wtorek, 7 czerwca 2016

Deadpool – człowiek pepperoni!


W dzisiejszych czasach na powrót swój zamaskowany łeb podnoszą chmary superbohaterów spod różnorakich szyldów. Pomimo odchodzenia od oryginalnej koncepcji superbohatera i jego walki ze złem w sobie oraz na mieście, nadal są to nadal niezwykle poważne produkcje. Powiewem świeżości jest więc komiks, którego superbohater się za takiego nie uważa, a jest wręcz bohatera zupełnym przeciwieństwem.
Przedstawiam wam Deadpoola, postać Marvela, której ekranizacji podjął się Tim Miller. Przyszykujcie więc chusteczki i balsam do rąk, bo może być ślisko. Moment... to zabrzmiało dziwnie. Taki jest jednak cały ten film, a więc fakt udzielania się pokręconego humoru nie jest niczym dziwnym.



Tytuł: Deadpool
Reżyseria: Tim Miller
Premiera: 12 luty 2016



Pomimo oryginalnej koncepcji komiksu, nie można doszukać się tutaj nader oryginalnej gry aktorskiej. Ryan Reynolds idealnie wpasował się w rolę zamaskowanego przystojnego zawadiaki, ale poza nim i może Morenie Baccarin, która gra fiance Poola, nie ma tu aktorskich fajerwerków.

Nie znaczy to, że obsada jest słaba! Znaczy to tylko tyle, że jest w większości przeciętna. Dobrze odegrane role, dobrze dobrani aktorzy, ale nie ma żadnych nowo odkrytych talentów. To film prześmiewczy i może właśnie dlatego artyści nie zdołali porządnie, emocjonalnie się rozwinąć. Widać jednak, że mimo wszystko włożyli w film dużo serca i czuć to w każdej scenie. Ich dialogi są płynne, autentyczne i zabawne. Napisane błyskotliwie, gdy trzeba, i wręcz "gimbusiarsko", gdy jest na to czas.  
Powiem coś czego zazwyczaj nie mówię – nie połykaj
Pewnych rzeczy się moi drodzy nie zapomina, a moje mięśnie brzucha są twarde jak skała po jednym seansie tej produkcji.


Wade Wilson to były żołnierz oddziałów specjalnych. Gdy go poznajemy, trudni się najemnictwem miejskim, co znaczy tyle, że tłucze odpowiednich ludzi (i nie tylko tłucze) za odpowiednio wysoką stawkę. W ten sposób film od razu nakreśla nam, że nie mamy do czynienia z idealistą i człowiekiem o duszy anioła. To nie Bruce Wayne żądny sprawiedliwości za śmierć swoich rodziców. To nie Clark Kent, który odczuwa duchowy obowiązek, by bronić naszego świata. Zresztą Wilson sam to przyznaje – I'm super but i'm not a hero.

Jednak co skłoniło go do przywdziania maski? Tutaj akurat mamy do czynienia z typowym motywem zemsty. Widzicie, dla Wade'a – jak się okazuje – śmierć jest, można powiedzieć, nieunikniona. Kilkoro nieznajomych osób proponuje mu jednak ocalenie w zamian za wzięcie udziału w nielegalnych eksperymentach. Nasz bohater, rzecz jasna, zgadza się, gdyż poznana jakiś czas wcześniej Vanessa Carlysle (Morena Baccarin), tancerka erotyczna, jest dla niego niezwykle ważna i to dla niej chce żyć. W wyniku wielu animozji pomiędzy prowadzącym projekt Francisem a naszym pyskatym przystojniakiem dochodzi do... pogwałcenia zasad. Główny prowadzący o metroseksualnym imieniu wsadza naszego Wade'a do pewnej komory, która zamienia skórę naszego bohatera w, jak sam to ujął, pepperoni, mutując go i nadając mu nadludzkich umiejętności. Niezwykle oszpecony i pozostawiony na śmierć ucieka przed nią i postanawia zemścić się na swoim oprawcy, który podobno potrafi odwrócić ohydny efekt. Wyposażony w nieśmiertelność i niezwykłą zwinność, którą dopełnia jego dawne szkolenie, wyrusza w pościg.

Konstrukcja fabuły jest ciekawa, ale inspirowana jednak na komiksie, przez co mniej twórcza ze strony produkcyjnej. Przeładowana wartką akcją i humorem fabuła niezwykle wciąga i nie nudzi, a przecież tylko tyle i aż tyle powinien robić film akcji na poziomie. Film jest, co nie powinno dziwić, niezwykle brutalny. Trzy przebite jednym pociskiem głowy, koleś nabity na katany i zrastające się na naszych oczach ohydne rany Deadpoola to chleb powszedni.


W filmie jest więcej utworów, które znacie z list przebojów, a które nie znalazły się na soundtracku Deadpool – takich jak Howlin' for You zespołu Black Keys, Mister Sandman – klasyk zespołu The Chordettes), Hit the Road Jack Ray'a Charlesa, GDRF zespołu Flo Rida i inne. Za soundtrack sam w sobie odpowiada Junkie XL, który jest kultowym twórcą. Jego produkcje możemy również usłyszeć w filmach Mad Max: Na drodze gniewu czy Batman v Superman: Świt sprawiedliwości, a także wielu, wielu innych na przestrzeni lat. Mamy tutaj do czynienia z osobą doświadczoną i to widać, gdyż idealnie spełnia on swoją rolę. Muzyka nie nudzi, wpada w ucho i świetnie wypełnia i dopełnia wybuchy i morderstwa, które z oblizaniem ust obserwujemy na ekranach. Tak jak i cały Deadpool, muzyka to przymrużenie, a następnie puszczenie tego przymrużonego oczka do widzów. Gdy ma być śmiesznie, jest śmiesznie. Gdy ma być poważnie... żartuję. W tym filmie nigdy nie ma być poważnie. Muzyka nadaje klimatu, można by rzec na 2016 rok. Liczne nawiązania, które epoka internetu wychwyci, a także kawałki, które nadal pasują do postaci, a są znane szerokiej publice. To superbohater na, jakiego nie zasługujemy, ale jakiego potrzebujemy.


Czy film Deadpool spełnił moje wszystkie oczekiwania? Byłoby to zbyt piękne. Fabuła, choć początkowo wciągająca, okazuje się jakaś taka... pusta i mało kreatywna. Gdy widzimy napisy końcowe, zdajemy sobie sprawę, że film skończył w głupim momencie, pozostawiając nieco niepełne doświadczenie. Gra aktorska stoi na przyzwoitym poziomie, ale tylko dwójka aktorów wyróżniła się spośród innych i jest to dwójka bohaterów głównych. Ta przeładowana czarnym humorem komedia to wartkie kino akcji, zabawne, z polotem i powiewem świeżości, którego brakuje na tym rynku superbohaterów. Twórcy odnaleźli wspaniałą wręcz niszę i idealnie się w nią wpasowali. Liczę na kolejne filmy z udziałem super nie-bohatera Deadpoola.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz