czwartek, 30 czerwca 2016

Namiętny weekend, który zmienia życie...

Myślicie, że życie można zaplanować od A do Z? Spisać cele na kartce, przewidzieć pojawiające się na drodze do przyszłości osoby, problemy i wydarzenia? A może sądzicie, że jak coś postanowicie, to przynajmniej los nie spłata figla i, z odrobiną wysiłku i samozaparcia, dopniecie swego? To jednym może wydawać się nudne, innym natomiast... stabilne. Pytanie jednak brzmi, czy jest możliwe?


 
Tytuł: Stinger. Żądło namiętności
Autor: Mia Sheridan 
Wydawnictwo: Septem (Helion SA)



Przez kilka lat Grace uważała, że ma nad swoim życiem całkowitą kontrolę i nic nie może jej zaskoczyć. Po rozwodzie rodziców studiowała prawo, ojciec doradził jej przyszłościową specjalizację i wszystko wskazywało na to, że będzie trwała w obecnej sytuacji, w przyszłości zarobi dużo pieniędzy i... no właśnie, i co? Zaplanowała sobie, że w przyszłości pozna "faceta numer dwa", który nauczy ją wszystkiego, co będzie jej potrzebne w relacji z przyszłym mężem. Mąż pojawi się "kiedyś tam", gdy skończy studia i znajdzie pracę w odpowiednim miejscu. Do tego dwójka dzieci i ciepełko rodzinnego życia. Brzmi cudownie, ale nieco absurdalnie, czyż nie? Życie również musiało sobie zakpić z młodej i naiwnej Grace, gdy wyjechała na konferencję studentów prawa do Las Vegas. To jej pierwszy wolny weekend od niepamiętnych czasów, wciąż zaplanowany co do godziny. Basen, nauka, wykład... Dziewczyna zdziwiona odkrywa, że w tym samym czasie w luksusowym hotelu odbywa się konferencja pracowników i fanów porno. Można zadać pytanie, co to ma wspólnego z ułożoną i niewinną studentką? Odpowiedź przychodzi sama, gdy Grace poznaje Carsona Stingera, aktora heteroseksualnego. Jedna chwila w zepsutej windzie zmienia całe życie zarówno jej, jak i jego. Mimo że mają być w swoich życiorysach tylko epizodem, połączyło ich coś, czego nigdy się nie spodziewali. Coś, czego nie było w planach Grace. 
Czasem na terapię potrzeba wielu lat, a czasem wystarcza jedna niewiarygodna chwila – lata wątpliwości i nienawiści do samego siebie leczy chwila zdumiewającej miłości.
Życie każdego człowieka jest dynamiczne. Nic nie jest niezmienne, a codzienność pozbawiona emocji i uczuć jest niepełna. Dziś nie jesteśmy tym, kim byliśmy wczoraj. Jutro znów będziemy kimś innym. Ta książka pokazuje ludzi tak prawdziwych, że mogliby żyć gdzieś obok nas. Oczywiście nie zaglądamy im do sypialni, więc o tym nie wiemy. Mia Sheridan podejmuje w Stinger. Żądło namiętności temat dość popularny, ale w sposób wyjątkowy i ciekawy. Do tej pory przeczytałam tylko jedną jej książkę, Bez słów, i byłam pod niemałym wrażeniem. Jednak jeśli uważacie, że to, co autorka zrobiła w historii, której głównym bohaterem był Archer, to wszystko, na co ją stać... cóż, mylicie się. Moim zdaniem Stinger... jest jeszcze lepsze, chociaż przedstawia zupełnie inną historię. Wciąż jest życiowo i zaskakująco, wciąż Mia daje popis swoich umiejętności poprowadzenia fabuły w sposób niekonwencjonalny i tworzenia niebanalnych postaci o ciekawych osobowościach.

Grace, jak już wiecie, chce być perfekcyjna. Wszystko musi być idealne. Postępuje tak z logicznych powodów i niemal udaje jej się trzymać całe swoje życie w ryzach. Carson jest z kolei jej przeciwieństwem. Chce przeżywać każdy dzień, doświadczać wielu emocji i czuć płynącą w żyłach adrenalinę. Rzekomo w branży erotycznej pracuje, bo lubi seks. Ale czy na pewno? Autorka nie zdradza czytelnikom od razu powodów, dlaczego jego życie potoczyło się tak, a nie inaczej. Nie rzuca w nas bohaterem przewidywalnym i bezsensownym, ale pozwala z czasem odkrywać przeszłość i sposób myślenia. Ta dwójka bohaterów jest z dwóch różnych światów, ale – jak wiemy – są tacy ludzie, którzy pojawiają się w naszym życiu po coś. Nie możemy powiedzieć od razu: "o, on zmieni moje życie", ale patrząc na wiele sytuacji z perspektywy czasu uświadamiamy sobie, że od początku "coś było nie tak". Właśnie na tym polega relacja Grace i Carsona, diametralnie zmieniają życie drugiej osoby.
(...) lubię że pozwalasz mi zajrzeć pod swoją perfekcyjną powierzchowność, bo okazuje się, że to, co tam ukrywasz, jest jeszcze bardziej zachwycające (...).
Muszę przyznać, że momentami było bardzo przewidywalnie. Jeszcze zanim przewróciłam kartkę, wiedziałam, co za chwilę przeczytam. Było tak przede wszystkim w pierwszej części książki, noszącej nazwę "Skorpion". Z upływem stron wiedziałam jednak, że nie będzie sielankowo i nudnawo. Kolejna część utwierdziła mnie tylko w tym przekonaniu, bo z historyjki opartej na seksie – o którym za chwilę wspomnę szerzej – zrodziła się historia o problemie istotnym, ale niezauważanym przez zwykłych ludzi. Historia, która pokazała, że wszystko jest możliwe. Wystarczy tylko małe pchnięcie, by sprawy przybrały nieoczekiwany obrót, by wszystko się zmieniło. Na lepsze czy na gorsze, nie mnie oceniać. Tego dowiecie się zapewne sięgając po tę pozycję.

W Bez słów Mia Sheridan nie wplatała w fabułę seksu tak często, jak w Stinger. Żądło namiętności. Tam stawiała głownie na uczucia, które prowadzą do zbliżenia. Miłość odgrywała główną rolę, miłość trudna i piękna. Tutaj jest natomiast odwrotnie: to seks prowadzi do miłości. W krótkiej notce o autorce możemy przeczytać, że uwielbia snuć opowieści o ludziach, którzy są sobie przeznaczeni. I muszę powiedzieć, że bardzo w niej to polubiłam. Autorka idealnie opisuje uczucia zakochanych, dopełniając je scenami seksu i miłości cielesnej, w takich dawkach, że nie są męczące. Mia pokazuje, że jedno nie wyklucza drugiego, i za to daję jej ogromnego plusa. Opisy zawsze są pełne delikatności i namiętności, nie wulgarne czy przesadzone... No, jak to w erotykach bywa, czasami zbyt idealne. Najlepsze jest jednak to, że opowieści są tak wciągające, że trudno nie pochłonąć jej od razu.
W życiu spotykamy ludzi, którzy nas ratują, zarówno na duże, jak i na małe sposoby. Czasem ratunek oznacza, że ktoś cię uwolni z ciemnego pokoju bez okien albo wyciągnie z płonącego budynku. Ale znacznie częściej oznacza ratunek od samego siebie, a także to, że warto otworzyć się na miłość, bo miłość wcale nie jest bajką. 
Och, dobra! Przyznam się bez bicia: przeczytałam ją w jeden dzień. Wszystko dlatego, że lubię historie lekkie i przyjemne, jednak poruszające nie tylko moje uczucia, ale ważne kwestie życiowe. Lubię obserwować, jak bohater zmienia się na moich oczach, bierze życie w swoje ręce i zaczyna decydować o sobie, nie zapominając przy tym o innych. Stinger. Żądło namiętności pokazuje, że ludzie są w życiu bardzo ważni i potrzebni do właściwego funkcjonowania, ale trzeba żyć z nimi, nie tylko się na nich zdawać. Grace była tylko bodźcem, który wywołał lawinę myśli i decyzji zmieniających rzeczywistość Carsona, i odwrotnie. W każdym człowieku kryje się dobro i wrażliwość, potrzebny jest tylko  impuls, który wypuści je na światło dzienne.


Za książkę dziękuję Grupie Wydawniczej HELION

środa, 29 czerwca 2016

As na stronie #25 – Miłość i kłamstwa, Stinger

Dziś zapraszam was na wspaniałe cytaty z dwóch książek: Miłość i kłamstwa Cecelii Ahern, której recenzja pojawiła się w miniony piątek, i Stinger. Żądło namiętności Mii Sheridan, której recenzję przygotowałam na ten tydzień... Ciekawi? Więc zapraszam na chwilę relaksu!


(...) wierzę, że nawet nieoczekiwana zmiana w czyimś zachowaniu mieści się w naturze tej osoby, że jakaś część nas jest wciąż obecna, tylko pozostaje w uśpieniu, czekając na dogodny moment, żeby się ujawnić.
Zawsze patrz na cel, Fergus, a twój mózg sprawi, że stanie się, jak chcesz.
Są rzeczy, o których chcemy zapomnieć, rzeczy, których nie możemy zapomnieć, i rzeczy, o których zapominamy, że je zapomnieliśmy – aż do chwili, kiedy same nam o sobie przypominają. To całkiem nowa kategoria. Wszyscy mamy coś, o czym nigdy nie chcielibyśmy zapomnieć. Wszyscy potrzebujemy kogoś, kto będzie pamiętał, tak na wszelki wypadek.
Chciałem kogoś lepszego od siebie. Dopiero później doszedłem do wniosku, że to ja chciałem stać się w ten sposób lepszy, zupełnie jakby Gina mogła mieć na mnie wpływ.
(...) martwi są martwi i tyle. Jak już umrzesz, to chyba wolisz po prostu cieszyć się tym, że nie żyjesz, niż zawracać sobie głowę problemami ludzi, którzy zostali. Martwienie się jest dla tych, co żyją.

To niewiarygodnie denerwujące, kiedy się coś zapomina, ale być zapomnianym to musi być całkiem inna sprawa.
Tam jest ktoś, kto na ciebie czeka, kto chce ci pomóc... Ktoś, kto cię kocha. To powinno motywować cię do wysiłku.
Do diabła z kłopotami, cieszmy się tym, co jest teraz, radujmy się tą chwilą i wszystkim, co robimy.

(...) lubię że pozwalasz mi zajrzeć pod swoją perfekcyjną powierzchowność, bo okazuje się, że to, co tam ukrywasz, jest jeszcze bardziej zachwycające (...).
(...) bardzo lubię to, jak się przy tobie czuję: mam wrażenie, że gdybyś patrzyła na mnie codziennie tak, jak patrzysz teraz, to mógłbym zrobić wszystko, być kimkolwiek zechcę, osiągnąć więcej (...).
Miłość nie zawsze ma sens. I na tym polega jej piękno, jej tajemnica – coś, czego cynicy wyśmiewający tak zwaną miłość od pierwszego wejrzenia z miejsca by zabronili, gdyby tylko mogli. Ale tajemnicy nie da się sfabrykować (...).
Zadbaj o swoje szczęście, Gracie. Nikt nie wie lepiej ode mnie, że trzeba je chwytać i trzymać się go kurczowo, kiedy stanie na twojej drodze. Więcej może się nie pojawić.
(...) musisz wiedzieć, że bliskość z kobietą, którą kochasz, to najlepsze, co może cię w życiu spotkać.
Czasem na terapię potrzeba wielu lat, a czasem wystarcza jedna niewiarygodna chwila – lata wątpliwości i nienawiści do samego siebie leczy chwila zdumiewającej miłości.
W życiu spotykamy ludzi, którzy nas ratują, zarówno na duże, jak i na małe sposoby. Czasem ratunek oznacza, że ktoś cię uwolni z ciemnego pokoju bez okien albo wyciągnie z płonącego budynku. Ale znacznie częściej oznacza ratunek od samego siebie, a także to, że warto otworzyć się na miłość, bo miłość wcale nie jest bajką. 

wtorek, 28 czerwca 2016

SuperHot – nawet mnie można zaskoczyć!

źródło
Dzisiejszą recenzję piszę, mówiąc szczerze, delikatnie zaskoczony. Nigdy wcześniej nie sięgałem po tytuł tak bardzo nieświadomy tego, że może okazać się czymś więcej, niż z początku zakładałem. Zakupiłem grę pragnąc niczego innego, jak tylko odmóżdżającej i prostej, aczkolwiek efektownej, strzelanki. Dostałem natomiast produkt o pewnym niespotykanym wcześniej w grze tego kalibru stopniu złożoności i innowacyjności. Gra o której mowa nazywa się SuperHot studia BlueBrick. Guess what? To polskie studio i rodzima gra! Przyjrzyjmy się więc temu niezwykle intrygującemu shooterowi...
źródło

Warto wspomnieć kilka słów o grafice, która pomimo głębi, o której jeszcze wspomnę, utrzymuje prawdę w stwierdzeniu, że prostota ma jakieś swoje rustykalne piękno. Wygląda jak koncept dopiero powstającej gry. Postaci to kryształowe osoby. Czerwoni to nasi przeciwnicy, my jesteśmy czarnym ludzikiem, a całe otoczenie utrzymane jest w odcieniach bieli. Niezwykle oszczędne i delikatnie psychodeliczne wystroje pomieszczeń, w których będą toczyć się nasze bitwy, dają nam wrażenie artystycznego minimalizmu. Jest schludnie i ładnie, ale nie ma szału. Nie ma przepychu, który odwracałby uwagę od ważniejszych elementów produkcji. Jest to przemyślany i zrozumiały zabieg ze strony twórców, którzy doskonale znając swoje słabe i mocne strony, postanowili przykuć naszą uwagę do tych drugich.
źródło
Gameplay jest niezwykle prosty do zrozumienia, ale trudny do wymasterowania. Mamy tutaj mnóstwo mapek następujących po sobie, w których, używając jedynie swoich rąk, przedmiotów znalezionych na stołach oraz broni odebranej przeciwnikom, musimy pokonywać wyrzucanych na nas przeciwników. Oczywiście ich ilość jest przytłaczająca i nigdy nie było sytuacji, że walczyliśmy jeden na jednego.

Cały pic tej produkcji polega na tym, że czas biegnie jedynie w momencie, w którym się ruszymy bądź wykonamy jakąś akcję. Gdy stoimy w miejscu, biegnie on przerażająco wolno i mamy wtedy czas na to, by przemyśleć nasz następny krok. Tak moi mili. Przemyśleć. Gra, choć nie obfituje w najbardziej inteligentne AI świata, wymaga od nas myślenia, gdyż siła naszego wroga nie leży w jego jakości, a w ilości. Pocisków latających wokół nas w zwolnionym tempie czasami jest tak dużo, że nie mamy w którą stronę się obrócić, aby ich uniknąć. Rozgrywka jest niezwykle przyjemna i płynna, gra wymaga myślenia, zręczności i stalowych nerwów. Te ostatnie potrzebne są szczególnie w sytuacjach, gdy akcja przytłacza nas tak mocno, że zaczynamy się stresować i popełniamy niezwykle głupie błędy. W tym momencie macie przed oczami obraz gry ciekawej, może i innowacyjnej pod pewnymi względami, ale na pewno nie tak głębokiej, jak starałem się wam ją przedstawić, prawda? Wiem, że tak jest, nie próbujcie mnie oszukać, moi mili!
źródło

W czym więc leży głębia, o której tak nawijałem na samym początku mojego wpisu? Leży ona, moi drodzy, w innowacyjności poprowadzenia FABUŁY! Owszem. Ta gra ma fabułę. Zaczyna się tak, że jakiś nasz kolega podsyła nam tę właśnie grę. SuperHot. Poleca nam ją i pisze, że koniecznie musimy w nią zagrać. Po kilkunastu minutach rozgrywki za pomocą hasła przedostajemy się do zablokowanych przez twórców map. Jak się okazuje SuperHot to nie gra, a narzędzie kontroli. Tym samym sposobem trafiamy poniekąd w niewolę gry, jak i jej twórców, którzy zdolni są nawet w jakiś sposób zrobić nam krzywdę. Do dziś pamiętam sytuację, gdy w grze udałem się do pomieszczenia będącego odwzorowaniem pokoju głównego bohatera i uderzyłem siebie samego w głowę, co poczuł tenże bohater. Nie możemy nawet powiadomić naszego kolegi o tym, co dzieje się od grania w tę produkcję, gdyż nasz system, przejęty przez złowrogą organizację, kontroluje nasze wiadomości i zmienia ich treść. To dość przygnębiające i pogmatwane, a także niezwykle innowacyjne, jeśli mówimy o samym sposobie narracji.

W tej grze... gramy w grę, która, jak się okazuje, potrafi przejąć nad swoim użytkownikiem kontrolę, a raczej osoby, tworzące tę produkcje. Była nawet sytuacja, w której System zmusił mnie do wyłączenia gry, co wyrzuciło mnie do pulpitu. W takich sytuacjach można rzeczywiście poczuć się jak osoba podglądana, kontrolowana i szpiegowana. Niesamowite!

Jak sami widzicie, gra SuperHot jest... super. Po prostu! Ma oczywiście drobne problemy z płynnością, nawet na maszynie takiej jak moja, i nieco za bardzo stara się być skomplikowaną produkcją, podczas gdy największym jej plusem jest właśnie prostota, ale... W tym szaleństwie jest metoda. Gra jest niesamowicie grywalna, przepysznie chora i dziwaczna, i właśnie dzięki temu niestandardowa, świeża i po prostu dobra. Wracajcie do swoich Call of Duty, odgrzewanych kotletów. Ja ustrzelę jeszcze kilka czerwonych kryształków i spróbuję wyrwać samego siebie z macek szalonego Systemu. 

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Miłość i kłamstwa, czyli relacja małżonków

Uwaga! Wpis może zawierać spoilery książki Miłość i kłamstwa Cecelii Ahern. Czytasz na własną odpowiedzialność :)

W recenzji książki Miłość i kłamstwa (recenzja TUTAJ) wspomniałam, że napiszę o "pozornie najzwyklejszych decyzjach". Wnioskuję, że "pozornie najzwyklejszą decyzją" w tej książce było przybranie przez Fergusa pewnego rodzaju pseudonimu artystycznego, konkretnie imienia jego zmarłego brata. Fergus podjął decyzję, że będzie przed żoną i córką ukrywał swoją pasję, jaką była gra w marmurki (takie kuleczki, jak powiedziałby ktoś, kto się nie zna, czyli ja). Jednak czy ta decyzja była rzeczywiście pozorna?

Po pierwsze: żona (wtedy jeszcze przyszła) go wyśmiała (!), gdy wspomniał o tym, że gra w kulki. Och, Fergus! Nie żartuj, przecież to zabawa dla dzieci. Powiedz lepiej prawdę, grasz w nogę?... No, mniej więcej tak to wyglądało. Fergus po takiej reakcji naturalnie zamknął się w sobie. Można powiedzieć, że jest to odruch trochę dziecinny, ale ten bohater przypominał mi takiego "typowego Piotrusia Pana". Nawet gdy był już w związku ze swoją przyszłą żoną, chodził na boku do innych kobiet, bo ta wolała trzymać dziewictwo do ślubu (dziewczyny, strzeżcie się! Widzicie, co was czeka, gdy będziecie zażarcie bronić swojej cnoty do Tego Dnia ☺), a Fergus, owszem, potrafił tę decyzję uszanować i przyjąć do wiadomości, ale sam nie miał zamiaru żyć w czystości aż do ślubu... Przecież nigdy nie wiadomo, czy w końcu mu się odda. Może rozboli ją głowa? Gina nigdy się o tym nie dowiedziała. Dodam jeszcze, że w noc poślubną Fergus wynalazł dla Giny piękny marmurek, który chciał jej symbolicznie podarować, jak serce na dłoni. Ona jednak kulki nie uszanowała, upuściła i zniszczyła, po czym się rozpłakała, że wydał na nią pieniądze (to szanuj, kobieto, te swoje pieniądze, a nie rzucasz kulkę i odbierasz jej wartość, rzeczy zawsze można odsprzedać!). Odrzucenie numer dwa. Facet próbował się otworzyć, próbował dać się poznać również z tej strony.

W trakcie małżeństwa Fergus również nie potrafił powstrzymać się od przeżywania uniesień gdzieś na boku, jednak nie były to wtedy uniesienia tylko z kobietami, ale też z tymi jego kulkami. To trochę tak, że gdyby Gina go nie wyśmiała i nie nie zaakceptowała jego pasji, wiedziałaby, że jej mąż znika na długo nie do kochanek... No chyba że kulki nazwiemy kochankami. Wiedziałaby, że jest najlepszy. Wiedziałaby, że zdobywa nagrody, że "Dziwki" to nie jego kochanki, ale fragment nazwy zespołu... "kulkowego". Wiedziałaby też, że z jej mężem jest coś nie halo, bo przybiera imię swojego zmarłego brata, który był dla niego autorytetem (tak na marginesie).

Małżeństwo jest relacją, w której nie może być tajemnic, ale nie może być też wyśmiewania i braku akceptacji. Małżonkowie – przynajmniej według mnie – mają być jednością, mają dzielić ze sobą pasje, codzienność, życie... nie tylko łóżko. Jasne, tajemnice są super. Tajemnice są intrygujące. Każdy może mieć swoje tajemnice, to nic złego. Ale myślę, że pasja, która wypełnia dużą część życia, tajemnicą być nie może... Jest po prostu za duża, zbyt znacząca i daje wiele wątpliwości (chociażby zwątpienie w wierność). Spróbuj ukryć przed drugą połówką, że stłukłeś jej ulubiony kubek, ale nie połowę życia!

Druga sprawa, że Sabrina obwiniała ojca o to, że nic jej nie powiedział. Nie rozumiałam trochę tego, przecież opowiadał jej, jak jednego dnia włożyła sobie marmurek do nosa, gdy sięgała po jakiś słoik z kulkami... Więc jednak nie ukrywał przed nią pasji. Chyba że ona po prostu nie pamiętała. Ale kolejna sprawa, że się nie zainteresowała. Przecież po rozwodzie Fergus miał kolejną kobietę, którą kochał i która wiedziała o tych kulkach i potrafiła z nim grać. Nie poszła odwiedzić go, skoro niemal mieszkał z tą całą Cat? Sabrina wielce rozpacza, że nie znała ojca, lamentuje, że nic nie powiedział o marmurkach i o bracie i w ogóle, ale czy próbowała sama się dowiedzieć? Może to są po prostu niedomówienia wynikające z dość powierzchownej realizacji książki... Ale wciąż mnie to zastanawia.

Tak czy siak, decyzji Fergusa dotyczącej udawania, a raczej przybrania innego imienia (bo właśnie wtedy był sobą, wtedy nikogo nie okłamywał, oddawał się w pełni pasji, decyzji dotyczącej życia w permanentnym kłamstwie), nie można nazwać nawet pozornie najzwyklejszą decyzją. To wszystko miało swoje podłoże. Żona go wyśmiała – numer... w sumie numer dwa. Numerem jeden był sposób, w jaki traktowano go jako chłopca w szkole, w domu, przez rodziców i rodzeństwo. Do tego jak czułby się człowiek, który dowiedziałby się, że został właśnie znaleziony martwy gdzieś w innym kraju...? Jak by się czuł, gdyby miał jechać na rozpoznanie samego siebie, domyślając się, że jest to starszy brat – autorytet z dzieciństwa? W końcu: jak by się czuł, gdyby to rzeczywiście był ten brat, posługujący się jego imieniem? To wszystko nie mogło nie odbić się na charakterze Fergusa.

Drugą pozornie najzwyklejszą decyzją, jaka pojawiła się w tej książce, było podjęcie się małego śledztwa przez Sabrinę. Jak wspominałam w recenzji, wszystko dzieje się jednego dnia i dzieje się tego stanowczo za dużo. Ale też za mało. Ten temat już przegadałam wtedy, więc teraz tylko napomykam. Swego rodzaju "motyw jednego dnia" pojawia się w literaturze bardzo często, prawda? Akcja dramatów antycznych dzieje się jednego dnia. Jokera od innych ludzi różni jeden zły dzień. Szymborska pisała, że żaden dzień się nie powtórzy. I tak dalej. W książce Miłość i kłamstwa również można powiedzieć, że jeden dzień jest symboliczny – i taką też refleksję we mnie obudziła. Jednego dnia możemy zmienić swoje życie, ale również dzień może je zmienić bez naszej zgody i wiedzy. Sabrina jednego dnia robi dużo za dużo, na co już narzekałam: Rano była w pracy, w pracy coś narozrabiała, w szpitalu odkryła pudła dla taty, porozmawiała o tych pudłach z mamą, później wróciła do domu i te pudła rozpakowała, poukładała wszystko na podłodze i poprzeglądała, pojechała do prawnika, do jakiegoś faceta, znów do prawnika, do szpitala, na pole, spotkała wielu ludzi i zdążyła z nimi posiedzieć i porozmawiać... No nie da się tego wszystkiego zrobić w jeden dzień, nawet gdy wstanie się o godzinie ósmej i pominie śniadanie... Ale przyszło mi na myśl powiedzenie "co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj". Może w książce nie chodziło o to, by pokazać rzeczywiście jeden dzień, ale by pokazać, że ten "jeden dzień", to nie tylko 24 godziny, które można zmarnować na leżenie przed telewizorem z miską chipsów na brzuchu. To 24 godziny, 1440 minut, 86400 sekund... Tyle czasu, by czegoś dokonać. Tyle czasu, by zmienić świat. Nie koniecznie cały, ale możliwie własny. Jeden dzień to naprawdę wiele i musimy o tym pamiętać. Podczas lektury akurat tej powieści Ahern również, ponieważ właśnie jednego dnia główna bohaterka traci ojca (w końcu on wiele rzeczy zapomina), ale nie traci go na szczęście bezpowrotnie i definitywnie.

Dlaczego właściwie wszystko, co piszę, brzmi, jakbym broniła tej książki sama przed sobą? Przecież nie mówiłam, że jest zła... Nie, nie bronię jej. Przedstawiam wam tylko swoje myśli, bo – jak pisałam – wywołała we mnie mieszane uczucia. Nudziła, fakt. Ale ma jednak coś, dzięki czemu zaczęłam myśleć. Nie zostanie ze mną na długo, pewnie zapomnę o niej wśród innych naprawdę dobrych książek, ale do czegoś mnie, jak widać, skłoniła... Pozdrawiam wytrwałych i mam nadzieję, że znajdzie się tutaj ktoś, z kim będę mogła podyskutować!

niedziela, 26 czerwca 2016

Tygodniowa wycieczka

 W minionym tygodniu mogliście przeczytać:

Środa


As na stronie #24 – Art&Soul 

Zapraszam na małą zapowiedź recenzji, która pojawi się już niedługo na Asie... Jedna z lepszych książek tego roku. Panie i Panowie, oto Art&Soul Brittainy C. Cherry.
 
Wiedziałam, że głupotą było wychodzenie z domu tak późno w nocy, jednak gdy się ma zbolałe serce, wokół istnieje niewielu ludzi, którzy potrafią je ochronić... czytaj więcej

Czwartek

Seria gier Batman: Arkham – gry, które dały mi pasję! 

Są takie serie gier, które choć nie obijają się zbyt szerokim echem na świecie, to jednak niosą ze sobą kawał deweloperskiego kunsztu. Gry te, choć w mej opinii nieco niedocenione, sprawiają, że moje serce głośniej i mocniej bije, a umysł pogrąża się w rozmaitych przemyśleniach pobudzając wyobraźnię, wzbudzając zainteresowanie czy też... pasję. U mnie tą "podarowaną" pasją są komiksy.

A wszystko zaczęło się w magicznym dla gier komputerowych roku 2009, w którym to na świat przyszła gra studia Rocksteady opowiadająca przygody jednego z najlepszych superbohaterów w komiksowym świecie. Riddle me this! Zgadza się! Mam na myśli grę Batman: Arkham Asylum oraz dwie następujące po niej części Batman: Arkham City i Arkham Knight. To właśnie ta seria jest bohaterem dzisiejszego wpisu... czytaj więcej

Piątek


Kłamstwa i miłość...

Cecelia Ahern jest autorką znaną niemal każdemu, kto zetknął się z książkami. Jeśli nie czytał którejś jej powieści, na pewno słyszał gdzieś to nazwisko, choćby w czasie premiery filmu Love, Rosie. Oglądając go, myślałam, że książka musi być naprawdę interesująca, a autorka utalentowana. Jednak Miłość i kłamstwa to moje pierwsze spotkanie z Cecelią (jak wiecie, nie lubię czytać książek, których ekranizację zdążyłam już obejrzeć), autorką lubianą i poczytną. Czy udane? Przekonajmy się, bo na chwilę obecną sama nie jestem pewna swoich odczuć... czytaj więcej



piątek, 24 czerwca 2016

Kłamstwa i miłość...

Cecelia Ahern jest autorką znaną niemal każdemu, kto zetknął się z książkami. Jeśli nie czytał którejś jej powieści, na pewno słyszał gdzieś to nazwisko, choćby w czasie premiery filmu Love, Rosie. Oglądając go, myślałam, że książka musi być naprawdę interesująca, a autorka utalentowana. Jednak Miłość i kłamstwa to moje pierwsze spotkanie z Cecelią (jak wiecie, nie lubię czytać książek, których ekranizację zdążyłam już obejrzeć), autorką lubianą i poczytną. Czy udane? Przekonajmy się, bo na chwilę obecną sama nie jestem pewna swoich odczuć...


Tytuł: Miłość i kłamstwa
Autor: Cecelia Ahern
Wydawnictwo: Akurat


Sabrina Boggs jest około trzydziestoletnią żoną, matką, ratowniczką. Basen i pływanie jest jej pasją, a powiedzenie, że w wodzie czuje się jak ryba jest w jej przypadku bardzo trafione. Problem w tym, że nie może w pełni się rozwijać w swoim zawodzie, a jej codzienność jest zlepkiem powtarzalnych chwil. Jednym słowem, Sabrina żyje w monotonii i nie tylko to jest jej problemem. W małżeństwie ostatnio się nie układa, bo nie dogaduje się z mężem. W pracy nie jest tak, jakby tego oczekiwała. Ojciec o imieniu Fergus dostał udaru i trafił do szpitala pozbawiony pamięci o wielu istotnych sprawach swojego życia, do tego wraz z matką – która już od kilkunastu lat jest z Fergusem rozwiedziona – muszą spakować jego rzeczy. Obie kobiety uważają, że Fergus jest tylko... Fergusem, a w jego życiu były tylko kobiety i praca w zawodzie sprzedawcy, która i tak nigdy się go długo nie trzymała. Ich myślenie zmienia się, gdy Sabrina odkrywa pudełka, których nie pakowała z matką i nie wie, skąd się wzięły. Ich zawartość jest tak zaskakująca i tajemnicza, że Sabrina postanawia przeprowadzić małe śledztwo i dowiedzieć się więcej o przeszłości ojca. Nie spodziewała się jednak, że pozna zupełnie innego człowieka. Człowieka, który już nie żyje, a o którym pamięć Fergus starał się pielęgnować.
Wszyscy mamy coś, o czym nigdy nie chcielibyśmy zapomnieć. Wszyscy potrzebujemy kogoś, kto będzie o tym pamiętał, tak na wszelki wypadek.
Na drodze Sabriny pojawia się wiele osób, o których do tej pory nie miała pojęcia, nie znała ich osobiście, nie interesowała się nimi, mimo że w większości byli jej krewnymi. Jeden dzień odkrywa przed młodą kobietą głęboko i starannie ukrywane tajemnice. Jeden dzień pokazuje jej, że nie wszyscy są tymi, za kogo się podają. Jeden dzień zmienia... wszystko.

Mniej więcej w ten sposób mogę sucho przedstawić fabułę książki Miłość i kłamstwa, jednak to za mało. Zdecydowanie za mało. Ale zacznijmy od początku... Zainteresowała mnie ona głównie ze względu na opis, jaki wydawnictwo umieściło z tyłu książki. Jeśli ktoś z was nie wie, odsyłam tutaj. Muszę przyznać, że zapowiadała się interesująca historia, która pochłonie mnie na tyle, że skończę czytać jeszcze tego samego dnia, co zaczęłam. Te słowa są po prostu... piękne, idealnie zachęcają, by sięgnąć po kolejną (w moim przypadku pierwszą) historię stworzoną przez Cecelię Ahern. Nie mogę powiedzieć, że są one złudne... Nie mogę powiedzieć też, że jestem zawiedziona, bo byłyby to słowa za ciężkie i nie mogłabym wziąć za nie odpowiedzialności. Ale powiem, że oczekiwałam czegoś... czegoś innego. Czegoś, co mną, czytelnikiem obyczajówek, wstrząśnie. Myślałam, że coś się będzie działo, że będzie się działo lepiej i więcej. Miałam dostać świetnie stworzonych bohaterów, co sugerowały mi zdania "Sabrina ma tylko jeden dzień na poznanie sekretów mężczyzny, którego rzekomo tak dobrze znała. Dzień, który wydobywa na światło dzienne wspomnienia, historie i ludzi, o istnieniu których nie miała dotąd pojęcia. Dzień, który na zawsze zmieni ją i wszystkich wokół niej"... Ale dość, za bardzo się rozgadałam! W tej historii jest naprawdę dużo bohaterów. Poznajemy całe rodziny różniące się od siebie diametralnie. W moim odczuciu niestety nikogo nie poznajemy na tyle dobrze, by móc przez książkę przejść z sympatią do którejś z postaci (nawet głównej). Sabrina to zwykła kobieta, Fergus to zwykły facet... i nie ratuje go nawet wyjątkowe hobby, bo czytanie wciąż o kulkach momentami mnie nudziło. Aczkolwiek do niego mam najmniej zastrzeżeń. Najlepiej zrozumiałam jego postępowanie i to, co nim kierowało. Nadal niestety wszystko zostało tylko wspomniane, zasygnalizowane czytelnikowi.
Chciałem kogoś lepszego od siebie. Dopiero później doszedłem do wniosku, że to ja chciałem stać się w ten sposób lepszy, zupełnie jakby Gina mogła mieć na mnie wpływ.
Początek zapowiadał dobrą historię. Cofnęliśmy się w czasie do lat dzieciństwa Fergusa, który był uczniem niesprawiedliwie traktowanym w szkole i to właśnie on opisywał swoje przeżycia i początki wyjątkowego hobby. Następny rozdział przeniósł czytelników do teraźniejszości widzianej oczami Sabriny, która przybliża swoją sytuację. Dalej wszystko toczy się właśnie w ten sposób – na zmianę. Zabieg dobry, zauważyłam że coraz częściej stosowany w książkach. Pozwala dokładniej wczuć się w sytuacje bohaterów, zobaczyć je z różnych stron. To jest wielki plus, jednak realizacja pozostawia wiele do życzenia... Miałam wrażenie momentami, że autorka próbowała powiedzieć za dużo na raz, a opisy stawały się długie i nudne, ale mało wnoszące. 

Mam też duże zastrzeżenia do fabuły. Wyżej napisałam, że myślałam, że coś będzie się działo. Działo się owszem. Ale co? No właściwie to... nic. Wszystko wydarzyło się jednego dnia. Nie wiem, jakim trzeba być robotem i jakim środkiem transportu podróżować, by zdążyć jednego dnia zrobić to, co zrobiła Sabrina. Rano była w pracy, w pracy coś narozrabiała, w szpitalu odkryła pudła dla taty, porozmawiała o tych pudłach z mamą, później wróciła do domu i te pudła rozpakowała, poukładała wszystko na podłodze i poprzeglądała, pojechała do prawnika, do jakiegoś faceta, znów do prawnika, do szpitala, na pole, spotkała wielu ludzi i zdążyła z nimi posiedzieć i porozmawiać... No nie da się tego wszystkiego zrobić w jeden dzień, nawet gdy wstanie się o godzinie ósmej i pominie śniadanie. Owszem, w książce są przywoływane również wspomnienia Fergusa i ludzi z nim związanych, jednak patrzę tylko na poczynania Sabriny.

Jednak nie mogę się tylko czepiać szczegółów... Może po prostu Miłość i kłamstwa nie jest w moim guście, może źle nastawiłam się do lektury. Jedno zdanie z opisu na okładce się sprawdziło. Książka skłoniła mnie do refleksji nie tyle o pozornie najzwyklejszych decyzjach (o czym myślę, że napiszę jeszcze niedługo na blogu, bo mam dużo w głowie, a nie chcę aż tak spoilerować książki), co o znaczeniu jednego dnia w życiu i o jego symbolice w książkach. Patrząc pod tym kątem, zamysł był świetny, bo symboliczny "jeden dzień" może wywrócić wszystko do góry nogami i jest rzeczywiście często używany... Ale nadal jestem zdania, że realizacja leży i kwiczy.
Tam jest ktoś, kto na ciebie czeka, kto chce ci pomóc... Ktoś, kto cię kocha. To powinno motywować cię do wysiłku.
Kończąc mój już i tak za długi wywód, powiem jeszcze, że... z jednej strony się wynudziłam i trochę "męczyłam" tę książkę, z drugiej jednak uważam, że istnieją czytelnicy, którym może się spodobać, przypaść do gustu, bo to akurat coś, co każdy ma własne. Dla mnie temat książki nie został zrealizowany, a wszystko kręci się wokół jednego (chociaż dzieje się dużo). Ale nie mogę jej odradzić nikomu, nie chcę jej odradzać. Ba! Chcę ją polecić. Przeczytajcie tę książkę i powiedzcie, co o niej sądzicie. Powiedzcie, jakie myśli w was obudziła, bo nawet we mnie jest to dość sporna kwestia. Nie mogę powiedzieć z czystym sumieniem "nie podobała mi się" i kropka. Nie mogę powiedzieć też "wow, po prostu świetne". Mogłabym gadać i gadać, taką mieszaninę uczuć wywołały we mnie Miłość i kłamstwa. A to właśnie w książkach cenię. Lubię, gdy pobudzają mnie do myślenia o sprawach, nad którymi bym się nie zastanowiła nawet pod prysznicem.

Jeśli masz ochotę dowiedzieć się, do jakich przemyśleń Miłość i kłamstwa mnie skłoniły, zapraszam TUTAJ.


Za książkę dziękuję

czwartek, 23 czerwca 2016

Seria gier Batman: Arkham – gry, które dały mi pasję!

Są takie serie gier, które choć nie obijają się zbyt szerokim echem na świecie, to jednak niosą ze sobą kawał deweloperskiego kunsztu. Gry te, choć w mej opinii nieco niedocenione, sprawiają, że moje serce głośniej i mocniej bije, a umysł pogrąża się w rozmaitych przemyśleniach pobudzając wyobraźnię, wzbudzając zainteresowanie czy też... pasję. U mnie tą "podarowaną" pasją są komiksy.

A wszystko zaczęło się w magicznym dla gier komputerowych roku 2009, w którym to na świat przyszła gra studia Rocksteady opowiadająca przygody jednego z najlepszych superbohaterów w komiksowym świecie. Riddle me this! Zgadza się! Mam na myśli grę Batman: Arkham Asylum oraz dwie następujące po niej części Batman: Arkham City i Arkham Knight. To właśnie ta seria jest bohaterem dzisiejszego wpisu. Czy awansujemy ją jednak do rangi superbohatera? Zobaczymy!

W tej grze to Joker organizuje nam dawkę dobrego humoru... kto by pomyślał?! 

Kanonicznie nie znaczy statycznie!


Na wstępnie warto wspomnieć, że świat, w którym osadzone są gry, stoi na wyraźnych fundamentach znanych wszystkim fanom przygód Człowieka Nietoperza. Gry opisane są na kanwie mocno kanonicznego dla wielu fanów Batmana Zabójczego żartu. Widać to zwłaszcza, gdy dowiadujemy się czegoś o córce Gordona, niejakiej Barbarze Gordon, znanej też jako Batgirl. Jeździ ona na wózku, co jest oczywiście efektem brutalnego ataku Jokera w wyżej podanym komiksie. Widać, jak silnie gry połączone są z tym właśnie komiksem również w innych momentach, ale odkrycie ich pozwolę sobie pozostawić graczowi.

W tymże akapicie wspomnę również o klimacie, gdyż moim zdaniem to on był prowodyrem mojego zafascynowania komiksami jako takimi. Należy nadmienić, iż gry są genialnie wyreżyserowane, "poukładane" i wymyślone. Niezwykle wiernie trzymają się tej typowej dla komiksów o Batmanie nowej ery brutalności i mroku. Na każdym kroku pokazują nam, że pomimo kilku wątków humorystycznych to już nie jest ten sam B-Man, co z lat siedemdziesiątych. Sielankowość odrzucono na rzecz odwzorowania brudu, zła miasta i osób, z którymi nasz bohater musi się mierzyć. Muzyka, którą sprezentował nam Nick Arundel, Ron Fish, a w trzeciej odsłonie David Buckley, jest doskonale dopasowana, pompatyczna, jak przystało na grę o superbohaterach, ale również niezwykle mroczna, pełna atmosfery uciekającego czasu i powagi zadania, nad którym nasz Mroczny Rycerz główkuje. Klimat jest bardzo ciężki, momentami nawet delikatnie przytłaczający, ale nigdy na tyle, byśmy musieli ze zmęczonym oddechem kończyć grę. Kolejną jej zaletą bowiem jest niezwykła grywalność.

Właśnie zmierzałem na imprezę, którą wyprawia Joker. To na pewno nie jest pułapka! 

Grywalne, ale czy nie zbyt wypchane? 

Skoro znaleźliśmy się już na etapie opisywania rozgrywki, to trzeba wspomnieć, że Batman, każda jego część, jest grą akcji/zręcznościową/przygodową, a więc delikatną mieszanką kilku gatunków i typów rozgrywki. Mogłem obawiać się przegięcia ze świeżością przed premierą, ale krótko po zrozumiałem, że to nieuzasadnione. Seria o Mrocznym Rycerzu jest niemiłosiernie grywalna za sprawą ogromu funkcjonalności pobocznych, jakie możemy tutaj wykonać. Od i prostych, i skomplikowanych łamigłówek Riddlera, przez uganianie się za skradzionym środkiem Tytan, aż po wciągające zadania poboczne, w których poznajemy kolejne ważne dla tego uniwersum postacie. Gry z serii Arkham nie pozwalają się nam nudzić. Oczywiście ktoś mógłby ponarzekać na powtarzalność lub monotonię wykonywania zadań czy też przemieszczania się po, bądź co bądź, dość zamkniętej strukturze świata, ale ja nie dostrzegłem tutaj żadnych minusów. Aktywności są doskonale dopasowane do rozmiaru prezentowanego nam świata gry i ani nie nudzą, ani nie przygniatają złożonością i ilością.

Przez dwie pierwsze części przez świat przedzieramy się za pomocą własnych stóp i szybowania nad obiektami, zaś w trzeciej, kulminacyjnej dla serii, mamy też możliwość poruszania się Batmobilem. W żadnej części zaś nie poczułem monotonii związanej z przemieszczaniem się, a to za sprawą walki, którą serwowano mi zawsze w drodze do celu. Batman, który efektywnie tłucze swoich antagonistów, każąc graczowi myśleć nad ruchami, być uważnym, ale także pozwalając na cieszenie się widokami brutalności, to coś, czego chyba było trzeba na rynku. Starcia są niezwykle wciągające, efektowne, ale przede wszystkim wymagają od gracza czegoś więcej, niż ślepego nawalania w klawisze, co zawsze niezwykle ceniłem w tym aspekcie rozgrywki. Czasami jednak zastanawiałem się, czy na pewno tylko ogłuszyłem swoich przeciwników, a przypadkiem ich nie zabiłem. Ale... no cóż. Niech sumienie Batmana się o to upomni we własnym zakresie!

W moich snach wciąż Gotham City...

Paniczu Bruce? 

A o co właściwie chodzi, spytacie? Ciężko będzie streścić fabułę trzech gier w jednym akapicie, ale postaram się zrobić to w miarę zwięźle. Gdy spotykamy naszego bohatera w pierwszej odsłonie serii, wiezie on właśnie Jokera do Arkham Asylum, tytułowego ośrodka dla obłąkanych, znanego fanom Gotham. Podczas procedur mających na celu przydzielenie Jokera do jego celi dochodzi do, delikatnie mówiąc, wrogiego przejęcia, podczas którego Joker ucieka, uwalnia więźniów z ich cel i zaczyna wcielać w życie kolejny swój zdradziecki plan. Naszym celem jest go powstrzymać. Jak się okazuje, Joker planuje stworzyć armię zmutowanych potworów, które posłużą mu do zniszczenia i przejęcia Gotham. Gdy jego plany zostają w ten czy inny sposób pokrzyżowane, Joker nie czekając, osadzony w specjalnie stworzonym dla przestępców Arkham City, postanawia nadal uprzykrzać życie mieszkańcom miasta. Okazuje się, że jest ciężko chory. W niezwykle sprytny sposób zmusza Batmana, aby ten pomógł mu wyleczyć się z zabijającej go choroby. Czy Jokerowi uda się wyleczyć? I jaki jest jego plan? Nie chcąc spoilować wam fabuły, powiem jedynie, że w trzeciej, ostatniej części gry, jest go nadal niezwykle dużo, ale niekoniecznie w sposób, w jaki moglibyście się domyślać.

Tym razem to nie Książę Zbrodni jest na afiszu, a niejaki Scarecrow, który terroryzuje miasto swoją toksyną strachu. Batman musi go powstrzymać, tym razem problem może go jednak przerosnąć, gdyż na arenę oprócz wielu jego dawnych antagonistów wstępuje również Rycerz Arkham, który uważa, że doskonale zna Batmana i przyjął sobie za główny cel zabić go, najwyraźniej z zemsty. Kim jest tajemniczy jegomość? Pozwolę wam odkryć to na własną rękę.

Ze swojej strony mogę powiedzieć jedynie, że aby w pełni wczuć się w opowieść i ją zrozumieć, należy przejść wszystkie trzy części. Daje nam to pełny obraz tego, co dzieje się w umyśle Bruce'a oraz w życiu umęczonego miasta. Pozwala zanurzyć się w ten świat i w pełni go zrozumieć. Żadna inna gra nie dała mi tak ogromnego pojęcia o wielu aspektach danego uniwersum.

Zastanawiam się, jak bardzo nudzić musi się Riddlerowi, że wspiął się tam tylko po to, by to dla mnie zostawić.

Podsumowanie

Wiem, że mógłbym wspomnieć jeszcze o fabule, ale uznałem, że nie ma to najmniejszego sensu. Gra jest bowiem robiona w mocno komiksowym klimacie i to nie grafika jest tutaj aspektem ważnym. Jest aspektem absolutnie obiektywnym i obiektywnie drugorzędnym, dlatego też napisałem jedynie o tym, co uznałem za istotne. Nie jest to recenzja, a jedynie opinia, więc mogę sobie pozwolić na taką frywolność. Wróćmy jednak do tematu – seria Batman: Arkham to jedna z najlepszych, najbardziej wciągających i połączonych ze sobą logicznie serii gier, w jakie kiedykolwiek przyszło mi grać. Wszystko wynika tu z siebie i tworzy idealną, spójną całość. Jest to gra akcji, niezwykle kompletna gra akcji, która nie boi się eksperymentować, ale i wykorzystywać znanych i lubianych schematów. Mogę ją bez mrugnięcia powieką polecić każdemu, absolutnie każdego graczowi. Nie jest to gra pozbawiona wad, ba! ma ich nawet całkiem sporo, zwłaszcza Arkham Knight. Jeśli jednak cenicie wspaniałą, wciągającą fabułę to w tym świecie poczujecie się jak w domu. 

Jason Todd approved.

środa, 22 czerwca 2016

As na stronie #24 – Art&Soul

Zapraszam na małą zapowiedź recenzji, która pojawi się już niedługo na Asie... Jedna z lepszych książek tego roku. Panie i Panowie, oto Art&Soul Brittainy C. Cherry.
Czytać tylko z chusteczkami! 

Wiedziałam, że głupotą było wychodzenie z domu tak późno w nocy, jednak gdy się ma zbolałe serce, wokół istnieje niewielu ludzi, którzy potrafią je ochronić.
W posiadaniu przyjaciół jest coś wspaniałego. Nieustannie przypominają, że tak naprawdę nie jesteśmy sami.
Chociaż ona [mama] nigdy mnie nie nienawidziła i może w tym tkwił problem. Być może za bardzo mnie kochała. Trudno było być kochanym za bardzo, ponieważ z upływem czasu taka miłość zaczyna dusić. Nazbyt martwiłem się, by jej nie zawieść lub rozczarować, ponieważ gdybym to zrobił, załamałaby się. 
Jak przekonać kogoś, że jego życie jest warte ocalenia, kiedy ten ktoś nie ma pragnienia, by sam siebie ocalić?
– (...) Ludzkie serca są właśnie takie. – wziął talerz z wegańskimi ciasteczkami Daisy. – Są idealne, gdy patrzysz na nie z dystansu, ale kiedy się do nich zbliżysz... – Wziął ciastko i zaczął je kruszyć. – Lubią się łamać.
Osoba, która prawdziwie się nie zatraciła, nie mogła się też naprawdę odnaleźć.
Jedynie sztuka opisywała dobro i zło na świecie. Wyrażała to, czego nie potrafiły słowa.
Myślę o tym, jaka jesteś piękna, kiedy jesteś smutna i złoszczę się, kiedy jesteś zła. Nie podoba mi się to, że ktoś sprawił, iż nie można cię dotykać, ponieważ bardziej niż cię pocałować chciałbym móc cię tulić. Lubię cię, Ario. Wiem, że z wielu powodów nie powinienem nic do ciebie czuć, ale mam to gdzieś. Lubię cię i mam nadzieję, że to okej, ponieważ nie wiem, jak przestać.
Czasami łatwo było zapomnieć, że dorośli to dzieci w większych ciałach i że ich serca łamią się dokładnie tak samo, jak nasze.
Problem z przyszłością, a nawet z przeszłością polega na tym, że one teraz nie istnieją. Jeśli zbyt mocno skupimy się na tym, co było, lub zbyt intensywnie będziemy myśleć o tym, co będzie, przegapimy nasze obecne pragnienia, rzeczy, które chcemy tu i teraz.
Czasami przychodzisz mi na myśl i chciałbym myśleć o tobie przez resztę dnia. Ponieważ marzenie o tobie jest dużo łatwiejsze niż rozważania nad rakiem. Chciałbym siedzieć w lesie i myśleć o tobie. Chciałbym wstać rano i myśleć o tobie. Chciałbym grać i myśleć o tobie. Ponieważ kiedy myślę o tobie, świat wydaje się lepszy. Ale potem przypominam sobie, że nie mogę o tobie myśleć, bo nie jesteś moja. Jesteś jedynie snem.
Najgorsze uczucie dla rodzica to bezradne obserwowanie cierpienia dziecka.
Jako rodzice dokonujemy wyborów. Podejmujemy trudne decyzje, których nie chcemy. Dajemy sobie radę z najtrudniejszymi rzeczami. Pozwalamy dzieciom się nienawidzić, jeśli ma to dla nich oznaczać lepsze życie. Poświęcamy się każdego dnia.
Jedna prawda boli znacznie mniej niż tysiąc kłamstw.
Boję się śmierci. Boję się umrzeć, co nie jest niespodzianką, skoro bałem się też żyć. Boję się, że odejdę z tego świata i nikt nie będzie o mnie pamiętał.

Mały bonus dla zainteresowanych: UWAGA! Lekki spoiler.

Przepraszam za słabą jakość, na wakacjach miałam do dyspozycji tylko telefon.