sobota, 30 kwietnia 2016

Krew i stal – czy Martwica jest sucha?

Podszedłem do tej książki tak samo, jak do każdej książki fantasy ostatnich lat – z dystansem. Nie z powodu jakichś uprzedzeń, a raczej z powodu obaw, które jakże często okazały się mieć solidne podstawy w rzeczywistości. Piękny niegdyś gatunek jest dziś redukowany do roli bajeczek dla nastolatków, a etos walki dobra ze złem, intrygi i złożony wielowątkowy świat zamienione na proste historyjki miłosne nieopalonego wampira z idiotką. Pomimo faktu, że nadal jestem wielkim fanem tego gatunku, podchodzę do niego ostrożnie. I właśnie tą ostrożnością kierowałem się, sięgając po Krew i stal: Krainę Martwej Ziemi Jacka Łukawskiego. Czy debiut pisarza zalicza się do udanych czy też jest to kolejna lektura typu przeczytaj/zapomnij?



Tytuł: Krew i stal: Kraina Martwej Ziemi
Autor: Jacek Łukawski
Wydawnictwo: SQN


...to zła droga, co cierpień wielu przysporzy, lecz zdaje się, że jedyna, jaka pozostała. Jeśli zdrada tak daleko wbiła swe szpony w królestwo, to tylko krew i stal może je oczyścić...




Jak Cię widzą...

Na wstępie warto wspomnieć, że wydawnictwo SQN, które dostarczyło książkę w przyciągającej wzrok okładce, wykonało kawał dobrej roboty: przedstawia ona zakrwawiony, trochę biednie wykonany miecz, leżący na suchej ziemi. Na pierwszy rzut oka, pomimo estetyki okładki, wydaje się ona dość typowa. Taki tam miecz, pokryty krwią, na oddającej niby poważny klimat opowieści suchej ziemi. Okazuje się, że jest to symbolika, a raczej proste nawiązanie do wątku fabularnego pozycji, co, gdy już to odkryłem, ucieszyło moje serce i sprawiło, że pokochałem okładkę. Ponadto dobra czcionka nie męczy oczu... Zobaczymy jednak, co przyniesie czas.
– Chyba go nie...– A gdzie tam. – Machnął ręką – Przecie zanim ten dureń se miecz zza pleców wygimnastykował, to w pysk dostał ostrzegawczo.

Sztampa? To zależy.

Cóż też ciekawego nam ten Łukawski wymyślił? To była chyba moja największa obawa. Niezwykle często autorzy pisząc książki fantasy popadają w skrajną baśniowość i piszą infantylnie, upraszczając odbiór całej opowieści jako, że "to fantasy, a to przecież dla dzieci". Zarys fabularny również nie wytrącił mnie z przekonania, że będziemy mieli do czynienia z czymś oryginalnym. Ot, wyprawa grupy śmiałków po potężny, tajemniczy artefakt, ukryty wieki temu na wrogiej ziemi. Brzmi to jak opowieść niezwykle sztampowa i oklepana. Archetyp wielkiej podróży był eksploatowany tak agresywnie w różnorakich grach, książkach i filmach tego typu, że widząc wprowadzenie, byłem niezwykle zawiedziony.

Moje serce wypełniła jednak radość, gdy zaczytując się w kolejne karty opowieści zacząłem dostrzegać coraz więcej komplikacji i zawirowań, które koniec końców absolutnie zmieniły motywacje i cele biorących w niej udział bohaterów. Po pewnym czasie to nie arcyważna misja stała się najważniejsza, a chęć przetrwania i powrotu w rodzinne strony. Widać, że autor stara się napisać poważną, wciągającą fabułę, która będzie jak najbardziej odchodzić od sztampy na rzecz oryginalności i świeżości.

Nie mogę jednak powiedzieć, że linia fabularna nie ma żadnych wad. Ma ona wzloty i upadki, czasami widać, że autor starał się za mocno podkreślić powagę swojej historii, przez co wychodzą mu nieco dziwne w kontekście obecnej sytuacji rozważania danych postaci. Nie jest to jednak błąd poważny, a jedynie coś, czemu powinien się on przyjrzeć.

A pióro jego lekkie jak... pióro.

Styl pisania jest, jak wszyscy doskonale wiemy, jednym z najważniejszych elementów każdej lektury. Jeśli jest lekki i wciągający, to mamy ochotę czytać długo i nie męczymy się. Gdy jednak autor wyraźnie nie potrafi uchwycić więzi ze swoim czytelnikiem, to robi się problem. W tym przypadku całe szczęście występuje to pierwsze. Łukawski pisze niezwykle płynnie i lekko, często wplatając humor oraz elementy "niszczące czwartą ścianę". Zaniosłem się śmiechem podczas opowieści kilku żołnierzy na temat wariata z siwymi włosami i mieczami na plecach, który domagał się zapłaty za ubite potwory. Tak samo śmieszne były słowa Mędrca, który z lekkim poirytowaniem wspominał jednego ze swoich "pacjentów", który przekonany o swojej racji, ciągle uciekał z domu w góry, by w wulkanie spalić pierścień.

Brzmi znajomo? Otóż takich smaczków jest o wiele więcej, a to się chwali. Uwielbiam być nagradzany za to, że coś wiem, coś czytałem i w czymś się orientuję. To puszczanie oka to dowód na niezwykłą swobodę operowania słowami przez autora. Jego opisy, barwne i detaliczne, potrafią jednak znużyć, gdy ciągną się przez kilka stron bez przerwy. Jest to jednak jak najbardziej subiektywny minus, gdyż niektórzy ludzie uwielbiają tego typu szczegółowość.

Skończ, Arthornie!

Minusem jest, niestety, główny bohater. Może to moja wina i po prostu nie zdążyłem się do niego przyzwyczaić i go polubić, ale no... nie porwał mnie. Choć autor stara się jak może zapoznać nas z tą postacią, to nie potrafi sprawić, aby zaczęło mi na Arthornie zależeć. Według mnie jest to postać niezwykle typowa. Zamyślony, uzdolniony wojownik. Przystojny, bohaterski, z trudną przeszłością i wieloma umiejętnościami. Pomimo jednak swego szerokiego wachlarza talentów nie potrafił wzbudzić we mnie żadnych emocji poza suchymi przemyśleniami na temat jego osoby.

To niezwykle dziwna sprawa, gdyż nasz debiutant pokazał mi, że potrafi tworzyć barwne i tajemnicze postaci. Gwydon, szelmowski ale wierny żołnierz i bawidamek. Dartor, wojskowy oficer o niezwykłej werwie, rubaszny i oddany sprawie, jaka by ona nie była. Wreszcie Fardor, postać niezwykle tajemnicza, ale – jak się okazuje – istotna dla przebiegu fabuły. Owiany tajemnicą jegomość sprawnie skrywa przed nami tak wiele rzeczy, że odkąd go poznajemy, zastanawiamy się, kim jest, jak stał się tym kim jest i jakie są jego motywy w tym pełnym przemocy świecie.

Pisarz zręcznie operuje naszymi uczuciami i tworzy postaci, których nienawidzimy, które kochamy bądź o których pragniemy dowiedzieć się więcej. Dziwnym jest więc dla mnie, że główny bohater, z którym spędzimy większość czasu, jest tak... mdły i bez życia, jak gdyby robiony na siłę, bo coś przecież ciągnąć te wątki musi, prawda?

Keep it real, Jacek

Czy Martwica (ziemia, po której chodzą bohaterowie) jest wiarygodna? Fantasy dzieli się na wiele gatunków i podgatunków. Wszystkie zaliczają się do swojego rdzenia, a jednak są tak różne, że absolutnie każdy znajdzie coś dla siebie. Ja lubię dark fantasy, coś jak Gra o Tron czy Wiedźmin. Światy realistyczne i zbliżone do naszych, światy prawdziwe. Brudne, brutalne i tylko przejawiające oznaki dobra, uczciwości i dobroci. Szanuję artystów, którzy potrafią takie światy stworzyć i tchnąć w nie dusze, świeżość i realizm.

Podchodząc do tej książki nie byłem pewien, w jaki podgatunek fantasy się ona wpasuje. Mogę powiedzieć z prawdziwą ulgą, że Krew i stal to opowieść mroczna, brutalna i pełna niezwykle dzisiejszych trudności. Co prawda, nie jest to jeszcze opowieść wyrobiona, dlatego też autor nieco raczkuje w tym mroku, nie zdając sobie sprawy do końca z tego, co stara się osiągnąć, ale jest to świetny krok w kolejne książki z tej serii. Często wręcz niepokojąca, nie stroniąca od wątków brutalnych i pełnych strachu lektura pokazuje, że jest poważna i tak należy na nią patrzeć. Strony nie ociekają gimbo-erotyzmem ani nie ma tu też przesadzonych wątków miłosnych, które są w dzisiejszych czasach wplatane absolutnie we wszystko.

Poczułem sympatię do Jacka Łukawskiego, gdyż widać na kim między innymi się wzorował. Przerzucając stronę za stroną nie możemy oprzeć się wrażeniu, że to Andrzej Sapkowski natchnął autora talentem opisywania rzeczywistości. To nie bajka dla dzieci o krasnoludkach i elfach, a klasyczna opowieść fantasy. To w niej niezwykle cenię. Tak samo jak cenię nawiązania do wiecznie żywej demonologii słowiańskiej, która niezwykle wpisuje się w klimat absolutnie każdego fantasy. Mroczne demony i stwory czekające w mroku na nieostrożnych chłopów. Autor daje znak, skąd pochodzi, nawiązując do ludowych polskich bajań, i daje nam prawdziwie europejską opowieść, w której czuć europejski, bardziej niż amerykański, klimat i styl.

A co JA myślę?


Co ja sam sądzę o tej książce? To moja pierwsza recenzencka książka. Czuje, że jest to początek długiej, ale niezwykle przyjemnej drogi jako recenzenta, skryby doświadczeń. Cieszę się, że to właśnie z tą pozycją rozpocząłem swoją "poważną działalność recenzencką". Jest to opowieść brutalna, realistyczna, ale przejawiająca humor i prześmiewczość. Robi to jednak w tak ludzki sposób, że nie da rady nie związać się z tą historią emocjonalnie pomimo faktu, że główny bohater wypada niezwykle blado na tle reszty. Niezwykle detaliczne opisy pozwalają nam na odwzorowanie w swoich głowach tego przepełnionego słowiańską, i nie tylko, demonologią, polityką i intrygą świata. To niezwykle mocny debiut młodego pisarza, o którym z całą pewnością jeszcze nie raz usłyszymy. Ja natomiast czekam na Tom 2, gdyż zakończenie postawiło mi pytania, na które pragnę odpowiedzi. 

piątek, 29 kwietnia 2016

Związek na odległość: recepta na szczęście

źródło
Pierwszy post z serii "związek na odległość" był bardzo ogólny. Odpowiadałam na najczęściej zadawane pytania: jak poznać człowieka, skąd mieć pewność i co dalej... Prawda jest taka, że nic w życiu nie jest proste i nie dostajemy instrukcji obsługi człowieka czy uczuć – może i byłoby to przydatne, ale jak wszystko by spłycało i zamykało w ramy schematu, monotonii. Nie chcę w tym krótkim tekście mówić, jak postępować w związku na odległość, czego nie robić. Chcę tylko podzielić się własnym doświadczeniem, dać wskazówki, bo my znaleźliśmy własną receptę. Receptę, która nie będzie odpowiadała każdemu, którą jedni krytykują, inni chwalą, jeszcze inni nawet podziwiają. Faktem jest, że za nami długa droga... Jednak przed nami wciąż wiele do przejścia i jesteśmy tego świadomi, wiemy, a przynajmniej domyślamy się, na co się zdecydowaliśmy. Skoro łączy nas miłość, nie może rozdzielić odległość.

Pod moim poprzednim wywodem pojawił się komentarz Nie wierzę w związek na odległość. Mój nie przetrwał. Mój związek na miejscu również nie przetrwał, czy to znaczy, że mam w "normalne" związki nie wierzyć? Przecież wiele par poznało się w klubie, w bibliotece, na mieście... To, że mi nie wyszło, nie oznacza, że tych związków nie ma. One są faktem, faktem są również związki na odległość, które istnieją i potrafią przetrwać. Nie ma tutaj kwestii "wierzę czy nie wierzę". Czy trawa jest zielona? Tak. Może ktoś widzi ją pomarańczową, ale jest zielona. Wiem, że każdy ma własny świat, każdy czuje inaczej i postrzega wiele sytuacji inaczej... Nie wyszło? Są dwie możliwości: albo w związku jedna bądź dwie osoby nie nadawały się do bycia na odległość, albo to nie było TO. Rzadko wychodzi za pierwszym razem, "na miejscu" również wiele związków się rozpada.

Przede wszystkim uważam, że nie każdy się nadaje do związku na odległość. Są osoby, które nie potrafią zaufać, które we wszystko wątpią i szukają podtekstów, intryg i niecnych zamiarów. Nic się z tym zrobić nie da, taki charakter – koniec i kropka. Są też osoby, które od związku oczekują CZEGOŚ więcej, nie wiedząc, czego konkretnie. Często szukają tego w bliskości, czułości i bezpośredniości. A tutaj potrzebna jest duża dawka zaufania, cierpliwości i wytrwałości, a przede wszystkim pielęgnowane uczucie. No ale właśnie, jak je pielęgnować? Ostatni akapit poprzedniego tekstu (znowu linkuję, bo może ktoś jeszcze nie przeczytał) trochę nakierowywał na te tory, jednak przydałoby się go rozwinąć. Przypominam, że to jest NASZA recepta, która nie zawsze może się sprawdzać.
źródło

1. Nie ograniczać się

Tak, przyznaję się do tego otwarcie: w tygodniu siedzimy razem po kilka godzin dziennie. Nie przeszkadza mi to, nie czuję się osaczona, uwięziona i ograniczona. Chodzi przede wszystkim o dzielenie się życiem, spędzanie czasu wspólnie. Nie mam nic przeciwko, gdy Kier ma ochotę pograć, poczytać, napisać coś... Można powiedzieć, że w tej kwestii się dopełniamy, bo często dostaję propozycję przeczytania i ewentualnej korekty jego tekstów.
Trwanie naszej relacji przypada głównie na czas szkolny, więc można pomyśleć, że niemożliwe jest spędzanie razem tylu godzin. Trzeba się przecież uczyć, odrabiać zadania... Przyjaciółka, którą poznałam już kilka lat po nim, nie mogła się nadziwić. Mówiła "wyłącz komputer, przecież tak się nie da uczyć". Najfajniejsze jednak jest to, że wspólne uczenie się przynosiło mi więcej efektów, niż samodzielne – skupiałam się na nauce, nie na oglądaniu sufitu, podłogi, paznokci... Poza tym, śmiejąc się wspólnie z moich notatek z historii: dziwnych skrótów, literówek, zabawnych anegdotek nauczyciela, zapamiętywałam dużo więcej, niż gdy kułam, kułam, kułam.
Nie ma również sensu robić sobie "scen", gdy któreś ma ochotę wyjść z przyjaciółmi na koncert, ognisko, do kina. Nie ma również powodów do obaw, że nagle nastąpi ten moment: zdrada. Fakt, znam wiele osób, których związek rozpadł się przez zdradę (nie tylko żyjąc na odległość), jednak jak wspomniałam, tylko związek opierający się na zaufaniu ma większą szansę przetrwać. Właśnie dlatego, że nikt nie lubi być ograniczany. Serce nie sługa, wszystko może się zdarzyć. Jednak ta cała miłość jest uczuciem tak abstrakcyjnym, że gdy człowiek czuje się obdarzony zaufaniem, chce w nim trwać.

2. Nie wątpić

To się nie uda, to nie ma sensu, jakoś nie widzę dla nas przyszłości... Takie myśli mogą, ale nie muszą się pojawić w trakcie trwania związku. Każdego kiedyś nachodzi chwila zwątpienia, ważne jednak, by umieć ją przezwyciężyć. Trzeba też pamiętać, że każda okazana słabość odbiera siłę nie tylko tobie, ale też twojej połówce oddalonej o kilkaset kilometrów... Gdy nie ma sił i motywacji, wiadomo, że związek się rozpadnie. Jeśli nie masz poczucia szczęścia, że ten związek jest faktem, że rzeczywiście obdarzono cię uczuciem, że komuś na tobie zależy (jeśli on się rzeczywiście stara), to znaczy, że nie potrafisz tego docenić. Od powtarzania powyższych słów jak mantry tylko jeden krok do zakończenia związku, płaczu, żalu i rozpaczy... Ważne jest, by nie wątpić. Doceniać to, co jest tu i teraz i przede wszystkim mieć na uwadze cel: wspólną przyszłość. Związek na odległość można porównać do przepysznego owocu, drogiego i trudnego do zdobycia, ale wartego każdych pieniędzy. Gdy już możemy go posmakować kolejny raz, chwila wydaje się skradziona z raju. Ja wychodzę z założenia, że wszystko ma coś na celu. Dobro wraca, a ludzie potrafiący dbać o siebie nawzajem w końcu mogą być razem aż do znudzenia (prawdopodobieństwo, że się sobą znudzicie, jest nikłe, więc zobaczcie, jak długo!).
Żeby nie być gołosłowną, przytoczę wypowiedź znajomego, z którym kiedyś rozmawiałam. Powiedział on wtedy (cytuję): "Nono, moja siostra też bujała się ze swoim facetem jedenaście lat na odległość... Jeździła do niego co kilka miesięcy, on jeździł do niej, jakoś to ciągnęli. Chajtnęli się niedawno, żyją sobie szczęśliwie i już dwójkę dzieciaków mają".

3. Nie obwiniać

Czasami tak bywa, że coś nie wychodzi. Projekt, obiad, ciasto czy właśnie spotkanie ludzi będących w związku na odległość. Ta w sumie przejściowa sytuacja, gdy jesteśmy daleko od siebie, jest często trudna, zwłaszcza gdy planujemy spotkanie na długi weekend, święta... I nagle bum! Zdarzyło się coś, co przekreśliło możliwość zobaczenia się akurat teraz. Przed wszystkim nie należy wyrzucać sobie, że "to twoja wina, możesz wybrać inny termin, inne miejsce...". To nic nie da, przeciwnie. Nie chcemy przecież ranić osoby, z którą jesteśmy blisko. A to właśnie jest rodzaj sprawiania krzywdy, bo nie tylko tobie zależy i nie tylko ciebie zaistniała niemożliwość zawiodła – ta druga osoba również się starała, również pragnęła tego spotkania. Wtedy trzeba po prostu powiedzieć sobie "następnym razem". W końcu wyjdzie, a wy będziecie najszczęśliwszymi ludźmi na ziemi. 
Ta zasada dotyczy również innych sytuacji, na przykład, gdy ukochana/y nie zadzwoni o umówionej godzinie, nie napisze dobranoc... Po prostu nie było możliwości i trzeba to zaakceptować.

4. Rozmawiać i dzielić się życiem

Zauważyłam, że ludzie żyjący w związku na odległość lepiej się dogadują, wiedzą o sobie więcej i nie krępują się rozmawiać ze sobą o... właściwie o wszystkim. Możecie zapytać, czy mówię to na podstawie własnego doświadczenia czy znam więcej takich par. Wśród moich znajomych jednak mam kilka osób, które są w związku na odległość i potwierdzają moje słowa. Wszystko dzięki temu, że etap związku "na odległość" opiera się na rozmowie, jest to wręcz jego fundament. Wszystkie nieporozumienia musimy wyjaśniać rozmową, wszystko musimy dogłębnie przeanalizować, wyjaśnić... Nie da się wysłać mailem kwiatów i tulaska na przeprosiny. Trzeba po prostu nauczyć się dopierać słowa. 
Spodobało mi się ostatnio stwierdzenie Kiera, gdy się ze mną droczył (jestem humanistką, on technikiem... można sobie wyobrazić, jak mi czasami dla żartu dogryza ;)), a jego mama powiedziała, żeby uważał, bo będzie mi przykro: wiem, na ile mogę sobie z nią pozwolić. Niby takie nic, ale bardzo pasuje do tego podpunktu.
Rozmawiać w związku na odległość należy o wszystkim, bo gdy coś zataimy, może wyjść na to, że druga osoba nie poznała ważnego faktu z naszego życia. Dzięki temu znamy swój tok myślenia, emocje... Poza rozmową napisałam "dzielić się życiem". Jedni razem grają godzinami w LOLa, inni razem coś tworzą, jeszcze inni oglądają wspólnie filmy i seriale... Różne pary możemy znaleźć na tym świecie. My robimy wszystko na raz i czasami dnia nam brakuje. Dzielić się życiem to też razem milczeć, bo nie sposób nawijać przez kilka godzin bez przerwy. Nie można dni milczących odbierać jako coś złego. Milczenie również zbliża. W tym czasie można robić bardzo wiele rzeczy: ja czytam, on pisze, czytamy wspólnie, piszemy wspólnie... Zaraz żalimy się sobie, opowiadamy śmieszne sytuacje z ogniska, z wyjścia na piwo. Znów chcę powtórzyć: związek na odległość nie jest ograniczeniem. Ale pamiętajcie, że jest związkiem.

5. Ufać

O tym pisałam już trochę w pierwszym punkcie. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że zaufanie w związku – na miejscu i na odległość – jest bardzo ważne. Jeśli nie ma podstaw, by o coś podejrzewać drugą połówkę, jeśli nie dała nam powodów do zmartwień, nie należy ich szukać. Należy jej zaufać, nawet jeśli pisze do ciebie znajomy, że twoja Miłość coś zrobiła na imprezie... Zawsze powinniśmy uwierzyć Miłości, nie osobom trzecim, które bardzo lubią mieszać. Zaufanie to podstawa. Powinno się je pielęgnować, a także starać się nie dawać powodów do jego zachwiania. 

A potem, dzięki temu... przychodzi w końcu moment, gdy możecie się zobaczyć na te kilka dni, ogarnia was to nieopisane szczęście, ta euforia... wszystko to, co daje siłę na kolejnych kilka miesięcy. Aż w końcu przychodzi myśl i już wiesz, że została wam ostatnia prosta do przejścia.



Teraz szykujemy się do wspólnej majówki, więc możliwe, że po niej (i po maturach) pojawi się kolejny post z serii. :) 

czwartek, 28 kwietnia 2016

Seriale – taki dziwny fetysz czy coś więcej?

źródło
Właśnie zdałem sobie sprawę, jak wielką wartość mają seriale. Tak tak, to nie wynik zbyt długiego czytania książki bądź całonocnego grania w ulubioną produkcję, dobrze przeczytaliście! Seriale to wartość, a konkretniej to, co przez siebie nam przekazują, kogo "wypychają" na światło dzienne. Ich wartość artystyczna jest niepodważalna. To przemyślenie nasunęło mi się, gdy oglądałem pierwszy odcinek nowego sezonu Gry o Tron. Kilkoro z was mogłoby mi powiedzieć, że to jedynie wynik nostalgii i stęsknienia za ulubioną gromadką bohaterów, i pewnie te osoby miałyby rację. Prawda jest nieco głębsza i postaram się wyjaśnić, jak to widzę.
źródło
Po pierwsze – czym tak na prawdę są seriale? W uproszczeniu można by rzecz, że są to poszatkowane filmy. Pocięte na odcinki tworzą w zestawieniu wszystkich swoich sezonów spójną całość. Niekiedy jednak taka konstrukcja założenia serialu ma na celu jedynie dojenie pieniędzy od wiernych fanów. Przykładem jest wieczne żywa "Moda na Sukces", która nie ma (bądź nie miała, nie jestem w temacie i nie wiem, czy ten twór nadal jest prowadzony) absolutnie żadnej ciągłości fabularnej, oprócz rozmazanych już na przestrzeni lat powinowactw pomiędzy postaciami. Twórcy to cwane bestie i zdają sobie doskonale sprawę, że serial ten był/jest ogromnie popularny.

Zaczynając z początku, jak każdy normalny serial, który rozciąga wątki z odcinka na odcinek, pozwalają sobie na coraz śmielsze kroki i nienaturalnie wydłużają jeden, nawet najbardziej błahy wątek, na kilka bądź kilkanaście odcinków, byleby tylko utrzymać widza przed ekranem. To zabieg socjologiczny. Igranie na emocjach, które żywimy do fikcyjnych postaci. Sztuką jest więc wiedzieć, kiedy skończyć serial, by był on spójny i naturalny. W filmie mamy mniej roboty, gdyż wszystko rozciąga się do zaledwie dwóch czy trzech godzin. Nie musimy zapamiętywać wątków sprzed wielu sezonów i ich kontynuować, gdyż mamy jedną, ciągłą opowieść. Cytując klasyka "Trzeba wiedzieć, kiedy niepokonanym ze sceny zejść"...

Aktorstwo to – moim i chyba nie tylko moim zdaniem – trzon każdej produkcji filmowej, tudzież teatralnej. Bez aktorów nie byłoby komu "tworzyć" naszych ulubionych postaci. W filmach z roku na rok dostrzegam regres i powolny rozkład pod tym względem. Rzecz jasna, odnoszę się do kina popularnego, nagłaśnianego, gdyż w niszowych produkcjach można nadal znaleźć aktorów, w których widać pasję już w momencie, gdy otwierają usta. Niedawno oglądany przeze mnie film Pacific Rim sprzed dwóch lat utwierdził mnie w przekonaniu, że twórcy zaczynają żerować na żądnej akcji naturze człowieka. To nic złego, że pragniemy wartkiego przebiegu fabuły. To nic złego, że lubujemy się w przemocy i wybuchach na ekranie. To wszystko to element immersyjności sztuki, jaką jest kino!

Gorzej, gdy twórcy, widząc degenerację gustu u mediany widzów na świecie, postanawiają swoje dzieła uprościć pod nich. Przestają oni wtedy tworzyć dzieła, a zaczynają robić produkt. Produkt na masową skalę, jak paprykarz czy, za przeproszeniem, papier do podcierania czterech liter. W serialach, a w każdym razie w większości tych, które oglądam, każdy aktor ma coś ciekawego do zaprezentowania. Bryan Cranston, Michael C. Hall, David Zayas czy David Mazouz to tylko kilkoro z tych, którzy w każdej serialowej scenie wyrywają ze swoich piersi dusze i rzucają je przed nas, całkowicie aktorsko odsłonięci. Może być to też efekt...
źródło
... tej długoterminowości seriali, o której wspomniałem. Seriale pozwalają autorom na odpowiednie rozwinięcie i poprowadzenie aktorów. Dzięki temu ci mają szansę rozbudować swoją rolę i jak najlepiej nas jej nauczyć. I to sprowadza mnie do wniosku, że czas działa na korzyść wszystkiego. Czas to najlepszy sojusznik rzemieślnika, który w pocie czoła naprawia skomplikowany pod względem mechaniki zegar z kukułką. Ten sam czas pozwala naszym mamom czy tatom przygotować nam smaczny, a nie przypalony obiad, a aktorom stworzyć wiarygodne odbicia swoich ról. Reżyser pozwala nam kroczek po kroczku zapoznać się z postacią, przyzwyczaić do niej i pokochać ją bądź znienawidzić. Dużo mocniej można w ten sposób oddać emocje i motywy kierujące daną osobą. Jest to cecha, której film nigdy nie zaadaptuje, gdyż w dwóch godzinach nie da rady zmieścić ambitnego rozwinięcia postaci. Mamy tylko ogólnikowe dane, kilka rozmów, które wprowadzają nas mniej więcej w życiorys bohatera do momentu rozpoczęcia filmu i aż do jego zakończenia.
źródło
Powiecie – jest wiele naprawdę dennych seriali, jak te wszystkie telenowelowate szmiry, które tak samo jak Moda na sukces specjalnie przeciągają swój żywot, żerując na ludzkim przywiązaniu. Cóż – dopóki mają one widzów, to ich istnienie mi się podoba. Każdy ma prawo oglądać to, co sprawia mu przyjemność. Zgodzę się jednak w tym, że nie zawsze są to projekty wybitne, a jednak zawsze wciągające i angażujące emocjonalnie, czego nie można powiedzieć o każdym filmie. Można zaledwie o nielicznych. Oglądanie tego czy tego w żaden sposób nie definiuje nas jako konesera, gdyż gust jest... jak by ująć to obrazowo... jak dupa – każdy ma własną. Nikt z nas się od niej nie uwolni, tak samo jak nie uwolni się od swojego gustu. Choćby się go wstydził i próbował oduczyć, to właśnie to coś, w czym ma upodobanie, będzie ruszało jego serce.

[SPOILER DLA WIDZÓW GOTHAM]

W mojej opinii to seriale są formą nadsztuki. Oczywiście zrobione z należytym pietyzmem i podejściem pełnym pasji, a nie tylko chorej gonitwy za pieniądzem i naciąganiem widza. Teatr pokazał nam, że w opowieści fabularnej, takiej, którą mamy możliwość obejrzeć, najważniejsze jest aktorstwo. Nawet najgorsza fabuła obroni się, gdy będzie prowadzona przez utalentowanych ludzi. Sztuką jest stworzyć wiarygodnych bohaterów. Sztuką jest nam nakreślić, a wręcz odkrywać karta po karcie ich profile osobowościowe. To jednak nic. Artyzmem wręcz, a nie tylko sztuką, jest stworzenie ciągłej, angażującej fabuły, która trwać może nawet kilkanaście i kilkadziesiąt godzin, w zależności od długości serialu. Nie pytajcie więc, dlaczego zacząłem je oglądać i dlaczego mnie fascynują... Po prostu kocham sztukę. 

środa, 27 kwietnia 2016

As na stronie #20

Jestem w trakcie czytania książki Niny George Księżyc nad Bretanią, dopiero przerzuciłam 120 stronę, a już mam zaznaczoną całą masę cytatów! Obawiam się, że nie zmieszczę się z nimi w jednym poście z serii As na stronie, więc już przed recenzją podaruję Wam kilka smaczków... Ta książka to naprawdę kopalnia cudownych cytatów!

Moja! (...) To była moja śmierć, moja i nikogo innego! Panu nie wolno było mi jej odbierać!
Czy nie powiadają, że piękno to stan duszy? A gdy dusza jest kochana, wtedy każda kobieta zmienia się w zachwycającą istotę, nawet ta najbardziej przeciętna. Miłość odmienia dusze kobiet i stają się piękne, tylko na chwilę albo na zawsze.
Zrozum, musisz słuchać, gdy kraina do ciebie przemawia. Kamienie opowiadają o duszach, które płakały, gdy je mijały. Trawa szepcze o ludziach, którzy po niej szli. Wiatr niesie ku tobie imiona tych, których kochałaś. A morze zna imiona wszystkich zmarłych.
Bardzo chciałabym mieć takiego syna jak ty. Tańczyłabym z tobą do dźwięków opery. Dałabym ci miłość, żebyś i ty umiał kochać.
Wiecie, co jest najtragiczniejsze w wydłużającej się oczekiwanej długości życia? (...) Że ma się więcej czasu na bycie nieszczęśliwym.
Czasem dostrzega się w twarzach innych swoje marzenia i swoje lęki.
(...) jego uczucie było szczere, głębokie i czyste. No może nie tak do końca czyste: oczywiście, że chciał się z nią przespać. Ale przede wszystkim chciał z nią być. Każdego dnia. Każdej nocy.
Każda suknia to jakieś wspomnienie. Wspomnienie wieczorów, gdy się je nosiło, wspomnienie miłości, kłótni, radości (...).
(...) brakuje ci miłości. Pamiętasz w ogóle, co to miłość? Takie uczucie, z powodu którego ludzie robią głupstwa albo stają się bohaterami? Żadna sztuka świata nigdy nie odwzajemni ci się miłością, Yannie. Wkładasz wszystko, co masz, w sztukę, ale ona nic nie daje ci w zamian. Zupełnie nic.
Nie bądź takim tchórzem. Zakochaj się! Otwórz oczy, otwórz serce, przestań być tak cholernie nieśmiałym pustelnikiem i zacznij zachowywać się jak idiota.
Miłość. Uczucie, które staje się szczególnie ważne w obliczu śmierci –  na przykład gdy samolot wpada w turbulencje. Gdy miłość odchodzi, jesteś jak na odwyku, jakby amputowano ci serce i głowę.
Brakuje mi jej. Miłości. Bycia kochanym. Twarzy, która szuka cię przez sen. Kogoś, z kim jestem cały. Kogoś, kogo twarz chciałbym widzieć, zasypiając na zawsze. Kogoś, kto jest moim domem.

wtorek, 26 kwietnia 2016

The Killing Joke – Co tak poważnie? [ZAPOWIEDŹ]

źródło
Niedawno zapowiedziałem wam premierę filmu na podstawie uniwersum Batmana pt. Suicide Squad. Z pewnością pamiętacie, mówiłem o tym o TUTAJ. Dziś pragnę przedstawić wam pozycję niezwykle temu filmowi bliską, gdyż stworzoną na kanwie tego samego świata, a nawet jemu bliższą, gdyż na podstawie komiksu z 1988 roku, pt. The Killing Joke, czyli na słowiański Zabójczy Żart w reżyserii Sama Liu. Film ma przedstawiać nam kolejną historię kontynuującą wieloletni konflikt Batmana i Jokera.


Tytuł: The Killing Joke
Reżyser: Sam Liu
Premiera: 2016 (bliżej nieokreślona)


Książę Zbrodni postanawia postrzelić córkę komisarza Gordona, Barbarę, przez co pozbawia ją czucia w dolnych kończynach. Rozbiera ją, a następnie fotografuje jej nagie, bezbronne ciało. Zapytacie po co? Jest to kolejny element jego planu złamania najszlachetniejszych Gotham, w tym właśnie niestrudzonego komisarza Jima Gordona. Batman ma za zadanie uratować Jima i pomścić hospitalizowaną Batgirl (Barbarę Gordon).

Czytałem komiks wiele miesięcy temu i wywołał on we mnie naprawdę mieszane odczucia. Jest to, moim zdaniem, najlepszy, najbardziej klimatyczny komiks z Batmanem i Jokerem w rolach głównych, a także najbardziej pokręcony i brutalny ze wszystkich, jakie widziałem. Klimat jest ciężki i pełen mroku. Czujemy, że wraz z porwanym jesteśmy przez Jokera torturowani i podłamywani psychicznie. Czułem się prawdziwie zmęczony, czytając ten komiks. W tym samym jednak momencie przyszła niezwykła ekscytacja i chęć poznania dalszej części tej chorej opowieści, no i jej koniec. Nic dziwnego więc, że ostatnie informacje wskazują na to, że film na podstawie tak mrocznej twórczości dostanie kategorię R, co znaczy tyle, że poniżej osiemnastego roku życia nie powinniśmy oglądać filmu bez obecności rodziców. Przygotujmy się na psychodeliczne i traumatyczne doświadczenie.
źródło
Komiks, tak samo jak już niedługo film, to kontrowersyjna odsłona Człowieka Nietoperza nie tylko ze względu na szeroko pojętą przemoc i psychologiczne ogrywanie czytelnika. Przedstawiona jest w nim niekanoniczna, ale jedna z pierwszych wersji pochodzenia Jokera. Jego historia, tak samo jak wszystko w tym komiksie, jest niezwykle tragiczna, ale nie będę wam jej zdradzał. Jest zbyt intrygująca. Cytując Jokera "Don’t spoil the fun HA! HA! HA!". Powiem jedynie, że nasz Klaun był słabo zarabiającym komikiem-nieudacznikiem. Co popchnęło go do stania się tym, czym będzie przez następne lata? Zapraszam na premierę.


Następną sprawą o której warto tutaj wspomnieć jest obsada głosowa. Całe szczęście nie będziemy w tym przypadku raczeni dubbingiem. Zabiłoby to cały klimat oryginalnej plejady gwiazd głosowych, takich jak Mark Hamill (podkładający głos pod Jokera od lat 90) i Kevin Conroy, który po raz kolejny wcieli się w postać Mrocznego Rycerza. Zapraszam do obejrzenia poniższych próbek głosowych, aby ocenić, czy rzeczywiście mam rację, będąc tak podekscytowanym na wieść o udziale tych właśnie ludzi w tworzeniu zbliżającego się filmu...


Film animowany, bo właśnie tym będzie Zabójczy Żart, zapowiada się świetnie. Widać, że jest robiony od fanów dla fanów, z należytą czcią godną klasyka i z pieczołowitością. Jedyne, co mogę na ten moment powiedzieć, to że nie mogę się doczekać jego premiery i będę wyglądał kolejnych informacji. W ostatnich czasach brak wartościowych filmów animowanych na podstawie komiksów, szczególnie takich brutalnych i dojrzałych, jak właśnie The Killing Joke.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Don't Starve – czasoumilacz czy pełnoprawna produkcja?

 źródło
źródło
Ostatnimi czasy zauważyłem, że gałęzią branży gier, której powinniśmy się wszyscy przyglądać z zaciekawieniem, są tak zwane "indyki" – gry małych studiów o niskim budżecie. Są one ciekawym i smacznym daniem, również w świecie wirtualnej rozgrywki. Wierzę, że przepych i nasycenie pieniądzem oraz popularnością potrafi zamienić niektóre studia w fabryki masowej produkcji, wypluwające kolejne gierki co rok, byleby, mówiąc kolokwialnie, hajs się zgadzał. Gra nie jest młoda, a ja nie jestem odkrywczy, ale chciałbym przedstawić wam produkcję typu survival pt. Nie zagłódź się! (Don’t Starve studia Klei Entertainment, ale lubię być oryginalny).
 źródło
źródło

Quo Vadis?

Z początku chciałbym nadmienić, iż grę zakupiłem i ogrywałem na platformie Steam. Nabyłem ją po promocyjnej cenie w jednym ze świątecznych bundli. A o czym ona jest? Właściwie to o niczym konkretnym. Nasza postać, a raczej jedna z wielu do wyboru, które odblokowujemy wraz ze zdobywanym przez nas doświadczeniem, ląduje pośrodku nieznanego sobie terenu. Bez broni, bez jedzenia, a jedynie z jakimś jednym, unikatowym atrybutem i garścią równie unikalnych umiejętności. Cel jest taki: musimy przetrwać.
Tytuł jest tu podpowiedzią: nie zagłódź się. To właśnie staramy się robić podczas rozgrywki. Tworzymy bronie, obozowiska, polujemy, walczymy z przeciwnościami rzucanymi przez Matkę Naturę i udajemy, że jesteśmy odważni. Cień skrywa jednak wiele tajemnic. Sądzę, że nie zależy nam na tym, aby się przekonać, jakież są to tajemnice, dlatego też za dnia rąbiemy drzewo i zbieramy chrust na ognisko, a także robimy inne, potrzebne w rozwoju rzeczy by w nocy koczować przy ognisku, do którego dorzucamy co jakiś czas przeznaczone do tego ingredienty. Nie chcecie być w Don’t Starve z dala od ogniska, gdy zapadnie ciemność. Osaczają nas wtedy nieokreślone kształtem demony, które po kilku sekundach zabijają nas, zostawiając ciało pośrodku obcego pustkowia.
źródło

Kreska jak w Avon...

Mrocznie, co? Pozory jednak mylą, gdyż Don’t Starve to niezwykle przyjazna, nieociekająca krwią czy cycem gra. Grafika została stworzona w komiksowej, niezwykle ciekawej konwencji. Cieszy oko, szczególnie, że jest karykaturalna i często prześmiewcza. Wygląda nieco jak... umysł szaleńca: barwna, ale powykręcana i niesamowicie dziwna kraina. Wszystko otacza utrzymujący nas w, tak jak wspomniałem, komiksowej aranżacji kontur. Modele są zrobione z dbałością o detal, kontrastującą z hiperbolicznym podejściem do fizyczności postaci. Są one przerysowane, groteskowe i dzięki temu właśnie, tak jak wszystko w tej grze, wyglądają ciekawie, intrygująco i nie nudzą oraz nie męczą zmysłów. A rześkość wzroku wam się przyda, gdyż gra niezwykle wciąga i na jednej bądź dwóch godzinach rozgrywki może się nie skończyć.
źródło

Symulator człowieka

Nie ma co mówić tutaj o systemie walki bądź rozbijać poszczególnych mechanizmów na części, gdyż stanowią one całość i należy odkrywać je samemu. W tym punkcie jedynie przybliżę możliwości, jakie daje nam ta gra. Jest ich naprawdę sporo. Zaczynamy, dla przykładu, z zapalniczką w garści, by po kilku godzinach stać pośrodku obozowiska otoczonego kamiennym murem. Wyposażeni w pancerz i broń nie boimy się napadających nas wilków, drzewców czy innego tałatajstwa kroczącego po tym świecie.

Z pomocą warsztatów alchemicznych, rzemieślniczych i wielu innych jesteśmy w stanie tworzyć przedmioty, które określą pogodę następnego dnia, ochronią nas przed deszczem, poprawią nastrój, czy też lepiej zabezpieczą. Z wieczora kierujemy się w stronę zastawionych własnoręcznie pułapek na króliki, wyjmujemy długouchych i zabijamy, by przy ognisku upiec i zjeść, przeżywając kolejny dzień. Dla osoby, która to czyta, może wydawać się nudne, gdyż cykliczność jakichś akcji przysuwa nam na myśl stagnację. Tak nie jest. Każdego dnia mamy jakieś dążenia. Chcemy wybudować kolejny mur, zwiedzić kolejny fragment losowo tworzącej się, ogromnej mapy, złapać to i to, poznać taką i taką technologię, znaleźć wrota Maxwella, tajemniczej postaci, która nas w tym świecie zamknęła i wiele, wiele innych.

Co jest  najciekawsze w tego typu grach? Otóż po "kilku tygodniach" w świecie przestajemy myśleć o tym, by po prostu przetrwać. To nas nudzi. Gdy osiągniemy już życiową stabilność i nauczymy się zasad tego świata, tworzymy nowe cele, pragniemy rozwoju. Ta gra to niezwykle dobry symulator człowieka. Gdy rozwinęliśmy się na tyle, by dać sobie relatywnie spokojne życie, zaczęliśmy szukać sposobów, by je sobie ułatwić, bądź po prostu dążyliśmy do interesujących nas odkryć. Bo prawdą jest, że zanim skończą nam się pomysły na dalszą rozgrywkę, to miną dziesiątki, a dla prawdziwych maniaków setki godzin spędzonych przy tej grze.
źródło

Osobiste odczucia

W Don't Starve grało mi się niezwykle płynnie i przyjemnie. Z początku wydawało mi niezobowiązującą produkcją, która wypełni mi czas oczekiwania na inne, poważniejsze tytuły. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy miast wypełniać lukę, zajęła mi ona połowę czasu spędzanego przy komputerze. Nadal do niej wracam, często odstawiając na bok takie gry jak Fallout 4, Dragon Age: Inkwizycja czy nawet Wiedźmin 3. Gdy mam dość przepychu i poważnych, nurtujących historii, siadam do Don’t Starve i staram się przeżyć jak najdłużej, a każda rozgrywka przynosi coś nowego i ciekawego do ogólnej puli doświadczeń.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Tygodniowa wycieczka

W minionym tygodniu mogliście przeczytać:

Poniedziałek

Nie czytam książek...

Na wszystko znajdzie się jakieś wytłumaczenie. Jak to mówią, "paluszek i główka to szkolna wymówka"... Wychodzi na to, że nie tylko szkolna, ale też czytelnicza. Mówią, że 63% Polaków nie przeczytało żadnej książki. Ostatnio czepiałam się, że badanie było przeprowadzone na grupie 3 tysięcy osób – okej, rozumiem, że jest to grupa reprezentatywna, ale nie powinno się mówić że "Polacy nie czytają", bo żeby sprawdzić akurat to, trzeba by przepytać każdego obywatela (a jak wiadomo, to wymaga sporego nakładu pieniędzy). Mogłabym teraz napisać, że "zapytałam Polaków, dlaczego nie czytają książek", ale ja zapytałam kilku osób – obcych i bliskich, przypadkowych i nieprzypadkowych. Jakie "szkolne wymówki" były używane najczęściej? ...czytaj więcej

Wtorek

As na stronie #19 – cytaty z książek Chcę cię usłyszeć Diane Chamberlain i Linia serc Rainbow Rowell.

(...) Czy miłość wystarczy. Czy ktokolwiek zna odpowiedź na to pytanie? Ono jest idiotyczne. Przecież kiedy już się zakochasz, kiedy już przytrafi ci się ten cudowny stan, jak można pytać, czy to wystarczy by cię uszczęśliwić?
– Ale to się przytrafia całej masie ludzi (...). Miłość nie zawsze wystarczy... czytaj więcej



Środa

Fallout 4 – radioaktywne piękno, czy to możliwe?

Kontynuacje lubianych i uznanych serii zawsze mają niecodzienne, mówiąc delikatnie, towarzystwo. Krok w krok za sequelami idą dwaj partnerzy – zbyt wysokie oczekiwania oraz coś, co zwę "syndromem prawdziwego fana". Minęło siedem lat. Wystarczająco dużo aby narastały plotki, że kontynuacji tej gry w ogóle nie będzie. Życie potrafi jednak zaskakiwać i w roku 2015 wyszedł sequel postapokaliptycznego piekiełka studia Bethesdy Softworks pt. Fallout 4. Czy była to kontynuacja udana i sprawiła mi, jako fanowi poprzednich odsłon, przyjemność? Zagłębmy się w to... czytaj więcej

Czwartek

Suicide Squad – oby nie był samobójczym strzałem w głowę! [ZAPOWIEDŹ]

Dzisiejszy wpis będzie krótki, gdyż jest on zapowiedzią pewnej filmowej produkcji, na którą nie omieszkam się udać. Jak już wspominałem kilka razy we wcześniejszych moich postach, jestem wielkim fanem Batmana. Czytuję komiksy, oglądam filmy – również te animowane – gram w gry etc, etc. Nie mogłem więc przejść obojętnie, gdy parę ładnych miesięcy temu dowiedziałem się o zbliżającej się wielkimi krokami premierze filmu reżyserowanego przez Davida Ayera pt. Legion samobójców (lub, jak kto woli, Suicide Squad)... czytaj więcej



Piątek

Pokuś się o nutkę elektryzujących doznań

Skusiłam się sięgnąć po emocje inne niż zazwyczaj. Skusiłam się przeżyć pewien fragment niezwykłej codzienności, tak zachwalany przez wiele kobiet za granicą i w kraju... Skusiłam się na Pokusę, pierwszą część erotycznej trylogii Uwikłani, której okładka przyciąga wzrok każdego i nawet ona jest "lepsza od Greya"... czytaj więcej





Sobota

Objawy wiosny

Wiosna jest jedną z najpiękniejszych pór roku, zarazem jedną z moich ulubionych. Nie może ona więc być łatwa do zrozumienia, nie może się objawiać po prostu kwitnącymi kwiatami. Nie, ona jest złożona, zupełnie jak kobieta... czytaj więcej


sobota, 23 kwietnia 2016

Objawy wiosny

Wiosna jest jedną z najpiękniejszych pór roku, zarazem jedną z moich ulubionych. Nie może ona więc być łatwa do zrozumienia, nie może się objawiać po prostu kwitnącymi kwiatami. Nie, ona jest złożona, zupełnie jak kobieta.

Wiosnę odczuwam każdego roku już na początku marca, bowiem objawia się zapaleniem zatok, niemożnością złapania oddechu, płucami spragnionymi wiosennego powietrza – czystego, wolnego od dymu i spotęgowanej ilości spalin. Gdy zatoki uwalniają mnie ze swojego torturującego uścisku, wiem, że wiosna już jest. Gdzie? Za rogiem? Na następnej ulicy? Na strychu? W piwnicy? Gdzieś musiała się schować. Gdy już mogę odetchnąć pełną piersią, czuję ten charakterystyczny zapach jej perfum... Termometr się szybko nagrzewa po nocy, a ja mam ochotę rozpiąć płaszcz – jak wszyscy w koło. Ale nie, nie mogę, o te zatoki trzeba jeszcze trochę dbać, bo kwiecień-plecień. 

Ale ale, gdy już nie chce mi się spać po ciężkim dniu, gdy odczuwam przerastającą mnie chęć wyjścia na rower czy rolki, wiem – ona już jest. Nie tylko ją czuć, ale widać. Widzę ją, przejeżdżając obok parku, widzę ją na działkach, na mieście, w ludziach... Bo ludzie się tak pięknie uśmiechają wiosną, wiecie? Wiosna jest dowodem na to, że życie nie składa się z samych ponurych momentów. Wiosną ludzie promienieją, nawet gdy słońce chowa się za chmurami, nawet gdy burza szaleje za oknami; wiosną ludzie pięknie żyją, pięknie patrzą, pięknie mówią. A słyszeliście, jak wiosną ludzie wyznają miłość? Fakt, zimą czuć w tych wyjątkowych słowach ciepło, rządzę rozgrzania się gorącą herbatą czy przytuleniem. Ale wiosną... wiosną ludzie pięknie mówią, jakby wierszem, jakby z serca, jakby tworzyli poezję uczuć. Uczuć tak pięknych i złożonych, jak ta pora roku. 

Dotyk przypomina muśnięcie wiosennego wiatru, który chce się czuć wszędzie – na twarzy, odkrytych ramionach, większym dekolcie... Może to właśnie to poczucie intymności sprawia, że ludzie otwierają się na siebie, widzą i czują więcej. Wiosną zauważamy więcej zakochanych par, spacerujących po kolorowych parkowych ścieżkach, wiosną strzelają miejskie fontanny. Nikt nie grymasi, nie ucieka w inny świat, zakładając na uszy słuchawki... 

Ach, wiosna. Wiosna to taka pora, która wbija się w szpik kostny, wchodzi do serca i na wierzch wyciąga duszę.

piątek, 22 kwietnia 2016

Pokuś się o nutkę elektryzujących doznań






Tytuł: Pokusa
Cykl: Uwikłani
Autor: Laurelin Paige
Wydawnictwo: Kobiece







Skusiłam się sięgnąć po emocje inne niż zazwyczaj. Skusiłam się przeżyć pewien fragment niezwykłej codzienności, tak zachwalany przez wiele kobiet za granicą i w kraju... Skusiłam się na Pokusę, pierwszą część erotycznej trylogii Uwikłani, której okładka przyciąga wzrok każdego i nawet ona jest "lepsza od Greya".

Młoda Alayna właśnie skończyła studia, obroniła tytuł MBA i może zacząć własne życie, z dala od problemowego brata i swojej przeszłości. Pracuje w klubie nocnym, co jest jej ogromną pasją. Zdolna, niesamowicie inteligentna i pomysłowa dziewczyna marzy o awansie na stanowisko menedżera i – trzeba przyznać – zasłużyła na nie. Może się wydawać, że atrakcyjna młoda kobieta jest pozbawiona jakichkolwiek wad i obaw, jednak ona panicznie boi się mężczyzn, a raczej własnej obsesji...

Nieoczekiwanie do klubu przychodzi młody i przystojny mężczyzna w garniturze, zamawia drinka i przygląda się wszystkiemu i wszystkim, zwłaszcza Alaynie za barem. Hudson Pierce znany jest w świecie show-biznesu dzięki zaskakującym jak na swój wiek osiągnięciom, które postanowił teraz zwiększyć przez wykupienie baru, w którym pracuje Alayna. Jak się okazuje, Hudson oczekuje od niej czegoś więcej, składa propozycję "pracy po godzinach" z niemałym wynagrodzeniem... Jakby tego było mało, on również ma swoje tajemnice, skrywane głęboko w sobie grzechy przeszłości. Czy to przeszkodzi im w zrealizowaniu planu?
Ależ jesteś wyjątkowa (...). I to bardziej, niż potrafisz sobie to wyobrazić. Bo ja bardziej, niż chcę cię posiadać, nie chcę cię zniszczyć. To u mnie postęp.
Może się wydawać, że Uwikłani. Pokusa to powieść podobna do Greya: szara myszka i miliarder, problemy psychiczne... Jednak hasło reklamowe "lepsze od Greya" – muszę przyznać – jest prawdziwe. Nie jest to wybitne dzieło literatury (tym bardziej erotycznej, chociaż na ten temat wypowiadać się nie powinnam, bo dużego zaplecza w tym rodzaju nie mam), jednak czytało mi się przyjemnie i nie miałam ochoty porzucić jej po kilkunastu stronach... Fakt, jest to jedna z niewielu książek, których nie zabierałam ze sobą do autobusu, ale nie dlatego, że bałam się reakcji ludzi na tę zmysłową i jednoznaczną okładkę, tylko że po prostu nie chciałam, by ktoś widział moje wypieki na twarzy. I, przyznaję otwarcie: ta historia potrafi wywołać uczucie przyjemnego gorąca. Sceny erotyczne są opisane bardzo delikatnie, bez nadmiernego wulgaryzmu czy przegadywania tematu. Być może miejscami było "aż za dobrze", jednak to jest to, co kobiety lubią – przekraczanie granic, łamanie schematów.

Chociaż Pokusa to erotyk, nie skaczemy od jednej sceny seksu do drugiej, ale bierzemy po prostu udział w życiu dwóch osób, które pracują, mają rodzinę i znajomych... Fakt, zauważyłam, że po zbliżeniu się do siebie tej dwójki praca Alayny zeszła trochę na drugi plan, zastanawiałam się nawet, czy ona jeszcze w ogóle pracuje, z kolei biznes Hudsona kręcił się jak szalony... Później jakby autorkę olśniło i przypomniała sobie, ze pominęła jeden mały szczegół. Na szczęście. W dodatku poza sprawami łóżkowymi dowiadujemy się wiele o przeszłości i portrecie psychologicznym dwóch głównych postaci. Spodobało mi się to łączenie wątków, wyszło bardzo naturalnie i interesująco. Chciałam czytać, chciałam dowiedzieć się, co będzie dalej i co wyniknie z ich relacji, mając na uwadze trudną przeszłość obojga bohaterów. Muszę również powiedzieć, że (jak na ten rodzaj literatury) ciekawie została stworzona postać matki Hudsona – bezuczuciowej, bezlitosnej, wręcz wyrachowanej kobiety, która nie interesuje się nikim we własnej rodzinie. 

Dobrze czasami ochłonąć po upalnym dniu, tak więc i w tej historii dobrze odpocząć od scen namiętnego, zaskakującego i niespodziewanego seksu... wszędzie. Wszystkie historie z życia wzięte pełnią właśnie taką funkcję, a czytelnik brnie wgłąb opowieści i zbliża się do bohaterów, chcąc doświadczać z nimi więcej i przeżywać więcej. Nie chodzi tylko o to, by zgadnąć, gdzie będzie rozgrywała się kolejna pikantna scena, ale też jakie skutki będzie miało postępowanie Alayny czy Hudsona. Prawdą jest, że książka wciąga z każdą stroną coraz bardziej i nie mogę się doczekać, aż w końcu – już niedługo – sięgnę po kolejną część. 

Mam nadzieję, że również dacie się skusić tej elektryzującej historii i pozwolicie jej wkraść się na dwa wieczory do waszego życiorysu.

czwartek, 21 kwietnia 2016

Suicide Squad – oby nie był samobójczym strzałem w głowę! [ZAPOWIEDŹ]

źródło
Dzisiejszy wpis będzie krótki, gdyż jest on zapowiedzią pewnej filmowej produkcji, na którą nie omieszkam się udać. Jak już wspominałem kilka razy we wcześniejszych moich postach, jestem wielkim fanem Batmana. Czytuję komiksy, oglądam filmy – również te animowane – gram w gry etc, etc. Nie mogłem więc przejść obojętnie, gdy parę ładnych miesięcy temu dowiedziałem się o zbliżającej się wielkimi krokami premierze filmu reżyserowanego przez Davida Ayera pt. Legion samobójców (lub, jak kto woli, Suicide Squad).



Tytuł: Legion samobójców (Suicide Squad)
Reżyser: David Ayer
Premiera: 5 sierpnia 2016 (Polska). 3 sierpnia 2016 (świat)



Grupa psychopatów i wyrzutków społeczeństwa, znanych fanom tego uniwersum, dostaje szansę na odkupienie, w zamian za wykonanie pewnej niezwykle niebezpiecznej misji. Mamy tutaj cały wachlarz ciekawych postaci takich jak Joker (Jared Leto), Harley Quinn (Margot Robbie), Killer Croc (Adewale Akinnuoye-Agbaje) czy Deadshot (Will Smith), a także sam Batman grany przez sprawdzonego już w tej roli Bena Afflecka! Ta niezwykła paleta barw aktorskich jest wzbogacona tajemniczością i wyjątkowością filmu, leżącą w teoriach spiskowych na jego temat.

Czy Joker to na pewno Joker w tym filmie? Czy Jared Leto poradzi sobie z rolą? Mnie osobiście ten film intryguje z wielu innych, nieco bardziej osobistych powodów. Jednym z nich jest niezwykła sympatia do pełnej sprzeczności i nieobliczalności postaci Jokera, która ma w sobie tyle charyzmy i "giętkości fabularnej", że bez problemu od lat jest wplatana w nowe, coraz ciekawsze opowieści o Batmanie. Trzymam kciuki za Jareda, gdyż niezwykle ciężko będzie mu przebić Jacka Nicholsona oraz Heatha Ledgera, którzy odegrali rolę Księcia Zbrodni niezwykle podobnie do komiksowego pierwowzoru.

Po co tak na prawdę zostaje utworzony Suicide Squad? Tego wszystkiego dowiemy się już 5 sierpnia tego roku. Wy oczywiście możecie spodziewać się długiej i wnikliwej recenzji tego niezwykle intrygująco zapowiadającego się filmu...

PS: O ile cenicie sobie takie rzeczy jak klimat i immersję tego typu, bądź co bądź dość mrocznych produkcji, to idźcie na film z napisami bądź lektorem. Podziękujecie po premierze.


środa, 20 kwietnia 2016

Fallout 4 – radioaktywne piękno, czy to możliwe?


Kontynuacje lubianych i uznanych serii zawsze mają niecodzienne, mówiąc delikatnie, towarzystwo. Krok w krok za sequelami idą dwaj partnerzy – zbyt wysokie oczekiwania oraz coś, co zwę "syndromem prawdziwego fana". Minęło siedem lat. Wystarczająco dużo, aby narastały plotki, że kontynuacji tej gry w ogóle nie będzie. Życie potrafi jednak zaskakiwać i w roku 2015 wyszedł sequel postapokaliptycznego piekiełka studia Bethesdy Softworks pt. Fallout 4. Czy była to kontynuacja udana i sprawiła mi, jako fanowi poprzednich odsłon, przyjemność? Zagłębmy się w to.

Dwieście wiosen temu...

Gra rozpoczyna się o poranku, gdyż nasz przystojny bohater/piękna bohaterka stroją się przy lusterku ze swoją drugą połówką. Dzień jak co dzień. Śniadanie, zabawa z dzieckiem, parzenie kawy przez robota-lokaja i takie tam, typowe, codzienne rzeczy. Wszystko przerywa wizyta urzędnika z Vault Tec, firmy, która na terenie USA stworzyła schrony atomowe z powodu rosnącego zagrożenia nuklearnego. Okazało się, że jako weteran wojenny mamy zagwarantowane miejsce w jednej z takich właśnie krypt. Krótką chwilę po jego wizycie w wiadomościach pada szokująca wiadomość. Wojna atomowa rozpoczęła się. Razem z rodziną uciekasz do Krypty 101, w której chcąc nie chcąc będziesz musiał przetrwać. Czyżby? Otóż, jak się okazuje, w tej konkretnie placówce wszyscy "goście" są zamrażani i przywracani do życia dopiero po jakimś czasie, gdy zagrożenie opadem radioaktywnym będzie niskie i będzie można wrócić na powierzchnię. Systemy jednak padają, a nasz bohater budzi się w jednej z takich kriogenicznych komór i bez możliwości zareagowania obserwuje, jak nieznani sprawcy zabijają jego żonę i odbierają jej malutkiego synka. Nasz cel jest jasny – wydostać się na powierzchnię, pomścić żonę i odebrać swoje dziecko. I tu właśnie wchodzimy w nasz postapokaliptyczny świat, dwieście, powtarzam dwieście lat po wybuchu wojny. Teraz dopiero możemy poczuć się staro.

Ale po co wam moje dziecko?

Fallout 1 i 2 oraz Tactics może nie zachwycały wątkiem fabularnym, ale był on bardzo wyczuwalny i immersyjny. Gdy nadeszła nowa generacja gier spod tego szyldu, którą otworzył Fallout 3, wyczułem, że fabuła schodzi na drugi, jak nie na trzeci plan. Jest ona tłem pod nasze działania na klimatycznych pustkowiach. Gdy więc nastąpiła premiera Fallout 4, nie spodziewałem się żadnych zmian w tej kwestii, ot historyjka, która nada choć odrobinę sensu moim wielogodzinnym wędrówkom po tym cierpiącym, zniszczonym świecie. Tym większe było moje zdziwienie, gdy fabuła nie tylko okazała się ciekawa, ale i zaskakująca, serwując niekiedy zwroty akcji, jakich bym się po tej grze nie spodziewał. Choć narracja nie jest idealna i czasami ciężko jest się nam wkręcić i poczuć więź emocjonalną z naszą postacią, która pchałaby nas do odnalezienie jego dziecka, to chce nam się przejść ten wątek główny. Chcemy dowiedzieć się, kto za tym wszystkim NAPRAWDĘ stoi, kto wykonuje rozkazy a kto pociąga za sznurki. Pragniemy poznać prawdę, do czego jest tym ludziom potrzebne nasze dziecko.

W przypadku poprzedniej odsłony nie potrafiłem się zaangażować ani też specjalnie zainteresować przereklamowanym i pretensjonalnym wątkiem fabularnym. W tej części twórcy robią dobrą robotę, wypełniając co do joty słowa z pudełka gry "Najambitniejsza gra studia Bethesda Softworks". Dobra robota, szkoda jednak, że konkluzja nadeszła tak późno. Nawet zadania poboczne, choć wyraźnie widać, że dałoby się wycisnąć z nich nieco więcej, stoją na wysokim poziomie. Choć nie brakuje prostszych zadań to możemy trafić na takie, które wciąga nas niekiedy mocniej niż wątek główny. Na takie też zadania trafiałem najczęściej. Tego spodziewałem się po Falloucie. Każda część oferowała, tak jak na grę o ludzkiej niegodziwości i woli przetrwania przystało, niezwykłe historie poboczne uzupełniające naszą wizję świata.

Nie wszystko złoto co świeci!

Fallout-4-dog-companion
http://www.gry-online.pl/S013.asp?ID=92469
Grafika w tej grze to temat nie tyle kontrowersyjny, co po prostu przegadany. Każdy ma swój gust, o gustach, rzecz jasna, warto dyskutować, ale są pewne obiektywne fakty, których nie można zakłamywać. Po premierze Wiedźmina 3 wszelkie graficzne standardy niezwykle wzrosły i bardzo często spotykam się ostatnio z opinią, że "po tym, co widzieliśmy w W3 to ta grafika wygląda biednie". To niezwykle krzywdząca i głupia opinia. W dodatku pełna fałszu. Grafika w Fallout 4 to nie najmocniejsza jego strona, ale nie jest to Minecraft albo Baldurs Gate. Szata graficzna to nie last gen a next gen, wliczając w to wszelakie zjawiska pogodowe, krople deszczu na powierzchniach, praca ubrań w ruchu, fizyka postaci, wszelkie wyglądające nieziemsko wybuchy i tak dalej, i tak dalej.

Animacje postaci może i kuleją, ale ich modele oraz wszelakie nakładalne elementy zrobione są bardzo dokładnie, wystarczająco detalicznie, aby dało się wskoczyć w buty naszego bohatera. W dzisiejszych czasach fani muszą być ciągle zaskakiwani, i to pod każdym względem. Każda gra ma być grą roku, która wyznaczy nowe standardy na rynku gier komputerowych. Dołóżmy do tego zbyt duże przykładanie wagi do wizualiów przez fanów 2000+ i mamy katastrofę, czyli w tym przypadku nękanie twórców na każdym z dostępnych mediów, że ich grafika, mówiąc kolokwialnie "ssie". Proszę nie dać się zbić z tropu takimi opiniami. Grafika w Fallout 4 jest niezwykle schludna i przyjemna dla oka, choć nie jest jakimś zauważalnym krokiem do przodu. Raczej dreptaniem w miejscu, ale że okolica ładna, to i dreptanie w miejscu może być urokliwe.

Wojna, wojna nigdy się nie zmienia

5gVghQT
http://i.imgur.com/5gVghQT.jpg
A jednak kilka zmian twórcom udało się wprowadzić! Chodzi mi konkretnie o zmiany w mechanice, gdyż teraz po ekwipunku poruszamy się o wiele wygodniej niż ostatnio. Za pomocą usprawnionego interfejsu potrafimy wygodnie przypisać sobie przedmioty do paska ulubionych, z których możemy korzystać w razie nagłej potrzeby. Interfejs, który każdy z fanów gry już zna, nazywa się Pip-Boy i występował w poprzedniej odsłonie, dlatego jeśli ktoś miał przyjemność grać w prequel, to odnajdzie się bardzo szybko.

Niestety brakuje tutaj obrazków wyglądu broni i pancerza oraz nieco dokładniejszego opisu poszczególnych statystyk, gdyż podmienianie ekwipunku bywa uciążliwe i nie jest tak płynne, jak byśmy tego chcieli. Kilkoro moich znajomych po jakimś czasie się do tego przyzwyczaiło, nawet przekonało, ale jak dla mnie to jest to spora bolączka tej gry, która zwalnia nieco jej szybkie tempo. Twórcy zadbali również o tych graczy, którzy niespecjalnie lubią kroczyć przez radioaktywną pustkę samotnie. Mamy teraz dużo większy wpływ na naszych towarzyszów, ich ekwipunek, zachowanie oraz uczucia względem naszej skromnej osóbki. Szeroki wachlarz ciekawych, często komentujących nasze decyzje bohaterów, pozwala nam na dobór odpowiedniego, najbardziej uzupełniającego nas rezuna i ruszenie z nim w drogę. Z moich własnych doświadczeń, pomimo faktu, że bardzo fajnie radzą sobie oni w walce, z jakiegoś powodu często znikają i wracają dopiero po jakimś czasie. Nie wiem, co wtedy robią i chyba wolę nie wiedzieć, ale hej! Każdy ma jakieś tajemnice, prawda? Tajemnicą jest też to, dlaczego pomimo dobrego, zagranicznego voice actingu wybrano system kołowy jako system dialogów w tej odsłonie. Znacznie spłyca on dialogi, nie daje nam zbyt wiele wyboru w kwestii odpowiedzi a także niekiedy rani naszą inteligencję. Wielokrotnie spotkałem się z opinią, że to największa wada gry. Nie widzę tak tego, choć rzeczywiście uwłacza ona godności serii i tej konkretnej gry. Chwałę za to przywraca możliwość tworzenia jak i modyfikacji swojego ekwipunku, przemalowywanie i różnorakie jego ulepszenia oraz zakładanie własnych osad, w tym wielkich neonów, domów, studni i wiele, wiele więcej. Jest to element gry dla bardzo wytrwałych i kochających tę grę graczy, ale nawet ja, choć nie poświęciłem temu tyle czasu ile, być może, powinienem, bawiłem się świetnie, eksperymentując z generatorami w celu wywołania śmiesznych, ruchomych neonów.

Celuj w głowę! Nie tę, tę drugą!

vaats
http://www.stuff.tv/game-reviews/fallout-4/review
System walki. Jak ja go kocham. Nie będę się zbytnio o nim rozpisywał, gdyż jest to zazwyczaj najmniej ciekawy punkt recenzji, ale pragnę jedynie powiedzieć, że w końcu jest on przyjemny. Fallout 3 dostarczał nam ciekawego, nieco innowacyjnego podejścia do tego segmentu rozgrywki, dając nam do dyspozycji system celowniczy V.A.T.S. Fallout 4 powraca do niego, ale w jak płynnym i odmienionym stylu. Postaci poruszają się podczas korzystania z tego wpływu, zmieniając naszą szansę trafienia w poszczególne kończyny. Walki poza tym wspomaganym systemem walki również są dużo bardziej rozbudowane, gdyż nasi wrogowie w końcu nie są bezwolnymi kukłami czekającymi na śmierć a w miarę bystrymi i spostrzegawczymi adwersarzami, którzy potrafią schować się za barykadą, ostrzeliwać nas na ślepo, rzucać granaty, czyli mówiąc krócej – wykorzystywać sytuację. Poprawił się również feeling strzelania, które teraz wchodzi tak przyjemnie, że nie zdarzyło mi się przez całą grę uciekać przed jakimś starciem bądź unikać go. Dzięki wielu stworzonym przez studio wrogom, takim jak zmutowane ogary, supermutanty, ghule, bandyci, muchy mięsne czy wygłodniałe psy, nie nudzimy się. Odwiedzamy kolejne miejsca i zastanawiamy się za każdym razem, co też ciekawego tam znajdziemy. Jaki nowy gatunek potwora spotkamy? Czy przeżyjemy? Całe szczęście tym razem zależy to również od naszych, graczy, umiejętności.

Płonie ognisko i szumią knieje...

original

Czyli muzyka i klimat tej produkcji. Jest to właściwie najważniejszy element każdej gry spod tego szyldu, gdyż bez tych dwóch składowych żaden Fallout nie byłby tym, czym się stał na przestrzeni lat. To jego surowy, mroczny klimat. Klimat pełen melancholii i wizji końca naszego świata, ale także świat pełen czarnego humoru i trudnych do przełknięcia historii. Czy twórcom udało się uchwycić tej cienkiej niteczki i pociągnąć ją na tryby swojej najnowszej produkcji? Ze spokojem w duszy odpowiadam, że tak. Muzyka stoi na niezwykle wysokim poziomie, dostarczając wrażenia niepokoju nawet w pozornie spokojnych sytuacjach. Nadaje wrażenia, że choć nasz bohater widzi świat tak naprawdę zniszczony, to wciąż czuje nadzieję na jego odbudowę. Podczas walki gra raczy nas emocjonującymi dźwiękami, które wskazują na to, że każda walka jest heroiczna, gdyż jest walką o przetrwanie. Na domiar złego, w jej szybkich brzmieniach widzę zamysł wskazania graczowi, że każda walka może być walką ostatnią.

Co do klimatu, to sprawa jest podobna. Zrujnowane fabryki, drzewa bez liści, skażona woda i inne radioaktywne elementy, od których możemy się pochorować, co wpływa na statystyki. Po starych, opuszczonych budynkach walają się terminale z dziennikami i listami ich dawnych, nieżyjących już pracowników. To prawdopodobnie najciekawszy element gry, gdyż niezwykle immersyjnie i głęboko niekiedy oddaje nam grozę historii danego miejsca. Skażona woda, zmutowane zwierzęta – to wszystko wpływa na nasz odbiór tego świata i nadaje mu niezwykłego realizmu. Z drugiej zaś strony... jeśli przez chwilę zastanowimy się nad tym, co widzimy, najdzie nas refleksja, że to wszystko może być przed nami. Oby te przeczucia pozostały jednak nimi na wieki.

Ależ z Ciebie S.P.E.C.I.A.Ł

Fallout4_graph01-1200x675
http://www.hcgames.pl/review/fallout-4-dzielo-czy-produkt/
System rozwoju postaci to niestety gwóźdź do trumny gry, gdyż choć pasuje do ogólnego, mniej erpegowego niż poprzednie odsłony zarysu, to jest pewnym krokiem wstecz. Punkty S.P.E.C.I.A.L nie dają już tyle, co dawały kiedyś, a system profitów jest w stosunku do poprzednika niezwykle uproszczone. Daje dużo frajdy, ale zabiera pewne skomplikowanie i chęć planowania, jakiż to profit wybrać następny. Niektórzy gracze będą tym wręcz odrzuceni i nie dziwię się im, gdyż otrzymując nową część jakiejś serii, wszyscy liczymy na postęp, a nie cofanie się. Jest to jednak coś, co nie psuje rozgrywki, o ile mamy w sobie tyle chęci, by to uproszczenie przeżyć lub o ile go zwyczajnie nie widzimy. Ja jestem jedną z tych osób, która po prostu przyjęła to do wiadomości i wycisnęła z tego wszystko, co się dało. I tak jest o niebo lepiej niż w innych erpegowych produkcjach ostatnich lat. Był jednak niezwykły potencjał, który poniekąd został zaprzepaszczony.

Czas w drogę

A więc oto i Fallout 4, gra pod wieloma względami niezwykła i bardzo rozbudowana, a jednak tak brutalnie potraktowana przez część środowiska gier komputerowych. Schludna grafika, cudowna walka i ciekawy gameplay z pewnością wynagrodzą graczom braki w systemie rozwoju, czy też pewnie, powiedzmy, uproszczenia w dialogach. Dla mnie jest to godny kontynuator serii i bawiłem się, nawet nadal bawię, naprawdę dobrze. Zapraszam wszystkich do zapoznania się z tą nieco nie fair potraktowaną produkcją.