czwartek, 28 kwietnia 2016

Seriale – taki dziwny fetysz czy coś więcej?

źródło
Właśnie zdałem sobie sprawę, jak wielką wartość mają seriale. Tak tak, to nie wynik zbyt długiego czytania książki bądź całonocnego grania w ulubioną produkcję, dobrze przeczytaliście! Seriale to wartość, a konkretniej to, co przez siebie nam przekazują, kogo "wypychają" na światło dzienne. Ich wartość artystyczna jest niepodważalna. To przemyślenie nasunęło mi się, gdy oglądałem pierwszy odcinek nowego sezonu Gry o Tron. Kilkoro z was mogłoby mi powiedzieć, że to jedynie wynik nostalgii i stęsknienia za ulubioną gromadką bohaterów, i pewnie te osoby miałyby rację. Prawda jest nieco głębsza i postaram się wyjaśnić, jak to widzę.
źródło
Po pierwsze – czym tak na prawdę są seriale? W uproszczeniu można by rzecz, że są to poszatkowane filmy. Pocięte na odcinki tworzą w zestawieniu wszystkich swoich sezonów spójną całość. Niekiedy jednak taka konstrukcja założenia serialu ma na celu jedynie dojenie pieniędzy od wiernych fanów. Przykładem jest wieczne żywa "Moda na Sukces", która nie ma (bądź nie miała, nie jestem w temacie i nie wiem, czy ten twór nadal jest prowadzony) absolutnie żadnej ciągłości fabularnej, oprócz rozmazanych już na przestrzeni lat powinowactw pomiędzy postaciami. Twórcy to cwane bestie i zdają sobie doskonale sprawę, że serial ten był/jest ogromnie popularny.

Zaczynając z początku, jak każdy normalny serial, który rozciąga wątki z odcinka na odcinek, pozwalają sobie na coraz śmielsze kroki i nienaturalnie wydłużają jeden, nawet najbardziej błahy wątek, na kilka bądź kilkanaście odcinków, byleby tylko utrzymać widza przed ekranem. To zabieg socjologiczny. Igranie na emocjach, które żywimy do fikcyjnych postaci. Sztuką jest więc wiedzieć, kiedy skończyć serial, by był on spójny i naturalny. W filmie mamy mniej roboty, gdyż wszystko rozciąga się do zaledwie dwóch czy trzech godzin. Nie musimy zapamiętywać wątków sprzed wielu sezonów i ich kontynuować, gdyż mamy jedną, ciągłą opowieść. Cytując klasyka "Trzeba wiedzieć, kiedy niepokonanym ze sceny zejść"...

Aktorstwo to – moim i chyba nie tylko moim zdaniem – trzon każdej produkcji filmowej, tudzież teatralnej. Bez aktorów nie byłoby komu "tworzyć" naszych ulubionych postaci. W filmach z roku na rok dostrzegam regres i powolny rozkład pod tym względem. Rzecz jasna, odnoszę się do kina popularnego, nagłaśnianego, gdyż w niszowych produkcjach można nadal znaleźć aktorów, w których widać pasję już w momencie, gdy otwierają usta. Niedawno oglądany przeze mnie film Pacific Rim sprzed dwóch lat utwierdził mnie w przekonaniu, że twórcy zaczynają żerować na żądnej akcji naturze człowieka. To nic złego, że pragniemy wartkiego przebiegu fabuły. To nic złego, że lubujemy się w przemocy i wybuchach na ekranie. To wszystko to element immersyjności sztuki, jaką jest kino!

Gorzej, gdy twórcy, widząc degenerację gustu u mediany widzów na świecie, postanawiają swoje dzieła uprościć pod nich. Przestają oni wtedy tworzyć dzieła, a zaczynają robić produkt. Produkt na masową skalę, jak paprykarz czy, za przeproszeniem, papier do podcierania czterech liter. W serialach, a w każdym razie w większości tych, które oglądam, każdy aktor ma coś ciekawego do zaprezentowania. Bryan Cranston, Michael C. Hall, David Zayas czy David Mazouz to tylko kilkoro z tych, którzy w każdej serialowej scenie wyrywają ze swoich piersi dusze i rzucają je przed nas, całkowicie aktorsko odsłonięci. Może być to też efekt...
źródło
... tej długoterminowości seriali, o której wspomniałem. Seriale pozwalają autorom na odpowiednie rozwinięcie i poprowadzenie aktorów. Dzięki temu ci mają szansę rozbudować swoją rolę i jak najlepiej nas jej nauczyć. I to sprowadza mnie do wniosku, że czas działa na korzyść wszystkiego. Czas to najlepszy sojusznik rzemieślnika, który w pocie czoła naprawia skomplikowany pod względem mechaniki zegar z kukułką. Ten sam czas pozwala naszym mamom czy tatom przygotować nam smaczny, a nie przypalony obiad, a aktorom stworzyć wiarygodne odbicia swoich ról. Reżyser pozwala nam kroczek po kroczku zapoznać się z postacią, przyzwyczaić do niej i pokochać ją bądź znienawidzić. Dużo mocniej można w ten sposób oddać emocje i motywy kierujące daną osobą. Jest to cecha, której film nigdy nie zaadaptuje, gdyż w dwóch godzinach nie da rady zmieścić ambitnego rozwinięcia postaci. Mamy tylko ogólnikowe dane, kilka rozmów, które wprowadzają nas mniej więcej w życiorys bohatera do momentu rozpoczęcia filmu i aż do jego zakończenia.
źródło
Powiecie – jest wiele naprawdę dennych seriali, jak te wszystkie telenowelowate szmiry, które tak samo jak Moda na sukces specjalnie przeciągają swój żywot, żerując na ludzkim przywiązaniu. Cóż – dopóki mają one widzów, to ich istnienie mi się podoba. Każdy ma prawo oglądać to, co sprawia mu przyjemność. Zgodzę się jednak w tym, że nie zawsze są to projekty wybitne, a jednak zawsze wciągające i angażujące emocjonalnie, czego nie można powiedzieć o każdym filmie. Można zaledwie o nielicznych. Oglądanie tego czy tego w żaden sposób nie definiuje nas jako konesera, gdyż gust jest... jak by ująć to obrazowo... jak dupa – każdy ma własną. Nikt z nas się od niej nie uwolni, tak samo jak nie uwolni się od swojego gustu. Choćby się go wstydził i próbował oduczyć, to właśnie to coś, w czym ma upodobanie, będzie ruszało jego serce.

[SPOILER DLA WIDZÓW GOTHAM]

W mojej opinii to seriale są formą nadsztuki. Oczywiście zrobione z należytym pietyzmem i podejściem pełnym pasji, a nie tylko chorej gonitwy za pieniądzem i naciąganiem widza. Teatr pokazał nam, że w opowieści fabularnej, takiej, którą mamy możliwość obejrzeć, najważniejsze jest aktorstwo. Nawet najgorsza fabuła obroni się, gdy będzie prowadzona przez utalentowanych ludzi. Sztuką jest stworzyć wiarygodnych bohaterów. Sztuką jest nam nakreślić, a wręcz odkrywać karta po karcie ich profile osobowościowe. To jednak nic. Artyzmem wręcz, a nie tylko sztuką, jest stworzenie ciągłej, angażującej fabuły, która trwać może nawet kilkanaście i kilkadziesiąt godzin, w zależności od długości serialu. Nie pytajcie więc, dlaczego zacząłem je oglądać i dlaczego mnie fascynują... Po prostu kocham sztukę. 

2 komentarze:

  1. Zgadzam się z Tobą. I tak myślę ile ja serialów oglądam.. Oczywiście teraz to trochę zaniedbałam ostatnio oglądanie.
    Praca licencjacka sama się nie napisze i dużo innych mniejszych rzeczy i tak oprócz czytania na serial nie ma kiedy :)
    W wakacje nadrobię :)
    Pozdrawiam
    http://biblioteczka-na-poddaszu.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Wolę czytać książki nie mniej jednak czasami oglądam seriale, ale tylko zaganiczne, m.im. "Pamiętniki wampirów" xD nie wiem co w tym serialu jest, nie mniej jednak niesamowicie mnie pochłonął :D

    W wolnej chwili zapraszam do mnie:
    kochajacaksiazki.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń