poniedziałek, 23 maja 2016

OGŁOSZENIE

W ciągu najbliższych dwóch tygodni będę znajdował się w Dreźnie w związku z programem europejskim Erasmus +. Z tego względu nie będę mógł regularnie zamieszczać wpisów, ale nie smućcie się! Mam bowiem dla was niespodziankę związaną z tym wyjazdem!

Przez te czternaście dni pobytu za granicą będę robił zdjęcia, spisywał przemyślenia na papierze, a także nagrywał telefonem krótkie filmiki. To wszystko (a także więcej) zamieszczę w obszernej relacji po moim powrocie. By nie odbiegać zbytnio od głównej tematyki strony, zrobię coś, o czym myślałem od dłuższego czasu – powiążę okolicę, w której będę, z tematyką gier komputerowych. W jaki sposób? Nie powiem wam, by nie psuć niespodzianki, ale postaram się zrobić to jak najciekawiej.

Życzę wam tym samym miłego czasu oczekiwania i bezpiecznych dwóch tygodni, a wy życzcie mi szybkiej i bezpiecznej podróży. Blog On! 

(Wyjazd ma miejsce w dniach od 22 maja do 5 czerwca).

W drogę!

piątek, 20 maja 2016

Dobre myśli odnajdują człowieka...







Tytuł: Sukienka z mgieł
Autor: Joanna Maria Chmielewska
Wydawnictwo: MG






Joanna Maria Chmielewka wciąż mnie zaskakuje nie tylko językiem, ale też pomysłowością. Sukienka z mgieł to moje drugie spotkanie z tą autorką i mimo że są w niej opisane losy bohaterów Poduszki w różowe słonie, której jeszcze nie czytałam, jestem zachwycona fabułą książki i zasmucona, że kończy się tak szybko. Jednak dzięki Sukience z mgieł jestem przekonana, że sięgnę po inne książki Chmielewskiej.
Są miejsca, gdzie dobre myśli łatwiej odnajdują człowieka.
Weronika nie miała łatwego dzieciństwa. Nie dlatego, że pochodziła z patologicznej rodziny, przeciwnie – rodzice byli poważanymi lekarzami, jednak interesowali się tylko pracą, rozmawiali o sytuacji swoich pacjentów, rozprawiali o ich dolegliwościach. Córką natomiast nie przejmowali się na tyle, na ile jej było to potrzebne. Czy to dlatego, że nie była planowanym dzieckiem, a może dlatego, że była po prostu inna, widziała więcej i czuła więcej, niż jej rodzice potrafili udowodnić naukowo? W związku z tym Weronikę wychowały koty, wyrosła na niesamowicie wrażliwą i ciekawą świata kobietę. Wyobrażacie sobie zapewne, jaka była reakcja jej rodziców, którzy mieli wobec córki duże wymagania, gdy oznajmiła im, że chce... prowadzić kawiarnię. Piwnica pod Liliowym Kapeluszem stała się marzeniem Weroniki, a po latach starań – rzeczywistością.

W Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem schodzą się drogi ludzi sobie przeznaczonych, w tym klimatycznym i ciepłym miejscu wszystkie życia zaczynają się zmieniać, problemy nie do pokonania rozwiązywać, a strach przestaje być hamulcem. Kryśka z żony pijaka przeistacza się w Anastazję – silną i dumną kobietę. Andrzejek okazuje się mądrym i uzdolnionym chłopcem, dwie przyjaciółki odnajdują się po latach... Gdyby nie Piwnica pod Liliowym Kapeluszem, życie Weroniki i wielu innych osób wyglądałoby zupełnie inaczej.
Impulsy... Czasami z pozoru niewiele znaczące zdarzenia (...) – pojedyncze zdarzenia lub ich ciągi wpasowują się w czyjąś życiową układankę. Stają się inspiracją. Początkiem łańcuszka lub też jego kolejnym ogniwem. Niteczką splatającą ze sobą ludzkie losy. Albo liną ratunkową.
Sukienka z mgieł przedstawia historie z życia wzięte, a jak wiadomo – ono pisze najlepsze scenariusze. Pokazuje przede wszystkim codzienność kobiet, które postanowiły coś zmienić i wziąć życie we własne ręce, a ono do tej pory było okrutne i złośliwe. Jak już wspomniałam, historia ludzi, których łączy głównie Piwnica pod Liliowym Kapeluszem, kończy się zdecydowanie za szybko. Książka ma zaledwie dwieście kilka stron, a jednak możemy z niej wynieść bardzo wiele potrzebnych w dzisiejszym zabieganym świecie przemyśleń. Nie można skazywać się na cierpienie tylko po to, by nie narobić sobie wstydu w oczach "innych", nie można ukrywać swojego problemu i myśleć, że "nikt nie ma jak ja", nie można w końcu zaniedbywać relacji z najbliższymi, bo najczęściej okazuje się, że to właśnie one mają największy wpływ na całe życie.

Joanna Maria Chmielewska przedstawia nam opowieść na poziomie, bohaterów jak najbardziej realnych, zwykłych-niezwykłych. Dzięki uniwersalności osobowości nietrudno jest się do nich przywiązać, spojrzeć na sytuacje ich oczami. Podczas czytania Sukienki z mgieł nie zmieniamy świata, nie walczymy ze smokami, ale zmagamy się z codziennością. Autorka zrobiła to jednak tak, by nie męczyć lekturą, ale relaksować i w pewien sposób uczyć. Uczyć empatii, zrozumienia i radzenia sobie z problemami, docenienia własnych możliwości. Chyba się powtarzam, ale tak samo jak po przeczytaniu Pod Wędrownym Aniołem uważam, że Joanna Maria Chmielewska maluje słowem... maluje naprawdę piękne i intrygujące obrazy, które chce się oglądać.


Recenzja pisana dla 
Wydawnictwo MG
dzięki
Redakcji Essentia

poniedziałek, 16 maja 2016

Overwatch czy jednak Over hyped?

źródło
Między piątym a dziewiątym maja odbyły się beta testy, o których dowiedziałem się, z niezbyt wielkim zainteresowaniem, dzień po oficjalnym ich rozpoczęciu. Byłbym nie ściągał tej produkcji, gdyby nie fakt, że jako autor tego bloga odczuwam obowiązek bycia na bieżąco w świecie gier z różnych gatunków. Trzymając się właśnie tej myśli, dnia szóstego maja bieżącego roku pobrałem grę Overwatch autorstwa Blizzard Entertainment z ichniej platformy BattleNet... Co też zobaczyłem i jakie wnioski wyciągnąłem?
źródło


Pierwsze, co zobaczyłem, to niezwykle pospolity i typowy samouczek, w którym zaprezentowano mi podstawowe funkcje gry jedną z postaci – Żołnierzem 76. Strzelanie ciągłe – lewy przycisk myszy, potężny strzał – prawy przycisk myszy. Dodatkowe zdolności na klawiszach Shift i E oraz ładujący się wraz z postępem w rozgrywce pasek umiejętności "ultimate" – Q. Niby proste i mało wciągające, ale, jak się okazało, to tylko wina kiepskiego samouczka.

Widzicie, w grze do dyspozycji mamy dwudziestu jeden bohaterów, z czego każdy z nich ma osobne umiejętności i zastosowanie w rozgrywce. Osobiście najbardziej przypadł mi do gustu Żniwiarz, którym za pomocą dwóch pistoletów niosłem śmierć gdzie tylko stanęła moja noga. Jego umiejętność kończąca, którą zwykłem nazywać "Danse macabre" to istny majstersztyk i doskonale sprawdza się w nawet najcięższych momentach gry.

Gra jest nastawiona na team play, dlatego też najlepsza zabawa jest ze znajomymi, którzy wraz z tobą rozsądnie dobiorą postać z każdego niezbędnego do zwycięstwa drzewka: tank, obrońca, atakujący i wsparcie. By drużyna była pełnowartościowa, należy mieć postać z każdego z tych koszyków. Co jednak zaobserwowałem w samej rozgrywce? Niezwykłą płynność i dynamikę potyczek. Mecze w Overwatch nie trwają zbyt długo, gdyż jeden to około siedem minut ciągłej rozgrywki. To właśnie jest duża zaleta Overwatch: niezobowiązująca i niezwykle płynna gra. Nie ma tu miejsca na nudę, ale niestety nie ma też miejsca na zbyt intensywne myślenie. Mimo ciekawych "koszyków" (jak już wspomniałem) nie ma tu możliwości zaplanowania skomplikowanej taktyki czy też myślenia nad swoimi posunięciami. Są tylko ludzkie "skrypty" w stylu "Jestem ostrzeliwany od przodu, spróbuję go zajść z boku". Nigdy nie czułem, że drużyna jest mi niezbędna w celu wykonania jakiejś świetnej akcji. Jedynie supporty w pewien sposób czynią rozgrywkę drużynową, gdyż ich pomoc jest często nieoceniona, by wyciągnąć resztę oddziału z dołka. Twórcy poświęcili taktykę na rzecz udynamicznienia rozgrywki. Nie uważam tego za wadę i bardzo możliwe, że to brak dobrej drużyny przesądził o takim a nie innym postrzeganiu tego aspektu.

Co jednak ważniejsze – gra się naprawdę dobrze. Potrafiłem usiąść w sobotę i grać nawet kilka godzin (a skoro mecz trwa siedem minut, pomyślcie sobie, ile ich rozegrałem) bez najmniejszej ochoty na oderwanie się od monitora. Każda postać dzięki szerokiemu wachlarzowi umiejętności i zastosowań niesie nam ogromne pole do popisu, a odkrywanie kolejnych ich funkcji cieszy i satysfakcjonuje. System "Best play of the game" pojawiający się po każdym meczu nie działa jeszcze idealnie, ale jest ciekawym rozwiązaniem pozwalającym nam uczyć się od lepszych graczy robiących prawdziwe cuda na polu bitwy.

Można też, rzecz jasna, narzekać na to, że niektóre postaci są słabo zbalansowane i o wiele potężniejsze od innych, co niezwykle psuje rozgrywkę, ale rzecz ta dotyczy każdej gry multiplayer, która stawia na wielopostaciowość i zostanie to z pewnością naprawione (mówiąc językiem branżowym – czeka je nerf).
źródło
Grafika to kwestia gustu, a ta niezwykle mi się spodobała. Może dlatego, że powoli męczą mnie gry stawiające na wierny realizm graficzny? Nieważne – ważne jest to, że komiksowość i przerysowanie postaci oraz reszty modeli to niesamowicie przyjemna odskocznia od arcypoważnych produkcji, z którymi ostatnio mamy do czynienia. Grafika jest schludna, efekty na prawdę świetne, ale nie natarczywe, tylko płynnie wrzucone do kotła, jakim jest Overwatch.

Zauważyłem, tak nieco abstrahując, że robi się ze mnie delikatny (tfu!) hipster, jeśli chodzi o grafikę. Powoli męczą mnie przepompowane produkcje AAA+, które stawiając na super-hiper-ultra realistyczną grafikę, zapominając o tym, że gra to coś więcej niż... to. Rozumiem też osoby, które odstrasza grafika, która wychodzi poza ramy ustawione przez większość rynkową. Są po prostu nauczeni odbierania gier nietypowych w taki sam sposób, w jaki odbiera się nietypowych ludzi: z ciekawością, ale zarazem pewną dozą alienacji wymierzonej w tę właśnie osobę.

Powracając jednak do tematu – tak grafika, jak i muzyka tej gry nadają jej dynamicznego i szybkiego, ale zarazem nienatrętnego i przyjemnego w odbiorze rysu. Sprawiają one, że czujemy profesjonalizm wykonania, ale nie dławimy się zanurzeni w pompatyźmie produkcji. Gra jest od fanów dla fanów – pełna humoru, odniesień i wartkiej akcji. Za to ma ode mnie na prawdę dużego plusa.
źródło
Problemy techniczne możecie wziąć sobie w nawias, gdyż jest to beta, a więc nie powinienem się za bardzo przejmować. Po to jednak są beta testy, prawda? By gracze grę sprawdzili i ocenili jej wady ORAZ zalety. Największym minusem technicznym gry Overwatch są jej serwery. Jak widać nie zostały one przygotowane z myślą o tak wielkiej ilości ludzi i często występowały na niej niezwykle silne lagi UNIEMOŻLIWIAJĄCE normalną rozgrywkę. Mam nadzieję, że problem ten zostanie jak najszybciej naprawiony, a gra nauczy się swobodnie oddychać, gdyż wielokrotnie miałem wrażenie, że dusi się z taką ilością graczy, których przyniosła beta (a po oficjalnej premierze, która odbyła się 12 maja, liczba ta tylko wzrośnie). Martwi mnie to, gdyż już wielokrotnie pomimo rozmiaru problemu podczas beta testów wydawcy nie naprawiali ich w późniejszym terminie.

Mógłbym też ponarzekać na wymagania sprzętowe i to, że jak na grę o pomimo wszystko niezbyt obciążającej szacie graficznej, są one wysokie, ale mój komputer poradził sobie naprawdę dobrze. Wiem jednak, że mogło być lepiej i wielokrotnie miałem wrażenie, że się delikatnie dusi w niezbyt wymagających momentach rozgrywki, co świadczy o niedokładnej optymalizacji kodu. Martwią mnie gracze o słabszych parametrach sprzętowych, których spora część będzie musiała obejść się smakiem. Cóż – takie są prawa rynku, który wyznacza co rusz nowe technologie, za którymi niezwykle ciężko nadążyć.

Prawdą jest, że pomimo kilku mniejszych i jednego większego problemu z serwerami nie natknąłem się w Overwatch na żadne techniczne niedogodności, które zepsułyby mi zabawę, a to chyba najważniejsze, prawda?
źródło
Podsumowując – to był na prawdę udany weekend z grą Overwatch. Smutny był dzień, gdy podczas ładowania się gry wyskoczył komunikat o zakończeniu beta testów. Instynktownie sięgnąłem po swój portfel, gdy zobaczyłem polską cenę krzyczącą do mnie o zakup z każdego miejsca w internecie – 200 zł. Gra, choć naprawdę świetna, moim zdaniem nie zasługuje na tak wygórowaną cenę...

Ale do rzeczy – Blizzard spisał się świetnie w gatunku, z którym nie miał jak dotąd ściśle do czynienia. Studio stworzyło grę, która łączy nikłe elementy taktyczne z wartką i płynną rozgrywką, nakręcaną przyjemną i nienatrętną oprawą wizualną. Gra nie jest bez wad, a niektóre z nich niepokoją i każą mi zastanowić się nad jej przyszłością, ale jak na razie jest wyraźnie jasna. Serdecznie zachęcam, o ile wasz portfel jest naprawdę ciężki, do zapoznania się z grą i wyrobienia własnej opinii. W mojej ocenie zasługuje ona na mocną czwórkę plus na pięć szkolnych ocen.

A teraz, skoro skończyłem, pójdę raz jeszcze przeliczyć zaskórniaki... 

piątek, 13 maja 2016

Proszę, po prostu bądź







Tytuł: Po prostu bądź
Autor: Magdalena Witkiewicz
Wydawnictwo: Filia







Chyba nie potrafię pisać o książkach tak dobrych, że aż za dobrych. Na Po prostu bądź miałam chęć już odkąd pojawiła się w księgarniach, jednak wciąż coś nie pozwalało mi jej dorwać. Gdy już trafiła w moje ręce, przepadłam totalnie.

Jak już pisałam nie raz – najlepsze historie pisze życie. Książka Magdaleny Witkiewicz przybliża nam historię tak prawdopodobną, że wydaje się prawdziwa. Jest prawdziwa aż do bólu. Może dlatego wywołuje tyle sprzecznych emocji, może dlatego tak ciężko się pogodzić z niektórymi wydarzeniami z życia Pauliny. 

Główna bohaterka jest skazana na życie na wsi i pracę w gospodarstwie. Rodzice już dawno zaplanowali dla niej przyszłość u boku Adriana – chłopaka z sąsiedztwa. Paulina rzeczywiście coś do niego czuje, jednak to najzwyklejsza przyjacielska miłość, nie bajeczne uniesienia. Adrian również traktuje Paulinę jak siostrę, opiekuje się nią, pomaga, jest na każde zawołanie i wpiera w trudnych momentach. To on namawia Paulinę, by zamiast życia na wsi, wybrała studia w Gdańsku. Dziewczyna ma niepowtarzalny talent, który szkoda byłoby zmarnować. W tajemnicy przed rodzicami przygotowuje się do studiów i dostaje się na wymarzony kierunek. Rodzina się jej wypiera, nie ma zamiaru ani wspomóc finansowo ani dobrym słowem. Na szczęście jest Adrian, który nigdy nie zawodzi. 
(...) Najtrudniejsze to chyba być z kimś szczęśliwym do końca swych dni. Fajnie byłoby mieć mapę z zaznaczonym miejscem, gdzie leży szczęście. Człowiek musi się bardzo namęczyć, by je znaleźć na mapie życia. (...) W życiu nie ma GPS-a, który w momencie, gdy obierzemy niewłaściwą drogę, powie nam: "Zawróć, gdy to tylko możliwe",
Paulina radzi sobie nadzwyczajnie dobrze, ludzie kupują jej portrety, jest chwalona przez wykładowców... zwłaszcza jednego. Gdy na drodze studentki staje kilka lat starszy Aleksander Dembski, jej życie zmienia się o 180 stopni. Z takiej relacji mogą wyniknąć różne rzeczy, ale kto by się spodziewał, że sprawy potoczą się tak szybko? Kto ośmieliłby się pomyśleć, że życie młodej dziewczyny rozkwitnie, by zaraz znów doprowadzić ją na skraj wytrzymałości? Bo gdy go zabrakło, został tylko sweter i pochłaniająca Paulinę pustka...

Zastanawiałam się, czy rzeczywiście książki Magdaleny Witkiewicz są warte szumu, jaki się wokół nich wytworzył. Nie było innego sposobu, jak sprawdzić osobiście. Po prostu bądź zaczarowało mnie okładką (a jak wiecie, zwracam na to bardzo dużą uwagę) i tekstem na okładce – miłość i pakt? Czy to odpowiednie połączenie? Jak się okazuje, wszystko jest możliwe, a autorka książki ma niesamowity talent do łączenia ze sobą sprzecznych emocji. Sielanka, idealne życie, cudowne plany na przyszłość... wszystko to na pierwszych stronach książki jest tak piękne, że aż niemożliwe. Można pomyśleć wtedy, że czytamy kolejną sztuczną historyjkę o miłości ni normalnej, ni zakazanej. Po prostu piękna miłość, aż uśmiechałam się od ucha do ucha, czytając maile Pauliny i Aleksa, ich rozmowy o niedalekiej przyszłości. Myślałam wtedy, że chciałabym przeżyć coś takiego. Do czasu...
(...) Dlaczego ośmielił się pierwszy odejść. Tak po prostu zwiać z tego świata bez pożegnania i zostawić mnie samą! Przecież tak się nie robi komuś, kogo się kocha! Nie odchodzi się bez pożegnania!
Magdalena nie pozwoliła jednak długo trwać Paulinie w szczęściu. Wszystko działo się tak szybko, że aż wydawało się podejrzane. I rzeczywiście, jak to mówią: "Chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz mu o swoich planach". Co dokładnie sprawiło, że wciągnęłam się w tę historię, jakbym ją przeżywała? Szczerze mówiąc, sama do końca nie wiem. Może to, że mamy do czynienia ze zwykłymi ludźmi, których pewnie spotykamy czasami w sklepie, mijamy na ulicy, ale nie zdajemy sobie sprawy, że takie właśnie jest ich życie, że właśnie takie emocje targają ich duszami. Kreacja bohaterów nie jest arcydziełem, nie jest też przesadzona ani niedopracowana. Jest w sam raz, po prostu zwykli ludzie jak ja, ty, nasi przyjaciele. Może też wiele prawdy jest w stwierdzeniu, że Magdalena Witkiewicz przedstawiła ich życie, ich codzienność i uczucia tak dobrze, że nie trudno jest się utożsamić z bohaterami i stanąć na ich miejscu. Może... Jestem jednak pewna jednego: ta książka wywoła uśmiech na twojej twarzy nie raz i nie dwa, doprowadzi do płaczu jeszcze częściej, wywoła pewną ulgę, gdy już dotrzesz do zakończenia... chociaż, polemizowałabym, czy to rzeczywiście koniec. Skoro mamy do czynienia z ludźmi z krwi i kości, historia musi toczyć się dalej. Dalej będą zapewne wzloty i upadki, jak to w życiu bywa... Czytałam ostatnio, że Magdalena Witkiewicz jest ekspertem od szczęśliwych zakończeń. Czy tak jest? Oceńcie sami.  
Życie jest zbyt krótkie, by przejść przez nie samotnie... Proszę, po prostu bądź.
Myślałam wtedy, że chciałabym przeżyć coś takiego. Do momentu, gdy wszystko się pogmatwało. Teraz, gdy już kilka dni temu skończyłam czytać Po prostu bądź, sama nie wiem, czy chciałabym doświadczyć tego typu miłości, takiego skomplikowanego uczucia. Mam w głowie wiele sprzecznych myśli na temat tej rzeczywiście pięknej historii. Wiem, że polecam tę książkę każdej kobiecie, która lubi podczas lektury czuć coś, czego jeszcze nie poczuła w życiu. Polecam osobom (nie lubię klasyfikować literatury, więc może jakiemuś mężczyźnie również przypadnie do gustu), które lubią przeżywać historie, nie tylko czytać. 

czwartek, 12 maja 2016

Czego pragnie kobieta...

...czytająca? Odpowiedź jest prosta: książek. Na jakie książki czekam w tym miesiącu, po kilkumiesięcznym odwyku? Nie macie pojęcia, jak bardzo chcę wyjechać z toną książek w plecaku i czytać... Czytać, nie zwracając uwagi na nic innego.

źródło

Tytuł: Ósme życie  (dla Brilki)
Autor: Nino Haratischwili
Wydawnictwo: Otwarte
Premiera: 18 maja

Zauważyliście zapewne, że mam słabość do książek Otwartego (kto mnie obserwuje na Instagramie i na Facebooku, ten wie). Uwielbiam ich wydanie Królów przeklętych, Lawendowy pokój mnie w sobie rozkochał, Księżyc nad Bretanią koił moje nerwy podczas przygotowań do egzaminów, wkurzałam się na Linię serc, mam specjalną półkę przeznaczoną na książki tego wydawnictwa... Ale ja nie o tym.

Kolejna pozycja, która mnie tak zaciekawiła, że pragnę ją mieć. Przejmująca epicka opowieść rozgrywająca się na tle zmieniającej się Europy XX wieku. Pewnej mroźnej zimy na świat przychodzi Stazja córka najsłynniejszego w carskiej Rosji gruzińskiego wytwórcy czekolady (mam ochotę na czekoladę). Wraz z nią i kolejnymi pokoleniami autorka wciąga nas w wir wydarzeń najkrwawszego ze stuleci: od pierwszej wojny światowej przez rewolucję październikową i drugą wojnę światową do początku XXI wieku. Od gruzińskich wybrzeży Morza Czarnego po Berlin, Paryż i Londyn... Ósme życie to ponoć głos młodego pokolenia, przypominający o nieodrobionej lekcji historii Europy, a na taką powieść czeka się latami. Czyżby...? 
 
 
źródło

Tytuł: Od złej do przeklętej
Cykl: Złe dziewczyny nie umierają, Tom II.
Autor: Katie Alender
Wydawnictwo: Feeria Young
Premiera: 18 maja


Pierwsza część mnie tak zaciekawiła, że z niecierpliwością wypatrywałam kolejnej. I oto jest... a raczej będzie już 18 maja. Nie spodziewam się ambitnej lektury, bo i Złe dziewczyny nie umierają taką nie była, jednak mam ochotę kolejny raz spędzić z siostrami chwilę, zrelaksować się przy lekkim i wciągającym czytadełku z klimatem. Szykuje się ciekawa przygoda z dziewczyną, która ma wszystko, co jest potrzebne do szczęścia, a jednak zostaje wciągnięta w coś nie z tego świata. Alexis odzyskała swoją siostrę, opętaną wcześniej przez złego ducha, a co wydarzy się teraz? Czy złe czasy rzeczywiście się skończyły? Mogę się domyślać, że nie... Gdyby tak było, autorka nie pisałaby kontynuacji.


źródło

Tytuł: Teraz albo nigdy
Autor: Sarah Dessen
Wydawnictwo: HarperCollins
Premiera: 18 maja

Jeszcze chcę zaliczać się do grupy "dla młodzieży"... ;) Chociaż pamiętam, że jeszcze niedawno bardzo chciałam być dorosła. Ale to taka dygresja, przejdźmy do sedna... Czytałam wiele pozytywnych opinii o autorce tej książki, jednak jak ostatnio miałam możliwość ja przeczytać, wybrałam autorkę Andreę Portes. Myślę, że w maju przyszła kolej na Sarah... 

Po stresującym dla mnie czasie chcę się zrelaksować i nie myśleć o rzeczach trudnych i skomplikowanych, dlatego czekam na tę książkę dla młodzieży, o dziewczynie, która musi być idealna w każdej dziedzinie życia, bo dzięki temu utrzyma przy sobie swojego chłopaka – zakochanego w sobie nerda. Macy wszystko musi mieć zaplanowane, podejmować odpowiedzialne i rozsądne decyzje... Jednak, jak wszyscy wiemy, życie nie jest jednostajne, wszystko się zmienia, a w każdej chwili może wydarzyć się coś zaskakującego. Do szaleństwa jest potrzebne tylko małe pchnięcie – parafrazując Jokera. Na przykład nowe towarzystwo i przystojny facet... Przyznam, brzmi to trochę banalnie. No okej, brzmi bardzo banalnie. Nie lubiłam nigdy "przystojnych, uroczych, cudownych" postawionych obok "nerda", ale kobieta zmienną jest, a ja mam ochotę na coś banalnego.


Tytuł: Złodziej z mgły
Autor: Lavinia Petti 
Wydawnictwo: Filia
Premiera: 11 maja

Premiera Złodzieja z mgły już za nami, ale ja muszę o nim wspomnieć... I tak nadal na tę książkę czekam, chyba jeszcze trochę poczekam, co mnie trochę denerwuje. Ale taki los książkoholika: czekaj na łaskę, albo licz na siebie.

Na tę książkę czekam już ponad pół roku, jak nie dłużej. Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz zobaczyłam jej okładkę i opis w języku włoskim, ale pamiętam, jak pisałam do rodziny we Włoszech, by przetłumaczyli mi tekst... I przepadłam. Od razu się zakochałam, czekałam na polskie wydanie jak głupia, i czekam nadal.

Nie chcę mówić, że okładka bardzo przypomina mi Cień wiatru Zafóna, a jak wiecie, kocham tego autora i jego książki. Nie chcę też przed przeczytaniem wrzucić autorki do worka z napisem "Drugi/Włoski Zafón". Przyznam otwarcie, że lubię klimaty magiczne i tajemnicze, z nutką utraconych wspomnień i marzeń... a właśnie tak zapowiada się Złodziej z mgły. Pewnego dnia odnajduje list adresowany do nieznanej mu kobiety, po czym okazuje się, że nadawcą jest... on. Antonio w liście opowiada o utraconych wspomnieniach i o zamordowanym, być może przez niego, człowieku. W poszukiwaniu rozwiązania zagadki morderstwa błądzi czy podróżuje po Neapolu...


poniedziałek, 9 maja 2016

The Walking Dead #1 – wielkie otwarcie!


Jak doskonale wiemy, prawdą jest stwierdzenie, że kto stoi w miejscu ten się cofa. Świat idzie do przodu, ludzie ulegają postępowi i tylko głupi do nich nie dołącza. Ja, pragnąc poszerzyć swoje spectrum zainteresowań, postanowiłem napisać pierwszą na tym blogu recenzję komiksu. Jest to wynik pracy Roberta Kirkmana i Tony'ego Moore'a pt. The Walking Dead #1 z roku 2003. 





Tytuł: The Walking Dead #1
Rysownik: Tony Moore
Dialogi: Robert Kirkman





Założeniem komiksu, jako że jest to jego początek, jest przybliżenie sytuacji rodzenia się epidemii, zamieniającej ludzi w istoty wyglądające i zachowujące się jak żywe trupy. Jest to opowieść o przetrwaniu, przyjaźni i okrucieństwie ludzkim. Przewałkowany już motyw tzw. zombie w tym przypadku nie męczy i otwiera dla nich nową kartę. Na przestrzeni lat to właśnie The Walking Dead tchnęło nowe życie w te zgniłe i rozpadające się członki, zyskując rzeszę fanów na całym świecie. Przyjrzyjmy się więc skromnemu debiutowi większego, jak się okaże po latach, projektu.

Na wstępie warto podkreślić, że miałem okazję czytać i podziwiać wersję oryginalną, czyli czarno-białą. Dopiero pięć lat po premierze ukazała się edycja w kolorze. Nie jestem zwolennikiem takiego vintage-making i pierwsza czarno-biała strona nieco mnie odrzuciła. Przywiązuję wagę do koloru w komiksach, który rozpatruję również jako element artyzmu twórcy. Dobranie barw jest tak samo trudne, jak pisanie dialogów, gdyż w komiksie to właśnie barwy składają się na wywierany przez lekturę klimat. Nadają one własnego rysu całej fabule i kontrolują umysł czytelnika w taki sposób, aby ten poprzez nasycenie barwy odczytywał dany panel w konkretnym kontekście. Po kilku stronach przywykłem i polubiłem tę surowość, gdyż zacząłem łapać się na wywierany przez nią melancholijny, kontemplacyjny klimat. Czarno-biały motyw ma ten plus, że nie męczy wzroku, gdyż jest odbierany przez niego jako neutralny.
Kiedy bawiłeś się tak dobrze, że nazajutrz nie wiesz gdzie jesteś...
Komiks rozpoczyna się podczas rutynowego dnia pracy dwójki policjantów. Dowiadujemy się, że mamy do czynienia z próbą zatrzymania zbiegłego więźnia. Rick Grimes, bo tak nazywa się jeden z policjantów i zarazem nasz główny bohater, stara się zajść przestępcę od boku, niestety ten dostrzega go i przeszywa pociskiem. Kiedy Rick budzi się w szpitalu, okazuje się, że przespał początek tajemniczej epidemii, a w całym szpitalu aż roi się od nieumarłych. Tak też zaczyna się jego wielka przygoda. Komiks jest jedynie prologiem, dlatego też nie otwiera zbyt wielu wątków. 

Mamy tutaj jedynie wątek aklimatyzacji Grimesa w nowym, nieznanym dla siebie świecie, w którym niektórzy już zdążyli się odnaleźć, ale wielu zdążyło też umrzeć. Wiecie, co najbardziej cenię w The Walking Dead? Surowość przekazu. W tym świecie nie ma ludzi złych ani dobrych. Teraz są tylko ci, którzy chcą przetrwać kosztem innych, i ci, którzy nie przetrwają zbyt długo. Każdy musi sobie jakoś radzić, raczkować w praktycznie nowym świecie z nowymi zasadami. Komiks potrafi pokazać naiwną dobroć innych ludzi, ale także brutalną prawdę o nich. Apokalipsa pokazuje nam, jacy naprawdę jesteśmy. Wykalkulowani na przeżycie nasze i naszych bliskich. Egoistyczni i brutalni, jeśli chodzi o nasze przetrwanie. Kodeks moralny, religia – to wszystko idzie w większości w zapomnienie, gdyż adaptujemy się niezwykle szybko do nowych zasad, brutalnych, ale odkrywających nasze nieznane dotąd cechy charakteru. Żywe Trupy zawsze świetnie ukazywały to człowieczeństwo w swoich postaciach. To ludzie, tacy jak ja czy wy, którzy to czytacie. Przez to niezwykle łatwo się z nimi utożsamić i odczuwać kierujące nimi emocje. 

Niezwykle istotne jest to, w jaki sposób główny bohater przyjmuje do wiadomości fakt o absolutnym wywróceniu się świata do góry nogami. Jest załamany, wstrząśnięty i tak dalej, ale wiedząc, że musi być silny dla swojej rodziny, którą pragnie odnaleźć, odnajduje w sobie siłę. Dość szybko uspokaja się i próbuje sobie radzić. Tacy właśnie są ludzie, a przynajmniej tacy być powinni. Do tego właśnie przygotowała nas ewolucja.
Wyprzedaże rządzą się swoimi prawami...
Teraz warto przejść do tego, czym komiksy stoją, czyli jakości rysunku. Moore poszedł w ekwiwalentny do ogólnego nastroju lektury realizm. Jego postaci oraz modele przedmiotów są mocno zbliżone do tych, które widzimy na co dzień. To działa świetnie, gdyż karykaturalne podejście do kreski mogłoby nieco zaburzyć powagę i klimat w odbiorze. Pomimo czarno-białych barw, które i tak zawsze wydawały mi się nieco niechlujne, tutaj mamy do czynienia z dbałością o detal na każdym z występujących w danym panelu planów. Pieprzyki, krótkie włoski na głowie, kawałki odchodzącej skóry – wszystko ma swoje miejsce i czuć, że nie było wpychane na siłę. Kreska jest surowa, ale niezwykle płynna i schludna, co przyciąga wzrok. Często łapałem się na tym, że miast czytać dialogi, wpatrywałem się w kolejne panele i spokojnie analizowałem każdy z nich. Prawdziwa uczta dla oczu, o ile ktoś lubi realizm i, przepraszam za stwierdzenie, typowo "męską kreskę". Bardziej praktyczna niż estetyczna, ale robi wrażenie i trzyma klasę oraz klimat, co w komiksie, takim jak ten, jest niezwykle istotne.  
Poważne podejście do tematu to reguła w tym przypadku.
Jako wieloletni fan The Walking Dead, który czytał już trochę komiksów tego uniwersum oraz oglądał serial na jego podstawie, mogę rzecz, że również ta pozycja wywarła na mnie niemałe wrażenie. Lektura ma swoje lata, a jednak nadal trzyma poziom i podejściem artystycznym nie odbiega zbyt daleko od dzisiejszych komiksów, poza tym, że nie wyszła oryginalnie w kolorze. Jest mroczna, ciężka i idealnie obrazuje "szok termiczny", w tym przypadku emocjonalny, człowieka, który musi radzić sobie w nowej rzeczywistości. Otwiera tym samym potężną serię, która zdobywa zwolenników po dziś dzień. Polecam go każdemu miłośnikowi i komiksów i samej konwencji żywych trupów. Jest on teraz dostępny w wersji cyfrowej na Amazon.com więc jest to idealna okazja, aby się z nim zapoznać. Ja chyba jeszcze raz przeanalizuje te panele... 

piątek, 6 maja 2016

Serce w kawałkach






Tytuł: Serce w kawałkach
Autor: Kathrin Lange
Wydawnictwo: Muza
Recenzja pierwszej części dostępna jet tutaj.





Pół roku czekania było warte tej chwili, w której mogłam powrócić na wyspę Martha's Vineyard, by kontynuować przygodę z duchami ponurego Sorrow. Serce ze szkła wciągnęło mnie na tyle, że podświadomie nie mogłam się doczekać Serca w kawałkach. Jednak nie wytrzymam czekania jeszcze raz tyle na kolejną część!

David wrócił z Juli do Bostonu, niemal odciął się od ojca i przez pięć miesięcy nie pojawił się na rodzinnej wyspie. Taka sytuacja sprzyjała chłopakowi, gdyż jego ciało odżyło, a psychika powoli zaczęła się normować... Do czasu. Niepozorny incydent, w którym polała się krew, sprawił, że do Davida powróciły strzępki wspomnień z wydarzeń na klifach. Chłopak stał się na powrót nerwowy, wrażliwy i nieobecny, zupełnie jakby depresja nawracała. Gdy otrzymuje zaproszenie na pięćdziesiąte urodziny ojca, zapewnia Juli, że nie ma zamiaru się tam wybierać i nie chce wracać na wyspę. Dziewczyna boi się, że mogłoby to zaburzyć jego równowagę psychiczną, a jego psychiatra nie jest pewien, czy byłby to sposób na poradzenie sobie z przeszłością, czy wręcz przeciwnie.
W jego wspomnieniach pojawiła się wyrwa, ciemność, której nie potrafił przeniknąć. Człowiek stara się wtedy i wciąż próbuje, lecz wszystkie starania spełzają na niczym, aż pojawia się przeświadczenie, że coś jest nie tak. Że to obłęd.
David wciąż myśli o Charlie, z czasem zaczyna też planować podróż na wyspę w tajemnicy przed swoją dziewczyną. Sumienie jednak nie pozwala mu okłamywać Juli, dlatego informuje ja o swoich planach, prosząc jednocześnie, by nie jechała za nim. Juli, jak to zakochana nastolatka, nie chce zostawiać ukochanego, więc jedzie na wyspę z ojcem. Tam koszmar sprzed kilku miesięcy zaczyna się na nowo, a przecież jego sprawca zniknął...

Czytelnik również zaczyna przygodę z historią Kathrin Lange i jej bohaterami na nowo, wciągając się w wyjątkowy klimat bogatej posiadłości. Serce w kawałkach trzyma poziom poprzedniej części, jeśli o poziomie mogę tu mówić. Wciąż od książki trudno się oderwać, a każdy rozdział sprawia, że aż chce się czytać dalej. Jednak nie jest to lektura ambitna, która wzbudza wiele prawdziwych emocji, od których nie możemy się opędzić. Osobiście nie umiałam się zżyć z żadnym z jej bohaterów, często nie mogłam zrozumieć ich postępowania. Jak wspominałam w poprzedniej recenzji, w pewnym momencie Serca ze szkła Juli okazała się bohaterką dość ciekawą, jednak w tej części autorka znów ją spłyciła. Miałam często wrażenie, że jest ona w historii "na siłę", mimo że to główna bohaterka. Zupełnie jakby Kathrin pomyślała sobie: "facetowi z depresją jest potrzebna jakaś dziewczyna, i już, no żeby było mu łatwiej". Jednak jej przywiązanie do Davida, urojenia o jego rychłym zniknięciu, obawy przed zdradą, wytykanie swoich wad, porównywanie się do "pięknej i idealnej blondynki" były chwilami męczące i nużące. 
Jak można kogoś tak bardzo kochać, jak ja kochałam jego? Do tego stopnia, że to, co sprawiało mu ból, stawało się dla mnie prawdziwą torturą?
Kreacja Davida, drugiego głównego bohatera, wyszła o ton lepiej, może dlatego, że właśnie on jest w centrum tajemniczych wydarzeń. Jego choroba, uczucia, emocje, wspomnienia i relacje z ojcem zostały pokazane w sposób realny, jednak nadal nie dość dobry. Służąca w Sorrow pojawia się na kartach powieści jako głos duchów, co nie zmieniło się w stosunku do poprzedniej części. Ojciec Davida występował rzadziej, jednak myślę, że to on został pokazany w tej historii najlepiej. Nadal jest postacią o abstrakcyjnym stylu myślenia i potrafi zaskakiwać... W przeciwieństwie do ojca Juli, który często chyba nie jest nawet świadomy, że ma córkę. Zdarza mu się odegrać jakąś ważną rolę, ale to chyba tylko przebłyski. 

Koniec z krytykowaniem postaci. Przecież powiedziałam, że historia mnie wciągnęła i niecierpliwie czekam na kolejną część... No tak, jest to jedna z niewielu książek, w której bohaterowie są stworzeni "po łebkach", a fabuła jest niezwykle ciekawa i zaskakująca. Autorka wykazała się na tym polu pomysłowością, zwroty akcji są bowiem na wysokim poziomie. Ba! Zakończenie jest jednym wielkim zwrotem akcji, który sprawia, że pragnę się dowiedzieć, co dalej będzie się działo na wyspie... Nie tyle z bohaterami, co – jak rozwiąże się tajemnica, jaką rolę odgrywa miejscowa legenda i czy ludzie z okolicy Sorrow cały czas znali prawdę.

Książka jest utrzymana w tak lekkim stylu, że można przeczytać ją w chwilę. W jeden wieczór. Z czasem przestaje się zwracać uwagę na denerwującą główną bohaterkę, pomija się fakt jej istnienia – albo go toleruje – i z ciekawością dąży się do końca, próbując połączyć wątki i wyszukać wskazówki. To rzeczywiście magia czy spisek? Nie wiem. Wiem jednak, że Serce w kawałkach jest warte przeczytania, chociażby dla tej chwili odprężenia, zatopienia się w świat młodych ludzi zakochanych w sobie po uszy, niewidzących niczego poza sobą. Jest warte przede wszystkim rozwiązania zagadki.


Recenzja pisana dla

dzięki 
Redakcja Essentia


niedziela, 1 maja 2016

Tygodniowa wycieczka

W minionym tygodniu mogliście przeczytać:

Poniedziałek

Don't Starve – czasoumilacz czy pełnoprawna produkcja?

Ostatnimi czasy zauważyłem, że gałęzią branży gier, której powinniśmy się wszyscy przyglądać z zaciekawieniem, są tak zwane "indyki" – gry małych studiów o niskim budżecie. Są one ciekawym i smacznym daniem, również w świecie wirtualnej rozgrywki. Wierzę, że przepych i nasycenie pieniądzem oraz popularnością potrafi zamienić niektóre studia w fabryki masowej produkcji, wypluwające kolejne gierki co rok, byleby, mówiąc kolokwialnie, hajs się zgadzał. Gra nie jest młoda, a ja nie jestem odkrywczy, ale chciałbym przedstawić wam produkcję typu survival pt. Nie zagłódź się! (Don’t Starve studia Klei Entertainment, ale lubię być oryginalny)... czytaj więcej

Wtorek

The Killing Joke – Co tak poważnie? [ZAPOWIEDŹ]

Niedawno zapowiedziałem wam premierę filmu na podstawie uniwersum Batmana pt. Suicide Squad. Z pewnością pamiętacie, mówiłem o tym o TUTAJ. Dziś pragnę przedstawić wam pozycję niezwykle temu filmowi bliską, gdyż stworzoną na kanwie tego samego świata, a nawet jemu bliższą, gdyż na podstawie komiksu z 1988 roku, pt. The Killing Joke, czyli na słowiański Zabójczy Żart w reżyserii Sama Liu. Film ma przedstawiać nam kolejną historię kontynuującą wieloletni konflikt Batmana i Jokera... czytaj więcej


Środa

As na stronie #20

Jestem w trakcie czytania książki Niny George Księżyc nad Bretanią, dopiero przerzuciłam 120 stronę, a już mam zaznaczoną całą masę cytatów! Obawiam się, że nie zmieszczę się z nimi w jednym poście z serii As na stronie, więc już przed recenzją podaruję Wam kilka smaczków... Ta książka to naprawdę kopalnia cudownych cytatów!

Czy nie powiadają, że piękno to stan duszy? A gdy dusza jest kochana, wtedy każda kobieta zmienia się w zachwycającą istotę, nawet ta najbardziej przeciętna. Miłość odmienia dusze kobiet i stają się piękne, tylko na chwilę albo na zawsze... czytaj więcej

Czwartek

Seriale – taki dziwny fetysz czy coś więcej?

Właśnie zdałem sobie sprawę, jak wielką wartość mają seriale. Tak tak, to nie wynik zbyt długiego czytania książki bądź całonocnego grania w ulubioną produkcję, dobrze przeczytaliście! Seriale to wartość, a konkretniej to, co przez siebie nam przekazują, kogo "wypychają" na światło dzienne. Ich wartość artystyczna jest niepodważalna. To przemyślenie nasunęło mi się, gdy oglądałem pierwszy odcinek nowego sezonu Gry o Tron. Kilkoro z was mogłoby mi powiedzieć, że to jedynie wynik nostalgii i stęsknienia za ulubioną gromadką bohaterów, i pewnie te osoby miałyby rację. Prawda jest nieco głębsza i postaram się wyjaśnić, jak to widzę... czytaj więcej

Piątek

Związek na odległość: recepta na szczęście

Pierwszy post z serii "związek na odległość" był bardzo ogólny. Odpowiadałam na najczęściej zadawane pytania: jak poznać człowieka, skąd mieć pewność i co dalej... Prawda jest taka, że nic w życiu nie jest proste i nie dostajemy instrukcji obsługi człowieka czy uczuć – może i byłoby to przydatne, ale jak wszystko by spłycało i zamykało w ramy schematu, monotonii. Nie chcę w tym krótkim tekście mówić, jak postępować w związku na odległość, czego nie robić. Chcę tylko podzielić się własnym doświadczeniem, dać wskazówki, bo my znaleźliśmy własną receptę... czytaj więcej

Sobota

Krew i stal – czy Martwica jest sucha? 

Podszedłem do tej książki tak samo, jak do każdej książki fantasy ostatnich lat – z dystansem. Nie z powodu jakichś uprzedzeń, a raczej z powodu obaw, które jakże często okazały się mieć solidne podstawy w rzeczywistości. Piękny niegdyś gatunek jest dziś redukowany do roli bajeczek dla nastolatków, a etos walki dobra ze złem, intrygi i złożony wielowątkowy świat zamienione na proste historyjki miłosne nieopalonego wampira z idiotką. Pomimo faktu, że nadal jestem wielkim fanem tego gatunku, podchodzę do niego ostrożnie. I właśnie tą ostrożnością kierowałem się, sięgając po Krew i stal: Krainę Martwej Ziemi Jacka Łukawskiego... czytaj więcej