sobota, 19 marca 2016

Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy – Czy moc jest w nim silna?


Tytuł: Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy
Reżyser: J.J Abrams
Scenariusz: Lawrence Kasdan, J.J Abrams, Michael Arndt
Premiera: 14 grudnia 2015 (Światowa)

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce...

W swej mrocznej, skrytej na obrzeżach małego pomorskiego miasteczka chatce, Darth Kier zabiera się za recenzję kolejnej części Gwiezdnych Wojen, tak nachalnie reklamowanych i pompowanych przez ostatnie kilka miesięcy przed premierą. George Lucas, ściskający w garści worek z tajemniczym znakiem "$", obserwuje z oddali swe odsprzedane dzieło i oczekuje, jak to dziś bywa, mieszanych reakcji. Czy nowy reżyser zdoła powstrzymać Kiera przed nienawistną, pełną goryczy fana starych części, krytyką filmu młodego pokolenia?

Tak dla jasności...

Mówimy tu oczywiście o Gwiezdnych Wojnach: Przebudzeniu Mocy. Jest to już siódma część serii filmów Sci-Fi reaktywowanej po wielu latach stagnacji, a jednak tak mocno zakorzenionej w popkulturze całego świata. Film wyszedł 14 grudnia 2015 roku, więc czysto teoretycznie młody to on nie jest. Nie mogłem jednak przejść obojętnie obok największej marketingowo premiery poprzedniego roku, zwłaszcza będąc prawdziwym fanem (nie do przesady, choć z całą pewnością da się jeszcze znaleźć mój plastikowy miecz świetlny) poprzednich części. Film trwał dwie godziny i piętnaście minut, wystarczająco długo, by, jeśli ma się odpowiednie umiejętności, rozwinąć postaci, fabułę i stworzyć naprawdę przyzwoitą produkcję. Czy to się udało? Czy nowe "star łorsy" sprostały jakże wygórowanym oczekiwaniom swoich "die-hard" fanów? Wskakujcie więc wraz ze mną na pokład Sokoła Millenium i odpowiedzmy sobie na te pytania.

Te twarze, coś nie kojarzę

I tu pierwszy z plusów tego filmu. Przez większość czasu widziałem aktorów, których nie znam. Wiem, wiem, zapewne wielu z nich występowało już w pewnych produkcjach, jakże ja mogę ich nie znać, bla, bla, bla, bla... nie o to mi chodzi. Clue moich słów leży gdzie indziej, konkretnie w tym, że film zerwał z monotonią. Nie dostaliśmy kolejnej paczki AAA+ aktorów, których znamy aż do zwymiotowania z wysoko budżetowych produkcji, a aktorów mniej znanych, a na pewno nieznanych przeciętnemu zjadaczowi chleba. To nadaje filmowi pewnej wyczuwalnej nuty profesjonalizmu, zdrowego podejścia do tematu. Oczywiście, nadal mamy tu Harrisona Forda grającego Hana Solo, ale nie jest on postacią kluczową, jedynie jedną z ważniejszych drugoplanowych. Na pierwszy plan wysunięci zostali "młodzi gniewni". Aktorzy, których twarze są świeże i wnoszą powiew na rynku w porównaniu do zalewu powtarzalności obsady innych produkcji tego roku. Swoją drogą, jeśli mówimy już o powiewie świeżości, to zauważyłem, że film poszedł nieco feministyczną drogą (oczywiście w zdrowym tego słowa znaczeniu) dając zagrać pierwsze skrzypce kobiecie, konkretnie Daisy Ridley, która zagrała Rey – dziewczynę odważną, pewną siebie i zaradną, a jednak skrywającą swą słabość w nadziei na powrót rodziców, którzy, co jest jasne od samego początku, nigdy po nią nie wrócą. Widzimy, że film stara się zrobić z niej główną bohaterkę, postać wiodącą i w moim odczuciu nie był to zły pomysł, czas odejść w końcu od stereotypu tzw. "lady in distress", czyli damy w opałach i super umięśnionego, przystojnego bohatera, który ratuje i ją i świat/miasto/śmietnik na skwerku. Cenię próby zrobienia czegoś nowego; sprawiają, że na rynku nie jest nudno. Obsada prezentuje się naprawdę nieźle, ale pomimo faktu, że i Ridley, i John Boyega – grający drugą główną postać – zagrali bardzo wiarygodnie, to całą obsadę przyćmiewa jeden konkretny człowiek. Wiem, że w ten sposób nieco umniejszę swoje poprzednie słowa, ale nie ma co do tego żadnej wątpliwości – najlepiej zagrał Harisson Ford. Zawsze czułem, że postać Hana Solo pasuje do niego idealnie, ale w tej części, zgorzkniały starszy Solo zaprezentował się naprawdę dobrze, łącząc głębię swojej doświadczonej życiem postaci z typowym dla niej frywolnym poczuciem humoru. To Ford absolutnie przyćmiewa rzeszę aktorów i tylko Carrie Fisher (tak, tak, znów stara gwardia) dorównuje mu umiejętnością wczucia się w rolę. Cóż... doświadczenie to cenna rzecz.

Jak trzyma się scenariusz?

Trzyma się rzeczywiscie nieźle. Nadal potrafi zaskoczyć, raczy nas ciągle tym samym, suchym poczuciem humoru, który serwowano w poprzednich częściach i jest, rzecz jasna, pełen schematów, którzy starzy fani pokochali bądź znienawidzili, a o których młodzi nie mają w ogóle pojęcia (dlatego też ich nie widzą). Bałem się nieco, że tak rozdmuchany marketing może odbić się czkawką i nie będę czerpał przyjemności z fabuły, która z pewnością nie sprosta moim oczekiwaniom. Tak się jednak nie stało. Opowieść jest dobrze umotywowana, stara się być czymś innym niż tylko kolejną częścią odgrzanej dla pieniędzy (mówmy to wprost) serii. Stara się coś wnieść do świata, co czuć i widz naprawdę to docenia. Jak już wspominałem, film jest wciąż o tym samym, ale jakiś czas po Powrocie Jedi. Mamy coś na wzór Republiki i Sithów, mamy dzielny Ruch Oporu, nawet nowego Lorda Vadera (konkretnie Kylo Rena granego przez Adama Drivera), próbującego stać się lepszym od swego idola, a także typowe mroczne siły, które za tym wszystkim stoją. Nudne co? Schemat rzeczywiście nie wygląda zbyt odkrywczo – nie był wiele lat temu, więc czemu miałby się nagle taki stać? W praktyce wszystko wygląda jednak tak, że oczu nie możesz widzu oderwać. Dziwne, ale prawdziwe, i z tego co widziałem na twarzach ludzi w okół mnie, czuli się bardzo podobnie, wyraźnie usatysfakcjonowani. Film trzyma w napięciu, choć wyraźnie idzie po utartych szlakach, co może irytować, ale do końca tak naprawdę nie wiemy, co się stanie. A dzieje się dużo, choć jest czas na rozwój postaci (co niezwykle cenię w dzisiejszych czasach przesytu filmów z akcją i wybuchami), to większość czasu jesteśmy raczeni epickimi bitwami, które nie są wciśnięte do filmu na siłę i przedstawiają tragizm obecnego stanu galaktyki, a także nasze postaci i ich stosunek do tego sytuacji.

Szata graficzna i sceny

Tutaj nie mam twórcom absolutnie nic do zarzucenia, ponieważ sceny są zrobione po mistrzowsku. Nie ma tu tzw. fillerów – scen, które służą jedynie do zapełniania czasu, by film wydawał się dłuższy. Każda odsłania jakąś część postaci, objaśnia nam sytuacje czy uczucia konkretnych osób. Słowem – gospodarowanie. Twórcy genialnie operują wyznaczonym sobie czasem, nie pozwalając ani jednej scenie być... no po prostu być. Czy to kolejna pamiętna walka czy dialog, który rozwija relacje pomiędzy postaciami a także rozwija je same i tłumaczy nam ich motywy, nie ma nudy a i jest na czym oko zawiesić, ponieważ żyjemy w czasach, gdzie animacje graficznie – prawdziwie piękne i zjawiskowe – nie są już niczym aż tak zaskakującym. Film cieszy oko, szczególnie na tak dużym ekranie, jak kinowy. Implementacja 3D również powiodła się w zupełności, dodając dodatkowych wrażeń, otwierając nam tak jakby kolejne okno, przez które możemy bez ograniczeń 2D podziwiać wykreowany w tej odsłonie świat, który przecież ma nam mnóstwo rzeczy do pokazania. Nie żałuję, że wybrałem ten nieco droższy seans w 3D. Liczę na rozwój tego typu technologii i film długometrażowy w 5D w niedalekiej przyszłości... ale koniec dygresji, wracamy do tematu.

Coś tam w uchu brzęczy, a i w sercu tyka


John Williams postanowił nas uraczyć ścieżką dźwiękową, która bardzo pasuje do faktu, że film jest jednak przystosowany dla widowni "nowej generacji". Motywy z poprzednich części są rozwinięte i ulepszone a nowe dźwięki pieszczą membranę i idealnie oddają nastrój aktualnie wyświetlanych scen. Muzyka towarzyszy nam praktycznie przez całe dwie godziny i piętnaście minut, więc odczułem ulgę gdy okazało się, że stoi ona na wysokim poziomie. Niestety, i mówię to pół żartem pół serio, nie ma tu utworów pokroju sławnego "Tam tam tam tam tara tam tara tam tam tam tam tara tam taraaa" (The Imperial March) i nic jakoś specjalnie nie zapisało się w mojej świadomości, bym nucił to po drodze do szkoły czy też w domu, podczas kąpieli. Jest to muzyka, która po prostu spełnia rolę swego rodzaju dodatku do całokształtu, co nie jest złe, ale też nie wybitne, choć może jest to też kwestia zależna od odbiorcy. Film utrzymany jest w klimacie pewnej nostalgii i pogodzenia się, że choć tak wiele zmieniło się na lepsze, nadal są ludzie, którzy chcą ten spokój zniszczyć i wychodzi im bardzo dobrze. Ludzie nadal cierpią w tym świecie, cierpią męki wywołane przez wojnę, która niszczy serce galaktyki jak rak. Rak, którego nie można się pozbyć. Film doskonale ukazuje nam, z jakiego pokroju światem mamy do czynienia, to znaczy z brudnym, pełnym fałszu i niebezpieczeństw, a jednak nie przygniata nas negatywnymi emocjami, dając czas nieco odetchnąć od przytłaczających myśli.

A co ja o tym wszystkim myślę?

A myślę o dziwo dobrze, co było prawdziwym zaskoczeniem dla mnie, dzięki Bogu pozytywnym, po nachalnej, atakującej mnie zewsząd kampanii reklamowej tego filmu. Nie żałuję ani złotówki wydanej na bilet i ani minuty spędzonej w kinie. To świetna kontynuacja serii i nie mogę doczekać się kolejnych już zapowiedzianych, odsłon. Jestem spokojny, że nowe podejście do starego tematu nie musi z automatu oznaczać jego dewaluacji. Zachęcam wszystkich do zapoznania się z filmem i wystosowania własnej opinii na jego temat.

5 komentarzy:

  1. Nie ukrywam, że jestem tu tylko z miłości do Gwiezdnych Wojen.. Jak dla mnie film jest naprawdę dobry. Co prawda moje serce należy do pierwszych części, ale twórcy VII części nie dali plamy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Sam film nie jest zły dla kogoś kto nie oglądał poprzednich może być idealny. Jednak jak dla mnie nie może się równać ze starszymi częściami. No cóż mam nadzieję że następne będą o wiele lepsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że nie może się równać. Ponadto, tak jak pisałem wydaje mi się, że nie próbował. Twórcy wzięli sobie na cel trudne zadanie odtworzenia tej marki i unowocześnienia jej definicji, zobaczymy co przyniesie przyszłość.

      Usuń
  3. Widziałam "Gwiezdne wojny" niedługo po premierze. Jako wielka fanka musiałam. Ta kontynuacja nie jest zła, wpisuje się w klimat, zachowuje to co najlepsza i jest bardzo poprawna, a przez to i przewidywalna. No i momentami czuć odgrzewane kotlety. Mimo to i tak mi się podobało :D

    https://niekulturalnakulturalnie.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak dla mnie ta część była bardzo przyjemna :) Na początku Kylo Ren mi się nie spodobał, ale szybko się do niego przekonałam ;)

    OdpowiedzUsuń