czwartek, 16 czerwca 2016

Gry sieciowe – czy da się je uleczyć?

Dziś me bystre recenzenckie oczy zwrócą się w stronę popularnej, ale niestety podupadającej rodziny gier sieciowych. Jak to? – spytacie. Co on gada? Przecież gry sieciowe są ostatnimi czasy niezwykle popularne! – zgodzę się. Nie popularność świadczy jednak o jakości produktu. To nie będzie recenzja żadnej konkretnej gry sieciowej ani też wylewanie żalu odnośnie do niespełnionych oczekiwań, a jedynie rozważania na temat gier online. Gatunek ten doszedł bowiem do takiego momentu swojej żywotności, że należy wyrzuć mu nieco wad i pochwalić kilka zalet. Czy jest szansa na zrewitalizowanie tego niewnoszącego już nic świeżego na rynek działu gier komputerowych? Zapraszam do dalszej części moich rozważań. Zrzuty ekranów zamieszczone poniżej są zrobione przeze mnie.
Oto GTA V. Tryb online pozwolił utrzymać tę grę żywą do tej pory! 

 Śpiączka gatunku?


Mówiąc, że gatunek gier sieciowych umiera, miałem na myśli to, że nie ma w nich już ani krzty innowacji poza kilkoma chwalebnymi przykładami. I nie zrozumcie mnie źle – nie uważam, że każda gra powinna wyznaczać trendy i być czymś przełomowym w gatunku, ale widać, że twórcy zbyt często lecą na jednym i tym samym schemacie tylko dlatego, że to się sprzedaje. Na krótką metę, bo na krótką, ale jednak. Jakie są podstawowe założenia gry online? Czego pragnie gracz, który zasiada do takiej gry? Chce on pograć ze swoimi znajomymi albo też innymi, nieznanymi sobie graczami z całego świata. Twórcy zapewniając to są w takim razie zwolnieni od jakiejkolwiek inwencji twórczej i kreatywności? Oczywiście, że nie. Kiedy jednak patrzę na obecny rynek czuje się, jakby właśnie w ten sposób myśleli.

Wychodzi MMORPG za MMORPG'iem i każdy kolejny jest kopią poprzedniego z dodanymi mało ciekawymi elementami "od siebie” (chociaż też zapożyczonymi z innych, często singlowych produkcji). Często okazuje się, że poza bieganiem ze swoim przyjacielem i tłuczeniem zastępów wroga nie mamy nic konstruktywnego do roboty. Fabuła, którą twórcy próbują wprowadzić, jest miałka, gra jest mało competitive, jeśli mówimy o FPS'ach, albo po prostu nie ma tego czegoś, co potrafiłoby przykuć nas do monitora. Ma za to mikropłatności, modele typu P2W (Pay To Win) czy inne tego typu rzeczy, które mają na celu jedynie oskubanie nas do ostatniego grosza, zanim i tak porzucimy grę.

Widziałem ten archetyp sytuacji wielokrotnie. Gra jest hucznie zapowiadana, ma być w końcu przełomowa! Po premierze okazuje się, że po kilku godzinach jest nudna jak flaki z olejem i jednaka z innymi tego typu produkcjami, ale no niestety – zakupiliśmy ją i nic tego nie cofnie. Do tego możliwe, że uległszy chwytliwym reklamom in-game sklepów wydaliśmy na grę jakieś dodatkowe pieniądze, a nagle przestajemy w nią grać. Twórcom i tak nie zależy, bo przecież dostali pieniądze.

Drakensang Online - robi wrażenie jak na swój gatunek!

Łyżka miodu w beczce dziegciu?

Napisałem dużo na temat, co jest złego w grach sieciowych i teraz przyszedł czas, by powiedzieć, co w tym gatunku jest dobre. Dobre na pewno jest to, o czym wspomniałem pisząc o założeniach gier online. Zabawa z przyjaciółmi – nieważne, czy polegająca na biciu miliarda potworków czy strzelaniu do siebie – sprawia ogromną przyjemność. Nigdy nie potrafiłem wyjaśnić tego, że pomimo widocznych na pierwszy rzut oka wad gry, grało mi się w nią przyjemnie, dopóki miałem po drugiej strony ekranu kogoś mi bliskiego. Widać, że sprawdza się powiedzenie "Lepiej z mądrym stracić, niż z głupim zyskać".

Zdarzają się też gry, które, całe szczęście, wyrywają gatunek z marazmu, może niekoniecznie rewolucyjnością, ale po prostu przyjemnym gameplayem. Chyba każdy z nas słyszał o, dla przykładu, grze Overwatch, która, choć niezwykle przypomina swojego duchowego ojca Team Fortress 2, jest według wielu o wiele od niego lepsza i daje naprawdę dużo frajdy. Ciekawe są też robione na wysokim poziomie gry przeglądarkowe, takie jak Drakensang Online, który wśród gier ze swojego podgatunku wyróżnia się wyborną grafiką i przyjemną rozgrywką, a także skalą nieporównywalną do innych gier rozgrywanych w oknie przeglądarki.

Gdy te gry robią coś dobrze, naprawdę dobrze, to efekt jest niesamowity. Gdy jednak powtarzają po sobie błędy i nawet nie starają się być ciekawe to... to serio nie da się w nie grać. Czy jest jednak cokolwiek, co można zrobić, by jakoś ożywić ten gatunek?

Tak w oczekiwaniu na Gwinta gram w Hearthstone – jedną z bardziej innowacyjnych gier sieciowych na rynku

Jakie jest antidotum?

Wystarczyłoby, tak na dobrą sprawę, przestać wspierać materialnie produkcje, które nas nudzą, ale do których jesteśmy z jakiegoś powodu przyzwyczajeni, bo akurat nie mamy nic innego do roboty. Należałoby skończyć z wydawaniem pieniędzy na te wszystkie zbroje dla konia i farbki na pancerze z item shop'ów. Odciąć leniwych twórców od ich głównych środków utrzymania i pokazać, że aby zainteresować wymagającego gracza, należy się postarać i dać mu produkt, który nie będzie nastawiony jedynie na krótkotrwałe zarabianie pieniędzy. Niezwykle łatwo wykryć fałsz ze strony dewelopera, dlatego też polecam zwracać na to uwagę.

Jak wiemy – jakość gry to ocena subiektywna. Jednemu może podobać się mechanizm zastosowany w produkcji, a komuś innemu nie. Należy jednak tępić tych producentów, którzy w swoich grach jedynie powielają stare i znane nam formułki z innych gier. Może i kuszą niesamowitą oprawą wizualną. Może i wydają się ciekawe i wciągające. Są to jednak te same gry, w jakie już graliśmy, tylko nieco odmienione, o zmienionej konwencji.

TESO - zawsze jest czas na zdjęcie, nawet w samym środku wojny!

1 komentarz:

  1. Mnie osobiście gry specjalnie nie kręcą, może poza Diablo ;) no i czekam na kompa, który ogarnie Wiedźmina...
    Ale mój tata namiętnie pyka w Hearthstone ;p)

    OdpowiedzUsuń