czwartek, 31 marca 2016

Makbet – dramat czy w sumie przyjemny film?

źródło





Tytuł: Makbet
Reżyser: Justin Kurzel
Data premiery: 27 listopada 2015 roku



Powiem szczerze, że film ten interesował mnie już od dawna, jeszcze zanim trafił do kin. Przyciągnęła mnie jego w sumie znikoma promocja (twórcy filmu nie szukali atencji się na siłę, gdziekolwiek bym nie spojrzał), a także sama tematyka. Adaptacja dramatu Shakespeara, szczególnie jeśli chcemy, by była to adaptacja wierna, jest bardzo trudna do zrealizowania. Byłem niezmiernie ciekaw, czy nieznany mi dotąd reżyser, niejaki Justin Kurzel, będzie w stanie oddać prawdziwą głębię i ciężki klimat zawarty w Makbecie, jednej z lepiej przyjętych przeze mnie lektur szkolnych. W takim razie zakładajcie kilt i mocno się trzymajcie, gdyż w dzisiejszym wpisie zanurzymy się w ten brudny, szkocki świat.

Wiemy już, że mamy do czynienia z Makbetem i z pewnością większość osób wie, o czym on jest. Dla tych, którzy z jakiegoś powodu nie czytali tej lektury, na przykład z powodu LENISTWA, spieszę z wyjaśnieniem. Jest to opowieść o mężczyźnie, bardzo cenionym żołnierzu  i szanowanym nie tylko przez kolegów po fachu, ale również przez samego króla Szkocji, Duncana! Mamy więc do czynienia z człowiekiem ambitnym, który jedyne co w swoim życiu tak naprawdę robi, to wykonuje sumiennie swoje obowiązki, nie wyciągając rąk po coś, co – jak sądzi – nie jest mu przeznaczone. Diametralnie sytuacje zmienia jednak jego spotkanie z wieszczkami, które wróżą mu objęcie tronu i pozycję tana, przejętą po ściętym niedawno zdradzieckim poprzedniku. Nasz bohater poddawał w wątpliwość słowa wieszczek, dopóki na spotkaniu z królem Duncanem po kolejnej wygranej bitwie ten nie oświadczył mu, że – niespodzianka – obejmuje stanowisko tana! Zasiało to w nim ziarno niepewności, podsycone dodatkowo wodą goryczy swojej zbyt ambitnej, chciwej żony, i pchnęło go do czynu absolutnie do niego niepodobnego – do zabójstwa swojego własnego kuzyna, króla Duncana. Jeśli jesteśmy z lekturą zapoznani, to z pewnością nie zostaniemy zaskoczeni, gdyż film, i można to traktować jako plus i jako minus, jest niesamowicie wierną adaptacją szekspirowskiej opowieści o dumie, chciwości i wyrzutach sumienia.
Kadr z filmu
Co mogę powiedzieć o obsadzie? Właściwie to to samo co w przypadku recenzji Gwiezdnych Wojen – dużo aktorów, o których nigdy wcześniej nie słyszałem. Spodziewałem się tego, ponieważ, tak jak mówiłem, film nie silił się na lansowanie gwiazd a wyrabianie swojej własnej, unikatowej marki. Ufnego króla Duncana zagrał znany na przykład z filmu Harry Potter i Więzień z Azkabanu David Thewlis, poza nim nie kojarzyłem ani jednego aktora. Może to być wina mojej ignorancji, ale jestem szczery. Przeciętny zjadacz chleba również z całą pewnością nie rozpoznał żadnych konkretnych aktorów i jeśli w filmie tego typu szukał powiewu świeżości, to z pewnością go znalazł.

Wyróżnić należy Marion Cotillard, która fenomenalnie zagrała postać Lady Makbet prezentując całe jej zepsucie, wyrachowanie i przerażenie, gdy zdała sobie sprawę, jakiego potwora stworzyła ze swojego własnego męża, którego myślała, że tak dobrze zna. Widzimy i wysłuchujemy jej motywy od początku do praktycznie samego końca. Czujemy jej przemianę, w której z niewiele znaczącej w świecie szarej myszki, ambitnej żony wspaniałego wojownika, zmienia się w wyrachowaną i zimną oportunistkę, by obserwując owoce swego siewu zmarnieć i absolutnie załamać się w sobie. Przemiana została ukazana kroczek po kroczku, dlatego potrafimy ją zrozumieć pomimo tego, że wiemy, iż jest postacią po prostu zepsutą. Jej gra aktorska stoi na naprawdę wysokim poziomie i nigdy nie mamy wrażenia, że jest wepchnięta do sceny na siłę. Tytułowy bohater grany przez znanego w niektórych kręgach Michaela Fassbendera to typowy zimny, milczący wojownik, opętany przez niezdrową potrzebę stania się "kimś". Doskonale ukazuje nam paranoję, która w oryginale toczy postać Makbeta i doprowadza powoli do szaleństwa, wręcz pragnienia śmierci. Reszta aktorów również trzymała zdecydowanie dobry poziom, ale jednak nie zapadli mi oni w pamięć, pomimo widocznego starania i pracy włożonej w swoje role.

Jeśli ktoś spodziewał się blendu serialu Wikingowie i filmu 300-stu, to z całą pewnością się zawiedzie. Epickich scen mamy tu zaledwie kilka, na początku i na samym końcu. Przez większość filmu będziemy raczeni wierszowanymi dialogami oraz przemyśleniami bohaterów, niejednokrotnie niezwykle psychopatycznymi czy przygnębiającymi, co znów jest tak wadą, jak i zaletą. Niektóre osoby będą z całą pewnością znużone ciężkim tonem opowieści, dialogami, które często mają symboliczne znaczenie, a ich kontekst nigdy nie jest podany nam na tacy. Osobiście niezwykle spodobała mi się taka konstrukcja scen. Sprawia, że dzieło pod względem czystego artyzmu i sztuki nie odstaje od teatru, jest poważne, w pewien sposób podniosłe, i skłania do wielokrotnego obejrzenia, by dokładnie je poznać.  Na początku, gdy zorientowałem się, że właśnie tak będzie wyglądał ten film, byłem nieco zawiedziony, gdyż liczyłem na żywszą akcję, płynniejsze dialogi czy luźniejszą atmosferę, jednak po około pół godziny seansu nie chciałem wymienić tego go na jakikolwiek inny. To była dobra gimnastyka dla szarych komórek. Film zastosował stary jak świat chwyt na uważnego, lubiącego zagadkowość odbiorcę. Sposobem przekazu stara się nas zainteresować oraz zmusić do uwagi. Kiedy już się do niej zmusimy i zaczniemy powolutku analizować to, co dzieje się na naszych oczach, nie znajdziemy choćby chwili, by oderwać od tego filmu oczy. Mamy tu do czynienia tak naprawdę z teatrem na ekranie telewizora. Twórcy nawet tego nie ukrywają, ewidentnie widać, że taki był zamysł. Film miał być brakującym ogniwem między teatrem a kinem. Mogę potwierdzić, że to się udało. Jeśli jednak planowali trafić do casualowego odbiorcy, to mogli nieco rozminąć się ze swoim założeniem, gdyż dramat jest sam w sobie ciężki, a tak niejednoznaczna formuła, jaka została zastosowana, może odstraszyć widza.
Kadr z filmu
Z przyjemnością zabrałbym Makbetowi miecz tylko po to, by uważnie pokroić na kawałeczki klimat tego filmu. Dzięki wyżej wspomnianej technice prowadzenia scenariusza udało się stworzyć prawdziwie głęboki, średniowieczny obraz Szkocji ogarniętej wojną domową. Kolorysta, zazwyczaj chłodna, niebieska bądź szarawa dodaje niespotykanej nigdzie indziej surowości pomimo faktu, że nadal czujemy, że jesteśmy podejmowani profesjonalnie. Pamiętam pewien moment, który opisze co mam na myśli. 
Mamy scenę w nocy, w wiosce, której tanem jest Makbet. Duncan zatrzymał się tam na noc. Nasz główny bohater morduje go, po czym idzie zdać raport swojej żonie. Ta patrzy na niego oburzona i wyrywa mu z dłoni zakrwawiony nóż, mówiąc nieludzko spokojnym tonem po co przyniosłeś ten nóż? Trzeba go tam zostawić. Trzeba go tam zostawić... Idzie więc do namiotu, w którym leży zasztyletowany król, i wciska narzędzie zbrodni śpiącym strażnikom, by wrobić ich w morderstwo. Każdy może zabić. Nie każdy jednak jest w stanie ze stoickim spokojem spojrzeć na swoje dzieło i udawać, że nic się nie stało. W tym filmie na każdym kroku mamy taki kontrast. Piękna sceneria, która kolorystycznie uspokaja nasze oczy, miesza się z okrucieństwem fabuły i mrokiem świata oraz okresu jego istnienia.

Gdy mówimy o klimacie to tak naprawdę grzechem byłoby nie wspomnieć o muzyce, na której punkcie, jak doskonale wiecie, mam totalnego bzika. Jest ona bardzo nordycka, jak na opowieść o ludach północy przystało. Surowa, żywa i dość mroczna dopełnia sceny i dodaje im jeszcze więcej realizmu.


Makbet to film niezwykle trudny, stworzony na podstawie okrutnego i trudnego dramatu wynosi jego tragizm na zupełnie nowy poziom, tworząc opowieść nie dla każdego, iście awangardową, momentami wręcz irytującą dla niezainteresowanych. Ciężko mi ocenić go obiektywnie, gdyż w jego przypadku nie ma mowy o żadnej zgodzie opinii. Mnie ten film urzekł pasją i oddaniem, z jakim odwzorował ciągle żywe dzieło Shakespeara oraz niszowością, ciężkim klimatem i symboliką przekazu. Raz na jakiś czas naprawdę warto obejrzeć coś ambitniejszego, co wymaga myślenia oraz skupienia się na absolutnie każdym drobnym elemencie produkcji. Serdecznie polecam, ale polecam jedynie tym, którzy nie boją się nieco pomyśleć. 

3 komentarze:

  1. Robisz recenzje filmu, w którym stwierdzasz, że nie znasz aktorów? Co Ty za filmy oglądasz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy muszę znać aktorów wszystkich filmów na świecie? Kilku z tych w filmie Makbet mnie zaintrygowało. Będę oczekiwał kolejnych produkcji z ich udziałem. Mam prawo, żeby nie powiedzieć więcej - mam obowiązek być absolutnie szczery w swoich recenzjach.

      Usuń
  2. Podobała mi się gra aktorska Fassbendera. Podobała mi się muzyka i klimat, przede wszystkim klimat!

    Bookeaterreality

    OdpowiedzUsuń