizyczne. Z łona matki wyskoczył szybko, bez problemu. Kobieta w masce lekarskiej chwyciła nożyczki, obcięła pępowinę, oddała dziecko krępemu brunetowi. Przyszła druga, umyła malca, owinęła w kawałek materiału i oddała z powrotem. Nie płakał, nie krzyczał, spokojem dziecka nikt się nie przejął, nawet rzekoma matka. Miał szeroko otwarte oczy i obserwował sufit spryskany krwią. Dla dziewczyny był to dopiero początek. Bez chwili odpoczynku mężczyzna podszedł ze skalpelem. Zemdlała.

Gdy dojechali na dworzec, zegar wskazywał godzinę trzecią. Jedna złapała ją za ręce, druga za nogi, a mężczyzna niósł dziecko niezdarnie w ramionach. Główka co chwilę mu opadała. Maluch nie płakał, oddychał spokojnie i równomiernie. Na peronie nie było nikogo. Świeciło kilka lamp, a zakamarki wypełniał smród odchodów. Położyli parę kartonów przy ścianie, posadzili na nich dziewczynę, okryli kocem, dziecko wsadzili w ramiona. Tuż przed nią postawili kubek, wrzucili do środka parę drobniaków i bon na kanapkę. Odeszli. Odjechali z piskiem opon. Pokonywali zakręty z zawrotną prędkością. Opchnęli nerkę siwowłosej, zdesperowanej pani Andżeli, której wnuczka pilnie potrzebowała przeszczepu. 
– Niech Bóg Wam wynagrodzi – szepnęła, dając im walizkę z fałszywymi pieniędzmi .
– Chcemy wiedzieć, co z wnuczką – krzyknęła przez ramię kobieta, wsiadła do furgonetki  
i ruszyła na kolejne polowanie.
– Po moim trupie – odrzekła, gdy byli już daleko.


Dziewczynę obudził płacz syna. Nie płakał z bólu czy samotności. Był głodny. Wyjęła pierś, nakarmiła go zaspana, z jeszcze zamkniętymi oczami. Gardło paliło, w uszach szumiało, głowa kręciła się niczym karuzela na festynie. Odruch wymiotny sprawił, że oprzytomniała. Zaczęła się krztusić. Spojrzała na dziecko trzymane w ramionach i na brzuch. Nie potrafiła pojąć, że trzyma własnego syna poczętego w przypływie emocji, wyobrażeniu aktu miłości, delikatnym pieszczeniu, bestialskim pożądaniu, które zamieniło się w dziki seks na imprezie nie barwionej alkoholem – a złożonej z niego. Nie tego chciała. Chciała przygody, nie egoistycznego gwałtu. Szarpanie się, próba ucieczki nie przyniosły nic prócz rozlewu krwi i siniaków. Wiadomość, że ojcem jest oprawca, pchnęła ją znów po alkohol. Prawie zaćpała się na śmierć. Znowu wylądowała w łóżku z kolejnym, któremu kazała się bić i poniżać z nadzieją na poronienie bękarta.
Wstała z dzieckiem i ruszyła przed siebie. Zatrzymała się tuż przed spadem. Pod nią znajdowały się kamienie i tory, przez chwilę rozważała rzucenie go w przepaść, ale serce na tę myśl niemiłosiernie zabolało. Ruszyła w stronę wyjścia. Starcy i narkomani oglądali się za nią, wyklinali na zakrwawioną, brudną dziewczynę. Nie zwracając uwagi na bluzgi, szła chwiejnym krokiem, tuliła dziecko nadal ssące pierś. Pchnęła ciężkie drzwi i wyszła przed budynek. Na schodach straciła równowagę i upadła. Uderzyła głową o beton, dziecko wypadło jej z ramion i cudem wylądowało na brzuchu. 
– Kuba – zaśmiała się melodyjnie. – Przestań, mam łaskotki.
Kuba na złość dziewczynie wbijał delikatnie palce w jej żebra, gdy próbowała się wyrwać. Śmiał się przy tym i cmokał ją w czoło, po chwili wziął w ramiona i mocno przytulił.
– Kocham cię, mała – szepnął.
– Więc nie zostawiaj mnie.
-Muszę, Anabel… – chłopak wyraźnie posmutniał.
– Nie musisz. Przecież możemy uciec, razem. Możemy ułożyć sobie życie, choćby w kawałkach kartonu. Będziemy podróżować, razem odkryjemy nowy kontynent, nowe gwiazdy, planety i nazwiemy je naszymi imionami. Będziemy rodziną.
– Nie rozmawiajmy o tym. Kocham cię, to się nie zmienia. Nie odchodzę, zawsze będę przy tobie. Tutaj – musnął dłonią jej lewą pierś. Spacerowali parkową dróżką, biegli przed siebie. Liście wirowały pod nogami, ptaki ćwierkały, śmiech wypełniał atmosferę, ludzie spoglądali z dezaprobatą, narzekali. Weszli do domu. Obejrzeli telewizję. Wyszli do restauracji. Zjedli kolację. Wrócili. Rozmawiali. Kochali się. Zasnęli razem. Obudziła się, on się nie obudził. Kochali się. Kochają się każdego wieczoru.
Wspomnienie zniknęło równie szybo, jak się pojawiło. Tak zapamiętała Kubę. Miłość jej życia. Nic nie wypełni tej pustki, nawet alkohol i codzienne imprezy.
Ktoś znalazł ją o szóstej rano i zadzwonił na pogotowie. Wokół zebrała się grupka ludzi. Czekali, pogrążeni w dyskusjach  i tworzyli własne scenariusze, co spotkało tę dziewczynę. Ciężko wysnuć jakieś wnioski, gdy widać tylko skutek. Lekarze zabrali ją do szpitala. Stwierdzili połamane żebra i wstrząs mózgu. Alkohol we krwi przewyższył dwukrotnie dawkę śmiertelną, a dziecko było zdrowe. Niepokojąco spokojne. Ocknęła po kilku dniach, straciła rachubę czasu. Nie pamiętała, co się wydarzyło. Obraz przed oczami był zniekształcony. Lekarz zadawał dużo  pytań, na które nie potrafiła odpowiedzieć. Pokazywał jej trzy palce, które dwoiły się i troiły. Lampka zaglądająca w oczy powodowała przywidzenia, widziała węża pełznącego w jej stronę. Zasyczał, wyciągając język. Gdy zmniejszała się odległość między nimi, prędkość jego ruchu się zwiększała. Nagle otworzył szeroko paszczę, ukazując jej wnętrze i wbił się w oczy i usta, powoli zżerał twarz, zaczęła się palić. Uczucie, jakby ogień trawił skórę ogarnęło całe ciało. Spojrzała na zwęglone dłonie. Zaczęła krzyczeć przerażająco głośno. Skorpiony chodziły po jej ciele, spod spodni wychodziły larwy, piranie wgryzały się w stopy. Węży pojawiało się coraz więcej. Oplatały ciało, jeden zaciskał się na szyi i odbierał oddech, drugi mocnym uściskiem zablokował skurcze przepony. Na ścianach mnożyły się karaluchy. Nagle… Igła. Ugryzienie komara. Ciemność.

15 LAT PÓŹNIEJ

Kuba ukrywał się w swoim pokoju całymi dniami. Niebieskie ściany i brudny, chyba biały sufit, koiły jego myśli rozbiegane poza świadomością. Chodził w kółko i nogą upychał pod łóżko porozrzucane ubrania, paczki po chipsach i orzeszkach. Przyzwyczajony już do mieszaniny słodkich i ostrych zapachów nie zwracał nawet na nie uwagi, a mama już na wejściu krzyczy, by otworzył okno, bo wali zgniłym mięsem. Odpowiada, że to nie mięso przegniło, a dziwka mieszkająca z nim pod jednym dachem. W domu od dwóch lat nie czuć nic, prócz smrodu z jego pokoju. Atmosfera nie wypełnia się rodzinną miłością czy domowym ciepłem, a pustą erotyką. Chwilą zapomnienia. 
– Gdzie idziesz? – kobieta w różowym szlafroku, jeszcze trzy lata temu nazywana "mamą Kubusia" wpatrywała w chłopaka zakładającego plecak.
– Kto dziś się tobą zajmuje? – odparł ironicznie i wyszedł z pokoju, zamykając drzwi na klucz.
– Kuba, wiesz przecież, że robię to dla ciebie.
Zignorował mało przekonujący argument matki i wyszedł, z trzaskiem zamykając drzwi. Włożył słuchawki do uszu, w których pobrzmiewał J-rock i skręcił w wąską uliczkę oddzielającą jeden blok od drugiego. Na końcu znajdowało się przejście  na drugie osiedle. Pchnął metalowe drzwi i wszedł do małego pomieszczenia. Nieco mniejszy otwór w ścianie prowadził na dworzec, był to skrót znany miejscowym handlarzom i ludziom z nimi zaznajomionym. Wyciągnął telefon, by oświetlić sobie drogę. Pomieszczenie było wąskie, ramionami dotykał ścian, a sufit był dziesięć centymetrów nad głową. Pochłonięty dźwiękami ulubionego utworu nie zorientował się, że ktoś za nim podąża. Dopiero gdy poczuł na ramieniu silny uścisk dłoni, odwrócił głowę, by sprawdzić, kim jest tajemniczy towarzysz. Oświetlił mu twarz i uśmiechnął się szeroko, powoli się odwracając. Przed nim stał Adam, wysoki brunet z długimi włosami, barczysty na tyle, że by zmieścić się w korytarzyku, musiał chodzić bokiem.
– Cześć stary. Masz coś dla mnie?
– Nie, idę dopiero do Bachora po towar – odparł Kuba, wyciągając z uszu słuchawki.
– Pamiętaj mnie, mnie chce podwójnie.
– Naucz się w końcu Polskiego, Szwabie – sprzedał mu kuksańca w żebra i szedł dalej. – Będę pamiętał. Co dziś robicie?
– Bijemy rekord, wpadnij? – zaproponował entuzjastycznie Adam, typowo niemieckim akcentem.
– Wiesz, że nie biorę.
Po chwili oboje znaleźli się na dworcu, gdzie kręciło się sporo punków i dresiarzy, mierząc się wzrokiem. Gdzieś między peronami dwóch cherlawych chłopaków pieściło się po twarzach piąstkami, najprawdopodobniej – jak często bywało – o działkę amfetaminy czy koksu. Za nimi na ławce dostrzegł dilera, dla którego pracował. Zdziwił się na widok zielonego zamiast czerwonego irokeza na głowie, nieumodelowanego w kolce, a opadającego na czoło. Kuba przebiegł przez tory i usiał obok.
– Masz pięćdziesiąt działek do sprzedania po sześć dych. Dwie czyste dla Szwaba, sto dwadzieścia sztuka i pięć procent z tego dla ciebie. Zrozumiano? – wycharczał, wciskając mu towar do plecaka.
– Jasne.
Kuba miał już w zwyczaju zwiększać cenę o dziesięć złotych, więc dla niego było to – plus procent z pojedynczych działek. Najczęściej chodził pod szkołę gimnazjalną, gdzie najwięcej młodzieży pragnącej "szpanu" dawało najwięcej kasy za największe świństwo. 


Anabela przez wszystkie te lata próbowała wyprzeć z pamięci dzień, w którym zostawiła Kubę w szpitalu. Nie wiedziała, co się z nim dzieje. Wyrzuty sumienia pojawiały się za każdym razem, gdy alkohol i seks na chwilę parowały z jej organizmu i życia. Zastanawiała się, czy kartka zostawiona na łóżku przed ucieczką ze szpitala trafiła do jej syna. Nie była nawet pewna, czy ma na imię Kuba, jak prosiła. Czy żyje. Miała nadzieję, że syn kiedyś ją odszuka i będzie mogła wziąć go w ramiona, przeprosić za nastoletnią głupotę.
Była uzależniona od wszystkiego, co uzależnia. Od słodyczy przez kawę i alkohol po narkotyki. Wizyty w grupach wsparcia nie były jej "sposobem na leczenie", a źródłem radości. Śmiała się z ludzi, którzy gadali  jak nisko upadli, jak głęboko zranili siebie i bliskich i jak bardzo tego żałują. Śmiała się, bo była zanurzona w błocie, nawet w gównie, dużo ponad głowę i wiedziała, że ratunku już nie ma. Brała udział w spotkaniach anonimowych alkoholików, seksoholików, czy szydełko-holików i paznokcio-holików. Nie myślała, że istnieje tak wiele głupich i błahych uzależnień – nie wiedziała nawet, czy takowe są. Może bycie usidlonym przez "coś" stało się modne?


Kuba wieczorem poszedł ze znajomymi na domówkę do dobrze sytuowanej uczennicy gimnazjum. Bachor dał mu na tę okazję więcej tańszych brudów i droższych luksusów. Izabela, nastolatka mieszkająca z babcią – która, nawet Bóg nie wie skąd, miała dużo pieniędzy na utrzymanie domu i zapewnienie wnuczce znakomitych warunków do nauki i rozwoju – organizowała imprezy w każdy weekend, gdy babcia wyjeżdżała na badania. Ostatnio zaczęła cieszyć się poważaniem wśród starszych koleżanek ze szkoły, które często przyprowadzały nietypowych towarzyszy. Gdy pewnego dnia nakryła dziewczyny z kilkoma starszymi mężczyznami w pokoju, uprawiających grupowy seks, zaczęła zamykać wszystkie pomieszczenia na klucz i starała się pilnować, kto przekracza próg jej mieszkania.
Dziś zauroczyła się w morskich oczach Kuby, gdy tylko ujrzała go zdejmującego kurtkę. Nie sprawdzając zawartości plecaka i – co ważniejsze – głowy, zaproponowała mu drinka i bliższe poznanie się. Weszli pod rękę do salonu, gdzie grupka ludzi stała przy kominku i żywo rozmawiała, dziewczyny na środku pokoju tańczyły w kółku, a jeden chłopak chwalił się umiejętnościami break dance'a. Muzyka ich zagłuszała, więc Izabela wzięła Kubę za rękę i przetańczyli razem godzinę. Zmęczona i znudzona poprosiła go o przejście do cichszego pomieszczenia. 


Anabela w klubie zamawiała czwartego drinka i podrywała trzeciego faceta tego wieczoru. Poprzednia dwójka pociła się, gdy tylko szepnęła im coś na ucho. Ze spaloną twarzą jąkali się niemiłosiernie, a ona pod pretekstem przypudrowania noska uciekała na drugi koniec pomieszczenia. Upiła ostatni łyk i wyszła na parkiet z koleżanką, grali właśnie ich ulubiony kawałek. Za chwilę przyłączyli do nich postawni mężczyźni. Anabeli zakręciło się w głowie. Ledwo stała na nogach. Taniec zaczął sprawiać coraz większe trudności. Partner złapał ją w pasie i wyprowadził z tłocznej sali. Nogi się pod nią załamały. Pogrążyła się w ciemności.


Kuba siedział z Izabelą na dużym łóżku i grali w karty, rozmawiając przy tym o swoim życiu. Mieli ze sobą wiele wspólnego: stracili rodziców w niewiadomych okolicznościach, słuchali japońskiej muzyki, oglądali anime , grali na instrumentach, nie mieli planów na przyszłość. Chcieli korzystać z życia, wyssać z niego co najlepsze bez wysiłku. 
W wieku trzynastu lat pierwszy raz upili się do nieprzytomności, w wieku czternastu zapalili zioło i wstrzyknęli sobie narkotyk – z tą różnicą, że dla niej był to odlot, dla niego nic szałowego.
– Nie gadaj tyle – szepnęła w pewnym momencie – pocałuj mnie.
Przybliżył się do niej gwałtownie, złapał za biodra i wpił się w usta. Przewróciła go na łóżko, usiadła na kolanach i ściągnęła koszulę. Szybko wylądowali pod kołdrą, spoceni i zasapani, zupełnie nie współgrając ze sobą. Głośna muzyka zagłuszała ich krzyki przyjemności. Jeśli istnieje Anioł Stróż, zastanawia się na pewno, gdzie podziewa się pojęcie miłości, które powinno nierozerwalnie łączyć się ze współżyciem. Gdzie podziewa się chęć pomnażania uczucia i obdarzania nim kolejnego człowieczka. Gdzie w świecie stworzonym przez Boga na potrzebę ofiarowania ogromnego afektu podziewa się podstawowy czynnik warunkujący człowieczeństwo?
Właśnie odkryli kolejną rzecz, która ich łączy. Stracili dziewictwo w wieku piętnastu lat, upojeni alkoholem, z obcą osobą.


Anabela ocknęła się po paru godzinach. Pierwsze co do niej dotarło to mocny zapach męskich perfum. Kojarzyła je skądś. Tylko skąd? Nadgarstki i kostki ściskały mocne sznury, utrudniające dopływ krwi. Czuła chłód palców i wiedziała, że są fioletowe. Mimo że odzyskała przytomność i świadomość nadal była pogrążona w ciemności. Ciężkie powieki unosiły się i opadały, jednak nie widziała nic. Postanowiła coś powiedzieć, ale gdy spróbowała otworzyć usta, napotkała opór. Z jej gardła wydał się tylko przeciągły jęk. 
– O, obudziła się śpiąca królewna – usłyszała twardy, męski głos gdzieś przed sobą, który również, nie wiedząc skąd, znała.
Zaczęła jęczeć głośno i panicznie prosić w myślach o wypuszczenie. Składała już przysięgi Bogu, że się nawróci, wstąpi na odpowiednią drogę, przede wszystkim uwierzy w Niego, jeśli teraz posłuży pomocą.
– Ciszej, głowa mnie boli – odrzekł jej obojętnie tajemniczy mężczyzna. Nagle poczuła ostry skręt i zorientowała się, że jadą samochodem. Samochód ostro zahamował, usłyszała trzask drzwi i… chwila ciszy, po której usłyszała brzęk kluczy i gwałtowne otwarcie bagażnika. Bez słowa zarzucił ją sobie na ramię i wszedł po schodach na werandę starego domu w środku lasu. Podłoga skrzypiała głośniej niż drzwi, w domu śmierdziało wilgocią i gnijącym drewnem. Poczuła nagłą falę ciepła, jakby ogień w kominku. I rzeczywiście, następne co dotarło do jej uszu to skwierczenie drewna. Posadził ją na krześle i przywiązał do oparcia, po czym wyszedł z pomieszczenia w towarzystwie odgłosów trzeszczących desek.

Ktoś dzwoni do drzwi. Nikt nie otwiera. Wchodzą do środka. Krzyczą, jednak muzyka ich zagłusza. Jeden wyciąga kabel z kontaktu, drugi pokazuje odznakę. Wszyscy stają pod ścianą, nagle w domu pojawia się coraz więcej policji. Jeden z funkcjonariuszy idzie na górę, skąd słyszy niepokojące odgłosy. Izabela wystraszona nagłym hukiem spadających drzwi zakrywa się kołdrą, a Kuba pospiesznie zakłada bieliznę.


Odwiązał Anabeli oczy i usta po czym usiadł naprzeciwko niej.
– Pamiętasz mnie?
Nie odpowiedziała. Wpatrywała się w jego ciemne oczy, próbując zachować spokój. 
– Pamiętasz – wykrzywił wargi w uśmiechu. – Chcę odzyskać syna.
– Nie uważasz, że po piętnastu latach jest trochę za późno?
– Nigdy nie jest za późno. Gdzie jest mój syn?
Milczała.
– Zabiłaś go?! – podszedł bliżej i chwycił ją za szyję. – Zabiłaś!
Milczała. Chwycił krzesło i rzucił do kominka.
– Nie zabiłam.

-Jakub Toron, lat piętnaście, zarzut handlu narkotykami, stosunek z dwunastoletnią Izabelą, pobicie z trwałym uszczerbkiem na zdrowiu…
– Okłamała mnie! – krzyknął. – Myślałem, że….
– Oraz zdemoralizowanie.

– Ernest Toron, lat trzydzieści siedem, zarzut podwójnego morderstwa, gwałtu, handlu narkotykami, próba zabójstwa poprzez pozostawienie poszkodowanej w płonącym budynku…
– Odnalazł się pański syn! – krzyknął adwokat, gdy wyprowadzano go z sali rozpraw. 


Anabela siedziała na krześle w pokoju spotkań. Stresowała się. Po latach miała zobaczyć syna, jednak nie takiego spotkania się spodziewała. Dyżurny go wprowadził i posadził na krześle przed Anabelą. Po chwili drzwi otworzyły się i ujrzała Ernesta prowadzonego przez dwóch policjantów. Usiadł obok Kuby i bacznie się mu przyglądał.
– Widzisz synu… Pamiętaj, historia lubi się powtarzać. Nigdy mnie w twoim życiu nie było, 
a jednak spotykamy się w tym samym miejscu w podobnym bagnie…

wtorek, 22 marca 2016

Dragon Age: Powołanie – Jakoś nie mogę wyjść z tego świata...









Tytuł: Dragon Age: Powołanie
Autor: David Gaider
Wydawnictwo: Fabryka Słów









Całkiem niedawno zrecenzowałem jedną z najlepszych gier, jakie miałem kiedykolwiek okazję poznać – Dragon Age: Początek. To wywołało we mnie wiele wspomnień, co zresztą nie jest niczym dziwnym, ponieważ spodziewałem się, że ta recenzja otworzy przede mną pewną możliwość, z której z przyjemnością skorzystałem. Będąc ciągle otulony klimatem tego uniwersum postanowiłem odświeżyć sobie pewną lekturę, (którą, mój drogi czytelniku, w ramach takiej ciekawostki, wygrałem w konkursie na opowiadane osadzone w świecie Dragon Age'a, nawiązujące do pewnej postaci w grze). To jednak pewna dygresja, która, choć miła, musi zostać odstawiona na bok, gdyż przechodzimy do głównego dania. Z przyjemnością przedstawiam wam książkę, którą darzę niezwykłym sentymentem. Oto Dragon Age: Powołanie autorstwa Davida Gaidera.

Miałem do czynienia z wydaniem Fabryki Słów, które jest dość zwyczajnie i poza motywem okładki, nawiązującym do  z pudełka z grą, nie ma tu nic, nad czym należałoby się jakoś specjalnie rozwodzić. Okładka jest miękka co niestety nie wpływa dobrze na stan książki po choćby wegetacyjnym żywocie na półce, gdyż po jakimś czasie rogi się zaginają i całość traci swój pierwotny urok. Czcionka natomiast jest bardzo dobra, dość spora, do tego przejrzysta i zachęcająca do dalszego czytania. Klimatyczne cytaty przed każdym z rozdziałów pozwalają nam bardziej wejść w przedstawiony świat i zrozumieć go choć w części. Jestem zadowolony z wersji, którą otrzymałem choć wiem, że mogło być lepiej. Cóż, dopóki marka nie będzie bardziej rozpoznawalna, na prawdziwie eleganckie i godne Dragon Age'a wydanie nie ma co liczyć.


Powołanie jest książką będącą kontynuacją Dragon Age: Utracony Tron, samodzielną, opowiadającą własną historię – swoją drogą, prawdziwie wielowątkową. Opowieść została osadzona w świecie, który fani tej serii gier od BioWare znają doskonale. Proszę się nie obawiać, nie jest to jedna z tych historii, które rzucają czytelnika w niezrozumiały świat i niezrozumiałe położenie. Wręcz przeciwnie, książka prawdziwie zręcznie wprowadza nas w opowieść, nie licząc na naszą znajomość przedstawionego świata a po prostu tłumacząc nam, zazwyczaj poprzez rozmyślania różnorakich bohaterów, każde zagadnienie, którego laik zwyczajnie nie jest w stanie od razu załapać. Książka napisana jest dość lekkim językiem i brak tu zbędnych archaizmów czy też suchych opisów, dłużących się w nieskończoność, jak w przypadku bodajże Lalki Bolesława Prusa (tę lekturę wspominam chyba najgorzej, pomimo jej rozlicznych walorów). Nawet gdy narrator przejmuje kontrolę nad spectrum widzenia przez nas danej sytuacji, wszystko to jest przeplatane dialogami, napisanymi... prosto. Proszę nie odbierać tego jako wady książki, ponieważ bardzo dobrze możemy poznać bohaterów, zrozumieć, co nimi kieruje, gdyż autor nie silił się na stworzenie z postaci bandy filozofów, która na każdym kroku rozprawia o sensie swego istnienia oraz nadrzędności kury nad jajkiem. Autor wziął sobie za cel zrobienia z nich w jak największym stopniu osób realistycznych, do bólu pragmatycznie, tak, jak my na co dzień podchodzących do swoich problemów czy rozterek. Może to właśnie jest kluczem do rozwiązania zagadki płynności przechodzenia tutaj ze strony na stronę? Ta swojskość i naturalizm zastosowane przez Gaidera dają bardzo dobry dowód na to, że prostota nie musi oznaczać brak kunsztu, finezji i talentu. Wręcz przeciwnie. Talentem jest stworzyć realne postaci, z którymi utożsamiamy się coraz bardziej za każdym muśnięciem delikatnego papieru. Finezją jest stworzyć opisy i dialogi, które będą przedstawiały nam w detalach, ale nie w szczególikach, clue danej sceny i nie będą nas zanudzać oraz męczyć oczu. Kunsztem wreszcie jest stworzenie opowieści jako pewnej wiarygodnej całości, pasującej do realiów gry i otwartej na nowych czytelników. Nie udaje ona elitarnej, a wręcz prowadzi za rękę wszystkich, którzy dopiero ten świat poznają.


Jeśli miałbym powiedzieć o czym ta książka jest to miałbym spory problem. Oczywiście, że tak czy inaczej spróbuję w paru zdaniach wspomnieć o ogólnym zarysie fabularnym, ale najpierw chciałbym wspomnieć o rzeczy ważniejszych.
Chcę powiedzieć o czym ta książka nie jest.
A nie jest ona o ratowaniu świata, o rzeczach podniosłych czy takich, które w jakikolwiek sposób realnie wpłyną na losy świata w późniejszym okresie. Jest to "lokalna" opowieść rozgrywająca się w danym kraju, w Fereldenie, a konkretnie pod ziemią, na Głębokich Ścieżkach. Grupa Szarych Strażników, pod dowództwem komendantki tychże z Orlais i Genevieve przemierza niebezpieczne korytarze labiryntu. Podróżujący z nimi król Fereldenu, Maric, znał ze swoich wcześniejszych wędrówek teoretycznie najbezpieczniejszą drogę... Po co zmierzają, spytasz? Szukają swojego zaginionego towarzysza, który – jak się okazuje – zna położenie Dawnych Bogów, smoków, które skażone krwią wspomnianych w recenzji gry mrocznych pomiotów zamieniają się w tak zwane Arcydemony, potwory przewodzące armią pomiotu, zalewającą kraje powierzchniowe. Stawka jest więc wysoka, ale nie jest to nic pewnego. W tej opowieści absolutnie wszystko staje na szali, nie tylko życie, ale również zaufanie i wiara w to, że wszyscy mają wspólny cel. Okazuje się, że w całą sprawę zamieszany jest również pewien inteligentny, znający ludzką mowę mroczny pomiot, który podaje się za Magistra – jednego ze starożytnych magów, którzy splamili boskie miasto swoją ludzką obecnością, sprowadzając Plagę jako gniew boży. Intrygująco? Właśnie tak jest, na dokładkę niezwykle ponuro i ciężko.

Książka nie należy do najlżejszych. Jest tu dużo śmierci, dużo przemocy i dużo przytłaczającego czytelnika strachu, doskonale opisywanego przez autora. Tu nie ma dobrych czy złych decyzji, są po prostu decyzje i ich konsekwencje. Na Głębokich Ścieżkach jedyne na co może liczyć ta garstka śmiałków, to oni sami, chociaż z czasem i w to zaczynają wątpić. Opowieść buduje napięcie powolutku, nie dając nam specjalnego pola do domysłów, co stanie się dalej. Nie wiemy nawet, jaki cel ma ten Inteligentny pomiot, o którym wspomniałem, choć podaje się za sojusznika ludzi. Jednak czy możemy mu tak po prostu zaufać? Zamęt wprowadzany jest nie tylko w serca występujących w książce bohaterów, ale także w nasze. Kartka za kartką nie mamy pojęcia, kto tu ma rację, a kto nie ma, i co z tego wszystkiego może wyniknąć.



Już w momencie gdy otrzymania książki wiedziałem, że mi się spodoba. Była w końcu osadzona w moim ukochanym świecie, co mogłoby mi nie pasować? Książka ma swoje wady, jest pisana językiem, który przez niektórych może zostać uznany za mało profesjonalny i doskonale rozumiem to podejście, ale lata czytania książek nauczyły mnie przyjmowania ich dokładnie takimi, jakie są, akceptując ich obecną formę wychwytywać wady i zalety. Widzę w takim a nie innym stylu całości pewien zamysł, który został według mnie zrealizowany bardzo dobrze. Mamy realistyczną (na tyle, na ile realistyczne może być fantasy) opowieść, autor doskonale wie, o czym chce mówić i jak chce to robić. Nie mam nic więcej do dodania, serdecznie zapraszam do zapoznania się z tą historią. 

poniedziałek, 21 marca 2016

TMI Book Berek


Dzisiaj odpowiadam na kilka pytań dzięki Agnieszce, która nominowała mnie do bardzo popularnego w blogosferze tagu – mojego berka – Too Much Information! Oczywiście ze względu na tematykę naszych blogów i zainteresowania będzie on o książkach :)
Do dzieła!

1. Która fikcyjna postać ma najlepszy styl?
Styl czego? Pierwszą, jaka przychodzi mi na myśl, jest Geralt – super bródka, dwa miecze i mięśnie... przy takim nie ma czego się bać!

2. Twoje fikcyjne zauroczenie?
Tak głęboko nigdy (jeszcze?) się nie zaangażowałam. Nie znalazłam jeszcze "mojego ideału" w książkach (mam nadzieję, że to nie dlatego, iż ciężko sprostać moim oczekiwaniom!).

3. Czy kochałaś kiedyś postać, a potem zaczęłaś ją nienawidzić?
Można powiedzieć, że Fincha z Wszystkich jasnych miejsc, chociaż sama nie wiem, czy go nienawidzę...

4. Największa książka na twojej półce?


Są jeszcze Kochanice króla P. Gregory, do których żadna książka wysokością mi nie pasuje.

5. Najcięższa książka na twojej półce?
Ciężko rzec, nie ważę ich. Może I tom Królów przeklętych (albo również Lalka)?

6.Masz jakieś książkowe plakaty?
Nie.

7. Masz jakąś książkową biżuterię?
Również nie.

8. Ulubiona para, której kibicujesz?
Brak.

9. Ulubiona seria książek?
Cmentarz Zapomnianych Ksiażek i Trylogia Czasu.

10. Ulubiony soundtrack z książki?
Brak, jednak uwielbiam muzykę z gry Wiedźmin, zwłaszcza drugiej i trzeciej części, liczy się?

11. Jaką książkę polubiłaś tak bardzo, że chciałabyś aby była kontynuowana?
Z młodzieżowych bardzo spodobał mi się Wariant Robisona Wellsa, ale wydawnictwo Amber nieszczególnie pali się do wydania kolejnej szczęści. Chciałabym również, by piękna książka Lawendowy pokój była kontynuowana *-*

12. Ulubiona powieść jednotomowa?
Na chwilę obecną Wszystkie jasne miejsca, ale to się wciąż zmienia.

13. Od kiedy czytasz?
Odkąd pamiętam. Już mając kilka lat czytałam bajeczki (pamiętam takie cukierkowe okładki pewnej serii, którą kolekcjonowałam... chyba nawet mam ją gdzieś jeszcze), a zanim nauczyłam się czytać – mama mnie w ten sposób usypiała.

14. W którym domu Hogwartu jesteś?
 Yyy... (tutaj zostanę nazwana dziwakiem, bo nie znam się na HP i nawet nie przeczytałam)

15. Czego szukasz w książce?
Często szukam siebie. Lubie utożsamiać się z bohaterami i znajdować z nimi "wspólny język". Jeśli takich nie ma, szukam emocji, dobrze stworzonych postaci, ciekawej akcji i uczuć (jestem bardzo empatyczna).

16. Ulubiony cytat?
(...) żadna wielka miłość nie umiera do końca. Możemy do niej strzelać z pistoletu lub zamykać w najciemniejszych zakamarkach naszych serc, ale ona jest sprytniejsza - wie, jak przeżyć. Potrafi znaleźć sobie drogę do wolności i zaskoczyć nas, pojawiając się, kiedy jesteśmy już cholernie pewni, że umarła, albo, że przynajmniej leży bezpiecznie schowana pod stertami innych spraw...
Poza ciszą Jonathan Carroll

17. Ulubiona okładka?
Jedna ciężko wybrać! Na pewno nowe wydania Królów przeklętych wydawnictwa Otwartego, do tego Trylogia czasu, Tajemnica lady Audley, wszystkie części Dawcy, Lawendowy pokój, Cień wiatru...

18. Akcja vs romans?
Romans.

19. Gdzie idziesz, kiedy w książce dzieją się smutne momenty?
Raczej nie czytam chodząc...

20. Ile zajmuje ci przeczytanie jednej książki?
Dużo czynników ma na to wpływ: czcionka, format, akcja, rodzaj książki, chęć, czas wolny... Zdarza się jedna książka na dzień, zdarza się jedna na tydzień czy dwa tygodnie.

21. Ile trwa twój kac książkowy?
Nie więcej niż tydzień, chociaż rzadko miewam...

22. Najmniej lubiana książka?
Lalka, a sio.

23. Co cię zachęca do polubienia postaci?
Inteligencja. Nie lubię postaci stworzonych "po łebkach", pustych i sztucznych.

24. Co cię odrzuca w postaci?
Głupota, prosty portret psychologiczny.

25. Czemu dołączyłaś do blogosfery?
Poznałam bardzo ciekawych ludzi, którzy już w blogosferze istnieli od jakiegoś czasu. Uświadomili mi, że warto założyć bloga już teraz, nie czekać (wciąż odkładam wszystko na "po maturze"), bo z dzieleniem się swoimi przemyśleniami czekać nie trzeba. Uświadomili mi, jak przyjemnie jest mieć "swoje miejsce w sieci" i móc się rozwijać, móc szlifować systematyczność i pisać nie tylko dla siebie, ale też dla innych.

26. Straszna książka?
Nie lubię się bać.

27. Kiedy ostatnio płakałaś przy książce?
19.03 – skończyłam czytać Wszystkie jasne miejsca.

28. Ostatnia książka, której dałaś 10/10?
Od jakiegoś czasu nie stosuję ocen, bo nigdy nie mogłam się zdecydować. Jednak zazwyczaj klikam gwiazdki na LC, gdzie 10 dostali tylko Królowie przeklęci, Cmentarz Zapomnianych Książek, Fabula rasa i Mroki.


29. Ulubiony tytuł.
Podaruj mi miłość – niestety, książka nie jest tak cudowna, jak tytuł (i okładka) wskazuje.

30. Ostatnio przeczytana książka?
Wszystkie jasne miejsca skończone w sobotę, teraz nie potrafię wybrać kolejnej lektury... Siedzę i myślę, ale nie mogę nic wymyślić.

31. Co teraz czytasz?
Jak wyżej wspomniałam, nic. Ale jutro pewnie zacznę Serce w kawałkach, bo ma przyjść listonosz!

32. Ostatnio obejrzany film na podstawie książki.
Gwiazd naszych wina

33. Bohater książkowy, z którym chciałabyś porozmawiać?
Jean Perdu

34. Autor, z którym chcesz porozmawiać?
Żyjący mi do głowy nie przychodzi, ale chętnie z Wojaczkiem albo Stachurą.

35. Ulubione jedzenie do czytania?
Wszelkiego rodzaju ziarna i orzechy, czekolada, ciastka...

36. Książkowy świat, w którym chciałabyś żyć?
Brak. Lubię mój świat.

37. Świat książkowy, w którym nie chcesz żyć?
Na pewno świat z Roku 1984 G. Orwella

38. Kiedy ostatnio powąchałaś książkę?
Jakoś chwilę temu...

39. Dziwne sposoby obrażania w książkach?
Siebie, kogoś, czytelnika...?

40. Czy tworzysz jakieś własne teksty?
Tak. Ostatnio rzadziej, ale ogólnie "po maturze" zacznę znowu często.

41. Ulubiony magiczny przedmiot?
Moja szafa.

42. Twoje miejsce w drużynie quidditcha?
Na widowni.

43. Nazwij piosenkę, którą łączysz z jakąś książką?
Nic mi nie przychodzi do głowy.

44. Ulubiony podryw na książkę?
Nie podrywam, więc nie wiem. Ale wyobraźcie sobie tekst "będę dla ciebie jak Grey dla Any", przyjęłoby się?

45. Użyłaś go kiedyś?
Jak wyżej.

46. Ile masz książek?
Kilka... dziesiąt... set... no w każdym razie coś koło tego.

47. Kogo tagujesz?
Całą grupę PuA!