środa, 23 marca 2016

"Wszystkie drogi prowadzą do przeszłości"

Niedawno znalazłam w otchłani komputera teksty i opowiadania sprzed kilku lat. Nie jest to żadne "dzieło", jednak myślę, że warto się tym także z wami podzielić. 

Każde miasto ma swoja legendę, ducha, upiora. Kuba Rozpruwacz, Hrabia Drakula, psychopaci – mordercy rozsiani po całym świecie, zakały społeczeństwa zamienione w bestie bez serca… Maszyny do dręczenia, katowania. Przechadzając się dzielnicą pośród zadbanych domków jednorodzinnych i apartamentów, uważaj – ściany mają uszy. Idąc do szkoły zaszczanymi skrótami i ciemnymi korytarzami, pamiętaj – zakamarki mają pięści i zbereźne fantazje. Strzeż się samotności, gdy świat jest budowany na łzach, pocie i krwi.

Krzyk. Krzyk z bólu. Krzyk z wycieńczenia. 
– Jak wrzeszczy, niech ktoś ją uciszy. 
Ból przeszywa jej ciało, rozrywa tkanki, rozgrzewa siedemdziesiąt procent wody, woda wrze, paruje, skrapla się na czole. Krzyczy jeszcze raz, łapie ją kolejny skurcz. Ściska pręty szpitalnego łóżka pośrodku brudnego pomieszczenia gdzieś na perypetiach. Nikt tamtędy nie chodzi, odkąd Stefanowi Rakorzemu, prezydentowi miasta, wycięto nerkę i sprzedano ją na allegro z dopiskiem "znakomita pamiątka z najpiękniejszego miasta w kraju!". Sprzedała się po minucie. Komu? Nikt nie wie, a policja – ludzie mający rodziny, ustatkowane życie – nie chciała się w to zagłębiać. Jeszcze ktoś by się pokaleczył. Co tej młodej dziewczynie w ósmym miesiącu ciąży przyszło do głowy, by wypić dziesięć kieliszków za dużo, skręcić dwie uliczki wcześniej i narazić życie dziecka? Świat na wstępie pokazał mu, że będzie brutalnie. Że czeka je rzeź, cierpienie nie – tylko fizyczne. Z łona matki wyskoczył szybko, bez problemu. Kobieta w masce lekarskiej chwyciła nożyczki, obcięła pępowinę, oddała dziecko krępemu brunetowi. Przyszła druga, umyła malca, owinęła w kawałek materiału i oddała z powrotem. Nie płakał, nie krzyczał, spokojem dziecka nikt się nie przejął, nawet rzekoma matka. Miał szeroko otwarte oczy i obserwował sufit spryskany krwią. Dla dziewczyny był to dopiero początek. Bez chwili odpoczynku mężczyzna podszedł ze skalpelem. Zemdlała.

Gdy dojechali na dworzec, zegar wskazywał godzinę trzecią. Jedna złapała ją za ręce, druga za nogi, a mężczyzna niósł dziecko niezdarnie w ramionach. Główka co chwilę mu opadała. Maluch nie płakał, oddychał spokojnie i równomiernie. Na peronie nie było nikogo. Świeciło kilka lamp, a zakamarki wypełniał smród odchodów. Położyli parę kartonów przy ścianie, posadzili na nich dziewczynę, okryli kocem, dziecko wsadzili w ramiona. Tuż przed nią postawili kubek, wrzucili do środka parę drobniaków i bon na kanapkę. Odeszli. Odjechali z piskiem opon. Pokonywali zakręty z zawrotną prędkością. Opchnęli nerkę siwowłosej, zdesperowanej pani Andżeli, której wnuczka pilnie potrzebowała przeszczepu. 
– Niech Bóg Wam wynagrodzi – szepnęła, dając im walizkę z fałszywymi pieniędzmi .
– Chcemy wiedzieć, co z wnuczką – krzyknęła przez ramię kobieta, wsiadła do furgonetki  
i ruszyła na kolejne polowanie.
– Po moim trupie – odrzekła, gdy byli już daleko.


Dziewczynę obudził płacz syna. Nie płakał z bólu czy samotności. Był głodny. Wyjęła pierś, nakarmiła go zaspana, z jeszcze zamkniętymi oczami. Gardło paliło, w uszach szumiało, głowa kręciła się niczym karuzela na festynie. Odruch wymiotny sprawił, że oprzytomniała. Zaczęła się krztusić. Spojrzała na dziecko trzymane w ramionach i na brzuch. Nie potrafiła pojąć, że trzyma własnego syna poczętego w przypływie emocji, wyobrażeniu aktu miłości, delikatnym pieszczeniu, bestialskim pożądaniu, które zamieniło się w dziki seks na imprezie nie barwionej alkoholem – a złożonej z niego. Nie tego chciała. Chciała przygody, nie egoistycznego gwałtu. Szarpanie się, próba ucieczki nie przyniosły nic prócz rozlewu krwi i siniaków. Wiadomość, że ojcem jest oprawca, pchnęła ją znów po alkohol. Prawie zaćpała się na śmierć. Znowu wylądowała w łóżku z kolejnym, któremu kazała się bić i poniżać z nadzieją na poronienie bękarta.
Wstała z dzieckiem i ruszyła przed siebie. Zatrzymała się tuż przed spadem. Pod nią znajdowały się kamienie i tory, przez chwilę rozważała rzucenie go w przepaść, ale serce na tę myśl niemiłosiernie zabolało. Ruszyła w stronę wyjścia. Starcy i narkomani oglądali się za nią, wyklinali na zakrwawioną, brudną dziewczynę. Nie zwracając uwagi na bluzgi, szła chwiejnym krokiem, tuliła dziecko nadal ssące pierś. Pchnęła ciężkie drzwi i wyszła przed budynek. Na schodach straciła równowagę i upadła. Uderzyła głową o beton, dziecko wypadło jej z ramion i cudem wylądowało na brzuchu. 
– Kuba – zaśmiała się melodyjnie. – Przestań, mam łaskotki.
Kuba na złość dziewczynie wbijał delikatnie palce w jej żebra, gdy próbowała się wyrwać. Śmiał się przy tym i cmokał ją w czoło, po chwili wziął w ramiona i mocno przytulił.
– Kocham cię, mała – szepnął.
– Więc nie zostawiaj mnie.
-Muszę, Anabel… – chłopak wyraźnie posmutniał.
– Nie musisz. Przecież możemy uciec, razem. Możemy ułożyć sobie życie, choćby w kawałkach kartonu. Będziemy podróżować, razem odkryjemy nowy kontynent, nowe gwiazdy, planety i nazwiemy je naszymi imionami. Będziemy rodziną.
– Nie rozmawiajmy o tym. Kocham cię, to się nie zmienia. Nie odchodzę, zawsze będę przy tobie. Tutaj – musnął dłonią jej lewą pierś. Spacerowali parkową dróżką, biegli przed siebie. Liście wirowały pod nogami, ptaki ćwierkały, śmiech wypełniał atmosferę, ludzie spoglądali z dezaprobatą, narzekali. Weszli do domu. Obejrzeli telewizję. Wyszli do restauracji. Zjedli kolację. Wrócili. Rozmawiali. Kochali się. Zasnęli razem. Obudziła się, on się nie obudził. Kochali się. Kochają się każdego wieczoru.
Wspomnienie zniknęło równie szybo, jak się pojawiło. Tak zapamiętała Kubę. Miłość jej życia. Nic nie wypełni tej pustki, nawet alkohol i codzienne imprezy.
Ktoś znalazł ją o szóstej rano i zadzwonił na pogotowie. Wokół zebrała się grupka ludzi. Czekali, pogrążeni w dyskusjach  i tworzyli własne scenariusze, co spotkało tę dziewczynę. Ciężko wysnuć jakieś wnioski, gdy widać tylko skutek. Lekarze zabrali ją do szpitala. Stwierdzili połamane żebra i wstrząs mózgu. Alkohol we krwi przewyższył dwukrotnie dawkę śmiertelną, a dziecko było zdrowe. Niepokojąco spokojne. Ocknęła po kilku dniach, straciła rachubę czasu. Nie pamiętała, co się wydarzyło. Obraz przed oczami był zniekształcony. Lekarz zadawał dużo  pytań, na które nie potrafiła odpowiedzieć. Pokazywał jej trzy palce, które dwoiły się i troiły. Lampka zaglądająca w oczy powodowała przywidzenia, widziała węża pełznącego w jej stronę. Zasyczał, wyciągając język. Gdy zmniejszała się odległość między nimi, prędkość jego ruchu się zwiększała. Nagle otworzył szeroko paszczę, ukazując jej wnętrze i wbił się w oczy i usta, powoli zżerał twarz, zaczęła się palić. Uczucie, jakby ogień trawił skórę ogarnęło całe ciało. Spojrzała na zwęglone dłonie. Zaczęła krzyczeć przerażająco głośno. Skorpiony chodziły po jej ciele, spod spodni wychodziły larwy, piranie wgryzały się w stopy. Węży pojawiało się coraz więcej. Oplatały ciało, jeden zaciskał się na szyi i odbierał oddech, drugi mocnym uściskiem zablokował skurcze przepony. Na ścianach mnożyły się karaluchy. Nagle… Igła. Ugryzienie komara. Ciemność.

15 LAT PÓŹNIEJ

Kuba ukrywał się w swoim pokoju całymi dniami. Niebieskie ściany i brudny, chyba biały sufit, koiły jego myśli rozbiegane poza świadomością. Chodził w kółko i nogą upychał pod łóżko porozrzucane ubrania, paczki po chipsach i orzeszkach. Przyzwyczajony już do mieszaniny słodkich i ostrych zapachów nie zwracał nawet na nie uwagi, a mama już na wejściu krzyczy, by otworzył okno, bo wali zgniłym mięsem. Odpowiada, że to nie mięso przegniło, a dziwka mieszkająca z nim pod jednym dachem. W domu od dwóch lat nie czuć nic, prócz smrodu z jego pokoju. Atmosfera nie wypełnia się rodzinną miłością czy domowym ciepłem, a pustą erotyką. Chwilą zapomnienia. 
– Gdzie idziesz? – kobieta w różowym szlafroku, jeszcze trzy lata temu nazywana "mamą Kubusia" wpatrywała w chłopaka zakładającego plecak.
– Kto dziś się tobą zajmuje? – odparł ironicznie i wyszedł z pokoju, zamykając drzwi na klucz.
– Kuba, wiesz przecież, że robię to dla ciebie.
Zignorował mało przekonujący argument matki i wyszedł, z trzaskiem zamykając drzwi. Włożył słuchawki do uszu, w których pobrzmiewał J-rock i skręcił w wąską uliczkę oddzielającą jeden blok od drugiego. Na końcu znajdowało się przejście  na drugie osiedle. Pchnął metalowe drzwi i wszedł do małego pomieszczenia. Nieco mniejszy otwór w ścianie prowadził na dworzec, był to skrót znany miejscowym handlarzom i ludziom z nimi zaznajomionym. Wyciągnął telefon, by oświetlić sobie drogę. Pomieszczenie było wąskie, ramionami dotykał ścian, a sufit był dziesięć centymetrów nad głową. Pochłonięty dźwiękami ulubionego utworu nie zorientował się, że ktoś za nim podąża. Dopiero gdy poczuł na ramieniu silny uścisk dłoni, odwrócił głowę, by sprawdzić, kim jest tajemniczy towarzysz. Oświetlił mu twarz i uśmiechnął się szeroko, powoli się odwracając. Przed nim stał Adam, wysoki brunet z długimi włosami, barczysty na tyle, że by zmieścić się w korytarzyku, musiał chodzić bokiem.
– Cześć stary. Masz coś dla mnie?
– Nie, idę dopiero do Bachora po towar – odparł Kuba, wyciągając z uszu słuchawki.
– Pamiętaj mnie, mnie chce podwójnie.
– Naucz się w końcu Polskiego, Szwabie – sprzedał mu kuksańca w żebra i szedł dalej. – Będę pamiętał. Co dziś robicie?
– Bijemy rekord, wpadnij? – zaproponował entuzjastycznie Adam, typowo niemieckim akcentem.
– Wiesz, że nie biorę.
Po chwili oboje znaleźli się na dworcu, gdzie kręciło się sporo punków i dresiarzy, mierząc się wzrokiem. Gdzieś między peronami dwóch cherlawych chłopaków pieściło się po twarzach piąstkami, najprawdopodobniej – jak często bywało – o działkę amfetaminy czy koksu. Za nimi na ławce dostrzegł dilera, dla którego pracował. Zdziwił się na widok zielonego zamiast czerwonego irokeza na głowie, nieumodelowanego w kolce, a opadającego na czoło. Kuba przebiegł przez tory i usiał obok.
– Masz pięćdziesiąt działek do sprzedania po sześć dych. Dwie czyste dla Szwaba, sto dwadzieścia sztuka i pięć procent z tego dla ciebie. Zrozumiano? – wycharczał, wciskając mu towar do plecaka.
– Jasne.
Kuba miał już w zwyczaju zwiększać cenę o dziesięć złotych, więc dla niego było to – plus procent z pojedynczych działek. Najczęściej chodził pod szkołę gimnazjalną, gdzie najwięcej młodzieży pragnącej "szpanu" dawało najwięcej kasy za największe świństwo. 


Anabela przez wszystkie te lata próbowała wyprzeć z pamięci dzień, w którym zostawiła Kubę w szpitalu. Nie wiedziała, co się z nim dzieje. Wyrzuty sumienia pojawiały się za każdym razem, gdy alkohol i seks na chwilę parowały z jej organizmu i życia. Zastanawiała się, czy kartka zostawiona na łóżku przed ucieczką ze szpitala trafiła do jej syna. Nie była nawet pewna, czy ma na imię Kuba, jak prosiła. Czy żyje. Miała nadzieję, że syn kiedyś ją odszuka i będzie mogła wziąć go w ramiona, przeprosić za nastoletnią głupotę.
Była uzależniona od wszystkiego, co uzależnia. Od słodyczy przez kawę i alkohol po narkotyki. Wizyty w grupach wsparcia nie były jej "sposobem na leczenie", a źródłem radości. Śmiała się z ludzi, którzy gadali  jak nisko upadli, jak głęboko zranili siebie i bliskich i jak bardzo tego żałują. Śmiała się, bo była zanurzona w błocie, nawet w gównie, dużo ponad głowę i wiedziała, że ratunku już nie ma. Brała udział w spotkaniach anonimowych alkoholików, seksoholików, czy szydełko-holików i paznokcio-holików. Nie myślała, że istnieje tak wiele głupich i błahych uzależnień – nie wiedziała nawet, czy takowe są. Może bycie usidlonym przez "coś" stało się modne?


Kuba wieczorem poszedł ze znajomymi na domówkę do dobrze sytuowanej uczennicy gimnazjum. Bachor dał mu na tę okazję więcej tańszych brudów i droższych luksusów. Izabela, nastolatka mieszkająca z babcią – która, nawet Bóg nie wie skąd, miała dużo pieniędzy na utrzymanie domu i zapewnienie wnuczce znakomitych warunków do nauki i rozwoju – organizowała imprezy w każdy weekend, gdy babcia wyjeżdżała na badania. Ostatnio zaczęła cieszyć się poważaniem wśród starszych koleżanek ze szkoły, które często przyprowadzały nietypowych towarzyszy. Gdy pewnego dnia nakryła dziewczyny z kilkoma starszymi mężczyznami w pokoju, uprawiających grupowy seks, zaczęła zamykać wszystkie pomieszczenia na klucz i starała się pilnować, kto przekracza próg jej mieszkania.
Dziś zauroczyła się w morskich oczach Kuby, gdy tylko ujrzała go zdejmującego kurtkę. Nie sprawdzając zawartości plecaka i – co ważniejsze – głowy, zaproponowała mu drinka i bliższe poznanie się. Weszli pod rękę do salonu, gdzie grupka ludzi stała przy kominku i żywo rozmawiała, dziewczyny na środku pokoju tańczyły w kółku, a jeden chłopak chwalił się umiejętnościami break dance'a. Muzyka ich zagłuszała, więc Izabela wzięła Kubę za rękę i przetańczyli razem godzinę. Zmęczona i znudzona poprosiła go o przejście do cichszego pomieszczenia. 


Anabela w klubie zamawiała czwartego drinka i podrywała trzeciego faceta tego wieczoru. Poprzednia dwójka pociła się, gdy tylko szepnęła im coś na ucho. Ze spaloną twarzą jąkali się niemiłosiernie, a ona pod pretekstem przypudrowania noska uciekała na drugi koniec pomieszczenia. Upiła ostatni łyk i wyszła na parkiet z koleżanką, grali właśnie ich ulubiony kawałek. Za chwilę przyłączyli do nich postawni mężczyźni. Anabeli zakręciło się w głowie. Ledwo stała na nogach. Taniec zaczął sprawiać coraz większe trudności. Partner złapał ją w pasie i wyprowadził z tłocznej sali. Nogi się pod nią załamały. Pogrążyła się w ciemności.


Kuba siedział z Izabelą na dużym łóżku i grali w karty, rozmawiając przy tym o swoim życiu. Mieli ze sobą wiele wspólnego: stracili rodziców w niewiadomych okolicznościach, słuchali japońskiej muzyki, oglądali anime , grali na instrumentach, nie mieli planów na przyszłość. Chcieli korzystać z życia, wyssać z niego co najlepsze bez wysiłku. 
W wieku trzynastu lat pierwszy raz upili się do nieprzytomności, w wieku czternastu zapalili zioło i wstrzyknęli sobie narkotyk – z tą różnicą, że dla niej był to odlot, dla niego nic szałowego.
– Nie gadaj tyle – szepnęła w pewnym momencie – pocałuj mnie.
Przybliżył się do niej gwałtownie, złapał za biodra i wpił się w usta. Przewróciła go na łóżko, usiadła na kolanach i ściągnęła koszulę. Szybko wylądowali pod kołdrą, spoceni i zasapani, zupełnie nie współgrając ze sobą. Głośna muzyka zagłuszała ich krzyki przyjemności. Jeśli istnieje Anioł Stróż, zastanawia się na pewno, gdzie podziewa się pojęcie miłości, które powinno nierozerwalnie łączyć się ze współżyciem. Gdzie podziewa się chęć pomnażania uczucia i obdarzania nim kolejnego człowieczka. Gdzie w świecie stworzonym przez Boga na potrzebę ofiarowania ogromnego afektu podziewa się podstawowy czynnik warunkujący człowieczeństwo?
Właśnie odkryli kolejną rzecz, która ich łączy. Stracili dziewictwo w wieku piętnastu lat, upojeni alkoholem, z obcą osobą.


Anabela ocknęła się po paru godzinach. Pierwsze co do niej dotarło to mocny zapach męskich perfum. Kojarzyła je skądś. Tylko skąd? Nadgarstki i kostki ściskały mocne sznury, utrudniające dopływ krwi. Czuła chłód palców i wiedziała, że są fioletowe. Mimo że odzyskała przytomność i świadomość nadal była pogrążona w ciemności. Ciężkie powieki unosiły się i opadały, jednak nie widziała nic. Postanowiła coś powiedzieć, ale gdy spróbowała otworzyć usta, napotkała opór. Z jej gardła wydał się tylko przeciągły jęk. 
– O, obudziła się śpiąca królewna – usłyszała twardy, męski głos gdzieś przed sobą, który również, nie wiedząc skąd, znała.
Zaczęła jęczeć głośno i panicznie prosić w myślach o wypuszczenie. Składała już przysięgi Bogu, że się nawróci, wstąpi na odpowiednią drogę, przede wszystkim uwierzy w Niego, jeśli teraz posłuży pomocą.
– Ciszej, głowa mnie boli – odrzekł jej obojętnie tajemniczy mężczyzna. Nagle poczuła ostry skręt i zorientowała się, że jadą samochodem. Samochód ostro zahamował, usłyszała trzask drzwi i… chwila ciszy, po której usłyszała brzęk kluczy i gwałtowne otwarcie bagażnika. Bez słowa zarzucił ją sobie na ramię i wszedł po schodach na werandę starego domu w środku lasu. Podłoga skrzypiała głośniej niż drzwi, w domu śmierdziało wilgocią i gnijącym drewnem. Poczuła nagłą falę ciepła, jakby ogień w kominku. I rzeczywiście, następne co dotarło do jej uszu to skwierczenie drewna. Posadził ją na krześle i przywiązał do oparcia, po czym wyszedł z pomieszczenia w towarzystwie odgłosów trzeszczących desek.

Ktoś dzwoni do drzwi. Nikt nie otwiera. Wchodzą do środka. Krzyczą, jednak muzyka ich zagłusza. Jeden wyciąga kabel z kontaktu, drugi pokazuje odznakę. Wszyscy stają pod ścianą, nagle w domu pojawia się coraz więcej policji. Jeden z funkcjonariuszy idzie na górę, skąd słyszy niepokojące odgłosy. Izabela wystraszona nagłym hukiem spadających drzwi zakrywa się kołdrą, a Kuba pospiesznie zakłada bieliznę.


Odwiązał Anabeli oczy i usta po czym usiadł naprzeciwko niej.
– Pamiętasz mnie?
Nie odpowiedziała. Wpatrywała się w jego ciemne oczy, próbując zachować spokój. 
– Pamiętasz – wykrzywił wargi w uśmiechu. – Chcę odzyskać syna.
– Nie uważasz, że po piętnastu latach jest trochę za późno?
– Nigdy nie jest za późno. Gdzie jest mój syn?
Milczała.
– Zabiłaś go?! – podszedł bliżej i chwycił ją za szyję. – Zabiłaś!
Milczała. Chwycił krzesło i rzucił do kominka.
– Nie zabiłam.

-Jakub Toron, lat piętnaście, zarzut handlu narkotykami, stosunek z dwunastoletnią Izabelą, pobicie z trwałym uszczerbkiem na zdrowiu…
– Okłamała mnie! – krzyknął. – Myślałem, że….
– Oraz zdemoralizowanie.

– Ernest Toron, lat trzydzieści siedem, zarzut podwójnego morderstwa, gwałtu, handlu narkotykami, próba zabójstwa poprzez pozostawienie poszkodowanej w płonącym budynku…
– Odnalazł się pański syn! – krzyknął adwokat, gdy wyprowadzano go z sali rozpraw. 


Anabela siedziała na krześle w pokoju spotkań. Stresowała się. Po latach miała zobaczyć syna, jednak nie takiego spotkania się spodziewała. Dyżurny go wprowadził i posadził na krześle przed Anabelą. Po chwili drzwi otworzyły się i ujrzała Ernesta prowadzonego przez dwóch policjantów. Usiadł obok Kuby i bacznie się mu przyglądał.
– Widzisz synu… Pamiętaj, historia lubi się powtarzać. Nigdy mnie w twoim życiu nie było, 
a jednak spotykamy się w tym samym miejscu w podobnym bagnie…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz