poniedziałek, 27 czerwca 2016

Miłość i kłamstwa, czyli relacja małżonków

Uwaga! Wpis może zawierać spoilery książki Miłość i kłamstwa Cecelii Ahern. Czytasz na własną odpowiedzialność :)

W recenzji książki Miłość i kłamstwa (recenzja TUTAJ) wspomniałam, że napiszę o "pozornie najzwyklejszych decyzjach". Wnioskuję, że "pozornie najzwyklejszą decyzją" w tej książce było przybranie przez Fergusa pewnego rodzaju pseudonimu artystycznego, konkretnie imienia jego zmarłego brata. Fergus podjął decyzję, że będzie przed żoną i córką ukrywał swoją pasję, jaką była gra w marmurki (takie kuleczki, jak powiedziałby ktoś, kto się nie zna, czyli ja). Jednak czy ta decyzja była rzeczywiście pozorna?

Po pierwsze: żona (wtedy jeszcze przyszła) go wyśmiała (!), gdy wspomniał o tym, że gra w kulki. Och, Fergus! Nie żartuj, przecież to zabawa dla dzieci. Powiedz lepiej prawdę, grasz w nogę?... No, mniej więcej tak to wyglądało. Fergus po takiej reakcji naturalnie zamknął się w sobie. Można powiedzieć, że jest to odruch trochę dziecinny, ale ten bohater przypominał mi takiego "typowego Piotrusia Pana". Nawet gdy był już w związku ze swoją przyszłą żoną, chodził na boku do innych kobiet, bo ta wolała trzymać dziewictwo do ślubu (dziewczyny, strzeżcie się! Widzicie, co was czeka, gdy będziecie zażarcie bronić swojej cnoty do Tego Dnia ☺), a Fergus, owszem, potrafił tę decyzję uszanować i przyjąć do wiadomości, ale sam nie miał zamiaru żyć w czystości aż do ślubu... Przecież nigdy nie wiadomo, czy w końcu mu się odda. Może rozboli ją głowa? Gina nigdy się o tym nie dowiedziała. Dodam jeszcze, że w noc poślubną Fergus wynalazł dla Giny piękny marmurek, który chciał jej symbolicznie podarować, jak serce na dłoni. Ona jednak kulki nie uszanowała, upuściła i zniszczyła, po czym się rozpłakała, że wydał na nią pieniądze (to szanuj, kobieto, te swoje pieniądze, a nie rzucasz kulkę i odbierasz jej wartość, rzeczy zawsze można odsprzedać!). Odrzucenie numer dwa. Facet próbował się otworzyć, próbował dać się poznać również z tej strony.

W trakcie małżeństwa Fergus również nie potrafił powstrzymać się od przeżywania uniesień gdzieś na boku, jednak nie były to wtedy uniesienia tylko z kobietami, ale też z tymi jego kulkami. To trochę tak, że gdyby Gina go nie wyśmiała i nie nie zaakceptowała jego pasji, wiedziałaby, że jej mąż znika na długo nie do kochanek... No chyba że kulki nazwiemy kochankami. Wiedziałaby, że jest najlepszy. Wiedziałaby, że zdobywa nagrody, że "Dziwki" to nie jego kochanki, ale fragment nazwy zespołu... "kulkowego". Wiedziałaby też, że z jej mężem jest coś nie halo, bo przybiera imię swojego zmarłego brata, który był dla niego autorytetem (tak na marginesie).

Małżeństwo jest relacją, w której nie może być tajemnic, ale nie może być też wyśmiewania i braku akceptacji. Małżonkowie – przynajmniej według mnie – mają być jednością, mają dzielić ze sobą pasje, codzienność, życie... nie tylko łóżko. Jasne, tajemnice są super. Tajemnice są intrygujące. Każdy może mieć swoje tajemnice, to nic złego. Ale myślę, że pasja, która wypełnia dużą część życia, tajemnicą być nie może... Jest po prostu za duża, zbyt znacząca i daje wiele wątpliwości (chociażby zwątpienie w wierność). Spróbuj ukryć przed drugą połówką, że stłukłeś jej ulubiony kubek, ale nie połowę życia!

Druga sprawa, że Sabrina obwiniała ojca o to, że nic jej nie powiedział. Nie rozumiałam trochę tego, przecież opowiadał jej, jak jednego dnia włożyła sobie marmurek do nosa, gdy sięgała po jakiś słoik z kulkami... Więc jednak nie ukrywał przed nią pasji. Chyba że ona po prostu nie pamiętała. Ale kolejna sprawa, że się nie zainteresowała. Przecież po rozwodzie Fergus miał kolejną kobietę, którą kochał i która wiedziała o tych kulkach i potrafiła z nim grać. Nie poszła odwiedzić go, skoro niemal mieszkał z tą całą Cat? Sabrina wielce rozpacza, że nie znała ojca, lamentuje, że nic nie powiedział o marmurkach i o bracie i w ogóle, ale czy próbowała sama się dowiedzieć? Może to są po prostu niedomówienia wynikające z dość powierzchownej realizacji książki... Ale wciąż mnie to zastanawia.

Tak czy siak, decyzji Fergusa dotyczącej udawania, a raczej przybrania innego imienia (bo właśnie wtedy był sobą, wtedy nikogo nie okłamywał, oddawał się w pełni pasji, decyzji dotyczącej życia w permanentnym kłamstwie), nie można nazwać nawet pozornie najzwyklejszą decyzją. To wszystko miało swoje podłoże. Żona go wyśmiała – numer... w sumie numer dwa. Numerem jeden był sposób, w jaki traktowano go jako chłopca w szkole, w domu, przez rodziców i rodzeństwo. Do tego jak czułby się człowiek, który dowiedziałby się, że został właśnie znaleziony martwy gdzieś w innym kraju...? Jak by się czuł, gdyby miał jechać na rozpoznanie samego siebie, domyślając się, że jest to starszy brat – autorytet z dzieciństwa? W końcu: jak by się czuł, gdyby to rzeczywiście był ten brat, posługujący się jego imieniem? To wszystko nie mogło nie odbić się na charakterze Fergusa.

Drugą pozornie najzwyklejszą decyzją, jaka pojawiła się w tej książce, było podjęcie się małego śledztwa przez Sabrinę. Jak wspominałam w recenzji, wszystko dzieje się jednego dnia i dzieje się tego stanowczo za dużo. Ale też za mało. Ten temat już przegadałam wtedy, więc teraz tylko napomykam. Swego rodzaju "motyw jednego dnia" pojawia się w literaturze bardzo często, prawda? Akcja dramatów antycznych dzieje się jednego dnia. Jokera od innych ludzi różni jeden zły dzień. Szymborska pisała, że żaden dzień się nie powtórzy. I tak dalej. W książce Miłość i kłamstwa również można powiedzieć, że jeden dzień jest symboliczny – i taką też refleksję we mnie obudziła. Jednego dnia możemy zmienić swoje życie, ale również dzień może je zmienić bez naszej zgody i wiedzy. Sabrina jednego dnia robi dużo za dużo, na co już narzekałam: Rano była w pracy, w pracy coś narozrabiała, w szpitalu odkryła pudła dla taty, porozmawiała o tych pudłach z mamą, później wróciła do domu i te pudła rozpakowała, poukładała wszystko na podłodze i poprzeglądała, pojechała do prawnika, do jakiegoś faceta, znów do prawnika, do szpitala, na pole, spotkała wielu ludzi i zdążyła z nimi posiedzieć i porozmawiać... No nie da się tego wszystkiego zrobić w jeden dzień, nawet gdy wstanie się o godzinie ósmej i pominie śniadanie... Ale przyszło mi na myśl powiedzenie "co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj". Może w książce nie chodziło o to, by pokazać rzeczywiście jeden dzień, ale by pokazać, że ten "jeden dzień", to nie tylko 24 godziny, które można zmarnować na leżenie przed telewizorem z miską chipsów na brzuchu. To 24 godziny, 1440 minut, 86400 sekund... Tyle czasu, by czegoś dokonać. Tyle czasu, by zmienić świat. Nie koniecznie cały, ale możliwie własny. Jeden dzień to naprawdę wiele i musimy o tym pamiętać. Podczas lektury akurat tej powieści Ahern również, ponieważ właśnie jednego dnia główna bohaterka traci ojca (w końcu on wiele rzeczy zapomina), ale nie traci go na szczęście bezpowrotnie i definitywnie.

Dlaczego właściwie wszystko, co piszę, brzmi, jakbym broniła tej książki sama przed sobą? Przecież nie mówiłam, że jest zła... Nie, nie bronię jej. Przedstawiam wam tylko swoje myśli, bo – jak pisałam – wywołała we mnie mieszane uczucia. Nudziła, fakt. Ale ma jednak coś, dzięki czemu zaczęłam myśleć. Nie zostanie ze mną na długo, pewnie zapomnę o niej wśród innych naprawdę dobrych książek, ale do czegoś mnie, jak widać, skłoniła... Pozdrawiam wytrwałych i mam nadzieję, że znajdzie się tutaj ktoś, z kim będę mogła podyskutować!

3 komentarze:

  1. Przyznaję, że mam po niej mieszane odczucia. :)
    Pozdrawiam serdecznie! ;)
    http://ravenstarkbooks.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałam i jak dotąd autorka kojarzyła mi się z całkiem innymi stylami książek ;) Jednakże ta powieść również mnie zachwyciła i podoba mi się również w takim wydaniu.
    Justyna z livingbooksx.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie czytałam tej książki, ale chętnie po nią sięgnę. Lubię twórczość Ahern i czuję, że ta powieść może przypaść mi do gustu ;)

    OdpowiedzUsuń