wtorek, 15 marca 2016

Dragon Age: Początek – Hit or Shit?


Rok 2009 był rokiem, który wspominam naprawdę dobrze. Nie chcę wchodzić w szczegóły, które są zbyt prywatne, ale moje życie powoli nabierało odpowiednich kolorów. Zostałem też niezwykle dopieszczony jako gracz, gdyż tego właśnie roku wyszedł cRPG pt. Dragon Age: Początek autorstwa kanadyjskiego studia BioWare. Jeśli jesteś fanem gier fabularnych, to studia nie ma po co przedstawiać, natomiast ja zrobię to tak czy inaczej. BioWare jest odpowiedzialne za klasyki swego gatunku, które na zawsze zmieniły kierunek rozwoju gier cRPG. Stworzyło m. in. Baldurs (kultowy, w środowisku, uważany za jednego z najlepszych, jeśli nie najlepszego, cRPG) Gate, Neverwinter Nights czy też Knights Of The Old Republic. Nic więc dziwnego, że na ich kolejną grę czekał cały gamingowy świat. Pomimo faktu, że od premiery gry minęło już siedem lat, warto odświeżyć sobie pamięć o RPG’owej produkcji krwi i kości.


Co to takiego ten "Smoczy Wiek"?

Dragon Age: Początek opowiada historię naszego protagonisty, którego wybrać możemy spośród trzech dostępnych ras, trzech klas postaci i  kilku pochodzeń, mających (o dziwo) bardzo ciekawie zaimplementowane znaczenie. Postać, rzecz jasna, możemy tworzyć wedle naszej woli dzięki wystarczająco, jak na tamte czasy, rozwiniętemu kreatorowi postaci. Dragon Age: Początek bierze swój podtytuł właśnie od tych wyżej wspomnianych pochodzeń, gdyż każda rasa ma własne wprowadzenie do historii, inny prolog, a zatem gra od pierwszych chwil namawia nas, abyśmy przeszli ją wielokrotnie, by poznać te wprowadzenia oraz ich przyszłe konsekwencje. Wszystko sprowadza się do jednego: pod swoje skrzydła bierze nas – wbrew woli bądź z naszą aprobatą – Duncan, reprezentant elitarnego zakonu zwanego Szarą Strażą, stworzonego przed tysiącami lat, aby bronić świata przed inwazjami wypadającymi losowo na królestwa ludzi. Najeźdźcy, zwani mrocznymi pomiotami, to obrzydliwe humonoidy przypominające zdeformowane rasy krasnoludów, elfów i ludzi, gdyż jest ich kilka odmian. Zostajemy wcieleni do armii stacjonującej w Ostagarze, która ma według założeń stłumić Plagę, zanim na dobre rozleje się na Ferelden – kraj, w którym przyjdzie nam przeżywać tę historię. Nasz bohater wraz ze swoją drużyną staje się jedyną nadzieją na powstrzymanie zalewu plugastwa nie tylko na Ferelden, ale i na resztę państw tego świata. Brzmi banalnie? Tak jak każda fabuła gier od BioWare. W praktyce jednak okazuje się niezwykle ciekawa, a typowe "ratowanie świata" to urokliwa i pełna niespodzianek misja.

To ja mam przyjaciół?


Nie będziemy jednak musieli walczyć z tą zarazą sami, gdyż nasze kochane kanadyjskie studio stawia na naszej drodze garść bohaterów, którzy będą walczyć z nami ramię w ramię. W ciągu całej gry zbierzemy ich ośmiu, z czego każdy ma własną historię, własny motyw i własne problemy, które możemy poznać, a nawet rozwiązać – o ile będziemy z daną postacią wystarczająco blisko (co jest często ciężkie, gdyż mogą one zgadzać się z naszymi decyzjami bądź nie, a to poważnie wpływa na relacje).Tak naprawdę z doświadczenia wiem, że nie można mieć bliskich przyjaciół w absolutnie każdym z nich, gdyż są różni, unikatowi. Możemy im kazać odejść i każdy może być naszym arcywrogiem, bądź najlepszym przyjacielem. Istnieje też system upominków, które możemy nabyć lub znaleźć, niektóre z olbrzymim znaczeniem dla konkretnej postaci będą niczym dla drugiej. Moim zdaniem jest to wzorcowy model tworzenia relacji na linii gracz – garść pikseli, i powinno być to częściej stosowane w podobny sposób.

Mieczem, magią czy strzałą?


Klasy postaci są bardzo dobrze zoptymalizowane, a więc nie poczujemy, że któraś z nich jest faworyzowana względem innych. Co do samej walki, to możemy prowadzić ją na dwa sposoby – dynamicznie, niezobowiązująco i nietaktycznie, co jest szybszą i wygodniejszą metodą, oraz w trybie aktywnej pauzy, z oddaloną kamerą, ustawiając naszych ludzi według konkretnej strategii. Jest to rozwiązanie dłuższe, często trudniejsze i oczywiście wymagające myślenia, ale o wiele bardziej kreatywne, nagradzające oraz satysfakcjonujące. Polecam jednak przeplatać te sposoby, by nie znudzić się zbytnio walką, która sama w sobie dynamiczna nie jest, a to przez szybkość wyprowadzania ciosów przez naszych bohaterów. Nie jest to gra turowa, ale czułem, że chciano pójść na kompromis właśnie pomiędzy turowym a dynamicznym stylem walki. Wyszedł ciekawy potworek, dobrze się sprawdza, ale czasami potrafi znużyć. Drużyna przydaje się w walce tylko i wyłącznie jeśli planujemy jej ruchy, jeśli nie – działa genialnie jako mięso armatnie przyciągające uwagę naszych przeciwników, podczas gdy my zabijamy ich na spokojnie od tyłu.

*Grafika

Teoretycznie – oceniając grę cRPG, grę bądź co bądź fabularną, powinien być to najmniej ważny punkt w recenzji, dlatego też oznaczyłem go gwiazdką. Ten punkt nie powinien w żadnym wypadku wskazywać na uciążliwą ułomność gry, która niestety występuje. Ja wszystko rozumiem, rok 2009 i tak dalej, i tak dalej, ale w tych latach wychodziły już gry bijące technicznie Dragon Age'a na głowę! Tak jak modele postaci i broni zrobione są świetnie, tak roślinność, podłoże i tym podobne wyglądają naprawdę biednie, nie tak jak było zamierzone i na pewno nie tak jak powinny na ten rok produkcji. Rozumiem, że chciano iść w jak największy oldschool, gdyż nawet reklama głosiła, że jest to "duchowy spadkobierca serii Baldurs Gate", ale są pewne nieprzekraczalne granice. Tak jak wspomniałem – nie jest to jednak bolączka tragiczna, nieco jedynie smutnym jest, że gra tego kalibru nie doczekała się maksymalnie dostępnego dopieszczenia graficznego, na jakie zasługuje.

A dobra ta opowieść?

Ano dobra, ku mojemu szczeremu zdziwieniu. Kiedy kupowałem Dragon Age'a w roku, gdy powstał, spodziewałem się raczej pompatycznej i schematycznej gierki, jakich pełno – gdzie ja jako mężny bohater idę na ratunek światu. Rycerz bez skazy i zmazy wychodzi naprzeciw trudnościom rzucanym pod nogi, pokonuje wielkie zagrożenie. Okazało się, że ani to rycerz, ani bez zmazy, a niektóre decyzje moralne naprawdę poruszyły moje serce i sprawiły, że było mi po prostu głupio i żal, oczywiście po fakcie, że coś takiego powiedziałem bądź zrobiłem. Gra stawia nas w trudnym dla świata momencie, ale nie pokazuje dzielnego bohatera w dziecinny sposób, a raczej dzieje osoby rzuconej w wir tych wydarzeń w zbiegu tragicznych okoliczności, która musi się z nich szybko otrząsnąć i ratować nie tylko świat, ale swój honor i honor swoich przyjaciół.

Proszę zagrać coś spokojnego!

Soundtrack został zrobiony z należytą pieczołowitością przez nikogo innego, jak samego Inora Zura. Są to przede wszystkim tajemnicze i niepokojące utwory utrzymujące nas w niepewności i konsternacji. Gdy przychodzi jednak odpowiedni czas, muzyka odchodzi od swej podniosłości i raczy nas spokojnymi, pełnymi pewnej swojskości dźwiękami, które koją serce, a jednak wywołują pewne uczucie ciągłej gotowości do walki. Nie są to epickie dzieła, ale właśnie tak to miało wyglądać. Kameralnie, gdy potrzeba kameralności, ale i podniośle, gdy dzieją się rzeczy naprawdę ważne. Wzrusza, przeraża i wprowadza w konsternacje – idealnie komponuje się z wydarzeniami.

Rozwój postaci


Rozwój postaci, w przeciwieństwie do recenzowanego przeze mnie Wiedźmina 3, został zrobiony idealnie. Oprócz naszego rozwoju musimy, rzecz jasna, rozwijać również naszych towarzyszy. Jeśli chcemy stworzyć dobrego "builda" pod naszą postać, musimy nieco pogłówkować, zastanowić się, którą z mnogich ścieżek rozwoju wybrać, aby zmaksymalizować wydajność w boju. W przeciwieństwie do Wiedźmina 3, w którym narzekałem na zbyt małe urozmaicenie ścieżek rozwoju, Dragon Age: Początek jest czasami wręcz zbyt rozpasany i ciężko podjąć decyzję, gdyż każda umiejętność coś wnosi i może nadać się w walce, szczególnie taktycznej. Do tego każda z klas postaci ma cztery specjalizacje, które odblokowują nam dodatkowe drzewko umiejętności. Czy jesteśmy w stanie zbudować je wszystkie? W żadnym wypadku, dlatego też przydaje nam się znajomość pewnej życiowej zasady – jeśli znasz się na wielu rzeczach jednocześnie, prawdopodobnie nie znasz się na niczym. Musimy obrać kierunek, trzymać się go do końca i dodać specjalizację, jeśli chcemy stać się rzeczywiście drużyną nie do powstrzymania.

Zapchajdziury


Niestety, zadań pobocznych to Dragon Age nie ma specjalnie kreatywnych, ale możliwe, że to tylko choroba spowodowana niedawnym kolejnym przejściem Wiedźmina 3, który w tym aspekcie konkretnie "zaorał" obecny rynek gier RPG. Część zadań w Wieku Smoka to typowe idź, zrób coś i wróć, i niestety czuć, że zostały one stworzone, aby "wyrabiać normę" i aby gra nie wydawała się krótka, bądź pusta. Świat jest zamknięty, dlatego też twórcy mogli pozwolić sobie na nieco bardziej rozwinięte zadania poboczne. Nie mówię, że takowych nie ma! Zdarzają się, ba, zdarzają się nawet zapchajdziury, które mają ciekawe rozwinięcia, niestety nie jest ich zbyt wiele a jeśli się zdarzają, są krótkie. W tej grze ¾ tzw "poboczniaków" musicie traktować jedynie jako sposób na łatwy i szybki zarobek, choć niejednokrotnie wymagający od nas odpowiednich umiejętności bądź spostrzegawczości. Wszystko zależy od samego gracza – jeśli nie masz nic przeciwko robieniu typowych, bolączkowych moim zdaniem dla tego gatunku zadań, z pewnością cię to nie znuży. Szczerze mówiąc BioWare działa na mnie właśnie w taki sposób, bo choć wiem, że zadania są mało skomplikowane, robi mi się je przyjemnie i nigdy nie miałem dość zbierania zwłok po "porucie na Targu" i topienia ich w studni. Cóż... czas to pieniądz, co nie?

Więc jak mi się to podoba?

Ano bardzo się podoba. Nie jestem oldschoolowym graczem i choć przeszedłem oba Baldury oraz Neverwinter Nights i wiele innych, starszych gier to nie mogę powiedzieć, że jestem w stanie sprawdzić "duchowe pokrewieństwo" Dragon Age'a z którąkolwiek z nich. Uważam, że jest to osobny, unikatowy byt, który po premierze pierwszej części Wiedźmina i chwilowej suchocie na rynku pokazał, jak powinien wyglądać prawdziwy RPG z krwi i kości, robiony na nowych, solidnych fundamentach, ale ze starymi, wręcz nostalgicznymi dodatkami, które dodają mu charakteru i magii odniesień. Pomimo zawodu związanego z aspektami technicznymi, Dragon Age: Początek nie rozczarował mnie, a wręcz mile zaskoczył. Wystarczyło kilka godzin przed monitorem, by z gry, po której niczego się nie spodziewałem, wskoczyła ona na drugie miejsce gamingowej listy. Zaraz po serii Wiedźmin jest to moja ulubiona produkcja i została w czołówce od premiery aż po dziś dzień, ogrywana regularnie co kilka miesięcy i serdecznie zapraszam każdego do zapoznania się z Wiekiem Smoka. Ja, patrząc  na rynek sprzed kilku lat, stwierdzam, że jest to "must have" każdego szanującego się fana gier cRPG

(Screeny pochodzą z PC-towej wersji gry.)

9/10

1 komentarz:

  1. Co prawda sam nie grałem, ale widziałem jak regularnie kumpel grywał - mi to bardzo kojarzy się z serią The Elder Scrolls. Podobna mechanika, podobny świat, podobna historia. Przynajmniej jeśli przyjąć grę indywidualną. :D

    OdpowiedzUsuń