sobota, 4 czerwca 2016

RETRO DAY – Wiedźmin

źródło

Retro Day to jak wiecie niezwykle sentymentalna dla mnie seria postów. Pozwala mi wrócić wspomnieniami do czasów, w których gry były dla mnie o wiele bardziej magiczne, niż są teraz. Mogę odtworzyć swoje dziecięce emocje i powspominać, a także zderzyć przeszłość z teraźniejszością. Dziś piszę niezwykle specjalny tekst. Będzie on swoistym powrotem do przeszłości, i to dość dalekiej, gdyż cofniemy się do roku 2007 i wspomnimy najbardziej wżartą w moją jaźń produkcję. Zobaczmy, jak to wszystko się zaczęło – zapraszam do RETRO DAY z grą CD Projekt RED – Wiedźmin.

źródło

Pamiętam jak dziś dzień, w którym zdobyłem egzemplarz tej gry. Po wielokrotnym przejściu Gothica i Gothica 2 wyczekiwałem czegoś, co w końcu zdejmie je z mojego osobistego piedestału. Wiedźmin miał być tą właśnie produkcją.

26 października wraz z moim tatą (zapalonym już wtedy graczem) wybrałem się do kwidzyńskiego Empika. Oblegany był przez dziesiątki młodych i starszych ludzi, którzy – jak się okazało – również czekali na oficjalną premierę gry. To były sekundy. Króliczymi susami przeskakiwałem pomiędzy rozjuszoną tłuszczą. Niczym Legolas z Władcy Pierścieni, pełen gracji i zręczności wcisnąłem się w tłum i zdobyłem swój własny egzemplarz. Z jakiegoś powodu miałem przeświadczenie, że gra ta w jakiś sposób zmieni mnie i moje postrzeganie rynku gier komputerowych. Nie myliłem się, ale czym tak naprawdę jest Wiedźmin i co ważniejsze... o czym on jest?



Pierwsza część Wiedźmina wrzuca nas w świat Królestw Północy pięć lat po wielkiej wojnie z Nilfgaardem. Pięć lat po śmierci Geralta z Rivii w, jak na ironię, Rivii. Nasz bohater biegnie szaleńczo przez leśną gęstwinę, wyraźnie przed czymś uciekając. Po chwili upada bez sił, a znajdują go jego najbliżsi przyjaciele i "współpracownicy". Zszokowani znalezienie uznanego za zmarłego przyjaciela, zabierają go do skrytego wśród gór wiedźmińskiego siedliszcza – Kaer Morhen, czyli Warowni Starego Morza. Spotykamy tam Vesemira, Eskela i Lamberta, a także bliską przyjaciółkę i poniekąd kochankę Geralta sprzed śmierci – Triss Merigold. Nie dane nam jednak nacieszyć się tą sielanką zbyt długo, gdyż po krótkiej rozmowie twierdza zostaje zaatakowana przez olbrzymi oddział bandytów, którzy noszą przy sobie brosze w kształcie Salamandry. Dowodzeni są przez dwójkę tajemniczych jegomościów, z czego jednym z nich jest (nie)sławny zabójca – Magister. Kimkolwiek by nie byli, nie mają dobrych zamiarów. Wykradają z siedliszcza wiedźmińskie mutageny, czyli specyfiki, za pomocą których dzieci zostają zmutowane w wiedźminów. Zabijają też przy okazji młodego adepta z cechu wilka – Leo. Geralt, jak i reszta jego przyjaciół, stawiają sobie za zadanie odnalezienie sprawców i ukaranie ich. Geralt udaje się w tym celu w stronę Wyzimy.

Chciałbym tutaj zaznaczyć, jak bardzo kocham konstrukcję fabuły, którą w każdej części stosują Redzi. Oni doskonale rozumieją ten świat i książkę, o którą się on opiera, gdyż w dużej mierze są oni fanami Andrzeja Sapkowskiego. Zdają sobie sprawę, że Geralt to nie błędny rycerz. Motyw typowego ratowania świata zwyczajnie spłyciłby jego postać i sprowadził całą grę do parteru. Zmęczony grami, które stawiały mnie jako jedyną nadzieję ludzkości, uznałem Wiedźmina za niezwykły powiew świeżego powietrza. Nasz tytułowy mutant, tak samo jak w książce, zajmuje się swoimi osobistymi sprawami. Nie obchodzi go polityka, los świata i tak dalej. Przez to osobiste podejście do fabuły łatwo nam wczuć się w opowieść. Niezwykle szybko wyczuwamy powagę sytuacji i wplątujemy się wraz z protagonistą w, jak się okazuje, dużą większą kabałę.

źródło

Silnik graficzny, na którym Redzi, jako malutkie jeszcze wtedy studio, pracowali, to Aurora. Jest to silnik zapożyczony od BioWare, na którym działa np. Neverwinter Nights 2. Widziałem NvN2 w akcji, więc gdy odpaliłem pierwszą część Wiedźmina, byłem wniebowzięty. Twórcy wycisnęli z tego silnika wszystko, co się tylko dało, stworzyli graficzną gratkę. Pomimo faktu, że na rynku były już gry, które wyglądały lepiej, to specyficzny chłodno-europejski klimat oprawy wizualnej dodawał grze mrocznego i poważnego klimatu. Dla gry osadzonej w klimatach dark fantasy kolorystyka jest niezwykle ważna.

By dopełnić punkt oprawy audiowizualnej warto wspomnieć o ścieżce dźwiękowej. To, co teraz powiem, to stwierdzenie dość ryzykowne, ale uważam osobiście, że soundtrack z tej części gry jest najlepszy ze wszystkich części. Dowód na to macie podany pod recenzją. Pierwsza część tej niesamowitej trylogii była chyba najbardziej słowiańska ze wszystkich. Przepełniona chłodną kolorystyką, swojskim, szorstkim dialogiem i słowiańską demonologią produkcja podbiła jednak nie tylko europejskie serca. To z całą pewnością zasługa komplementarności gry, która przesycona tym całym klimatem nie była robiona na pozór orientalności. Ona była orientalna. Przez to właśnie wydała się prawdziwa.

źródło

Zadania poboczne łączą się w moim odczuciu z dialogami. Najbardziej urzekło mnie w nich to, że mogliśmy się z tych rozmów dowiedzieć czegoś więcej o świecie czy sytuacji w miejscu, które aktualnie odwiedzaliśmy. Szokowały, rozbawiały albo i smuciły. Pozostawiały jednak jakiś tam bagaż emocjonalny. Jak dialogi były bez najmniejszego zarzutu przez swojskość i prostotę przekazu, tak nad zadaniami pobocznymi muszę nieco "powisieć". Są one nierówne. Wiele osób odrzuciły, gdyż niektóre z nich wpisują się w definicję tzw. fetch questa: przynieś tyle krwi ghula, dostarcz trochę szpiku alghula... Ot, typowe, rpg-owe zadanka. Miałem kiedyś o tym podobne zdanie jak reszta – no, mogli się postarać, nadać tym zadaniom nieco więcej charakteru i duszy, upodobnić je do pozostałych, posiadających tło fabularne. Dziś, będąc po wielokrotnym rozegraniu Zabójców Królów, wiem, że nie miałem racji. Te drobne zadanka, zbierane z tablic wiosek i miasteczek, to całe sedno wiedźmińskiego fachu. Czuć w tym klimat, pomimo tego, że nie są interesująco rozpisane... Pasują one do postaci, do świata i do tzw. "pace'ingu" gry. Czuć, że jest na nie czas, że nie musimy się z niczym spieszyć. Widać kiedyś byłem zbyt nadgorliwy w tym aspekcie.

Wiele można jeszcze opowiedzieć o tej grze. Wiele wspominać. To jednak nie czas na to. Teraz przyszedł czas na podsumowanie moich doświadczeń. Nie będzie w tym tekście zaskoczenia – kocham tę grę. Była to jedna z moich pierwszych, a na pewno pierwsza tak oryginalna i odświeżająca umysł gra. Dzięki niej zafascynowałem się również tymi poważniejszymi i mroczniejszymi uniwersami, a także na zawsze już wszedłem w literaturę fantasy. Była i będzie to w moim odczuciu najlepsza gra RPG ostatniego dziesięciolecia, i nic już, w związku z tym, że jesteśmy u schyłku kolejnego dziesięciolecia, tego nie zmieni. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz