sobota, 9 lipca 2016

Wiedźmin: Dzieci Lisicy – chwyta za serce, ściska za żołądek!

Ostatnio przeczytaliście moją opinię na temat pierwszego tomu komiksowego wiedźmina pt. Dom ze szkła. Nie mogłem wytrzymać i już następnego dnia sięgnąłem po, wydane z takim samym pietyzmem, Dzieci Lisicy tych samych autorów. Po raz kolejny postanowiłem sprawdzić, czy to wszystko pasuje do mojego ulubionego uniwersum, które znam na wylot. Chcecie poznać odpowiedź? Zapraszam więc do przeczytania tego właśnie wpisu.


Tytuł:Dzieci Lisicy
Scenariusz: Paul Tobin
Rysunek: Joe Querio
Wydawnictwo: Egmont

Recenzja poprzedniego tomu TUTAJ



Zanim przejdę do konkretnych rozważań, to warto nakreślić wam, oczywiście mniej więcej i bez istotnych spoilerów, fabułę drugiego tomu  przygód Białego Wilka. Od razu muszę nadmienić, że nie jest to konkretna kontynuacja historii z Domu ze szkła. Wręcz przeciwnie, w żadnym panelu nie znalazłem choćby odniesienia do niej. Wydaje mi się, że ma to wszystko działać na zasadzie komiksów DC, które opowiadają po prostu różne przygody Batmana i innych, które w pewien sposób wzbogacają nasz obraz osi czasu życia bohatera.

Geralta spotykamy tym razem w doborowym towarzystwie rubasznego i zabawnego krasnoluda o imieniu Addario. Jest waltornistą, co wydaje się żartem samym w sobie, gdyż nie wygląda ani trochę na osobę renesansu. Podróżują oni do Novigradu, miasta znanego tak z Sagi Andrzeja Sapkowskiego, jak i najnowszej produkcji studia CD Projekt RED Wiedźmin 3: Dziki Gon (którego recenzję zamieściłem TUTAJ). Los, jak się okazuje, puszcza im przewrotnie oko, gdyż pomimo znalezienia się na statku, pardon, slupie, który płynie do Wolnego Miasta. Lądują oni zwyczajowo w sam środek kabały. Okazuje się, że to nie jest zwyczajny statek kupiecki, a wyprawa mająca na celu sprzedaż dziecka Lisicy (porwanego od prawdziwych rodziców przez Lisicę), przedstawicielki rasy aguarów, potężnych, władających iluzją istot, które potrafią przybierać kształt lisa. Geralt zostaje więc zatrudniony, nieco wbrew swej woli, jako ochroniarz tej wyprawy. Jak się szybko okazuje, Lisica, jak to na matkę przystało, wyrusza za statkiem w pościg w celu odzyskania swojej córki, którą na domiar złego nieumyślnie zabija jeden z członków załogi. Zaplątani w sieć iluzji zawistnej Lisicy trafiają na moczary, gdzie nie wiadomo, co jest ułudą, a co jawą. Czy Geralt wykaże się tak sprytem, jak i mądrością, i wyprowadzi tych ludzi do cywilizacji? Czy Lisica przebaczy im zabicie swej podopiecznej? Znów odwołuję was do tego niedługiego, ale intrygującego dzieła rąk dwójki autorów.


Właściwie, jeśli chodzi o kreskę, to wystarczyłoby, gdybym przekopiował tekst z poprzedniej recenzji, gdyż tak naprawdę nic się w tej kwestii nie zmieniło. Owszem, tekstury i rysy wydają się wyraźniejsze i mniej w tym wszystkim koncepcyjnego szkicu, a więcej precyzji, ale ogólne wrażenie pozostaje takie samo. Teraz mamy jednak do czynienia z dużo, w moim odczuciu, lżejszą historią. Dzieci Lisicy to nie przygnębiające scenerie, mrok i ciężki klimat śmierci i zdradzonych uczuć, ale raczej opowieść o niebezpieczeństwie, matczynej miłości i walce ze swoimi słabościami. Dzięki delikatnie innemu podejściu do rysunku otrzymaliśmy dużo łatwiej przyswajalny klimat, idealnie pasujący do opowieści.

Kolory są również znacznie wyraźniejsze i żywsze, a to za sprawą otoczenia, w które los wepchnął wiedźmina z Rivii. Przeważają odcienie pomarańczowe i żółte, co jest silnym kontrastem do Domu ze szkła, w którym panowały kolory szary i czarny, bądź zgniło zielony czy chłodny niebieski. To swoją drogą genialny argument do stwierdzenia, że w komiksach to nie scenariusz odgrywa większą rolę w budowaniu napięcia i klimatu, a kolorystyka i styl, w jakim rysownik stworzył przedstawiane nam obrazy.

Klimat, pomimo tego, że lżejszy, niż w tomie pierwszym, jest w dalszym ciągu gęsty i pozostawia nam wiele pytań, aż do ostatniej strony komiksu. Pozostawia nas natomiast, tak jak i tom poprzedni, w zadumie i rozważaniach. Wielokrotnie snułem bardzo złożone i długotrwałe rozmyślania w stylu "Co ja zrobiłbym na miejscu Geralta?". Często dochodziłem niestety do wniosku, że wśród tych wszystkich iluzji i niepewności najpewniej bym oszalał. To dobry dowód na to, że komiks świetnie działa na naszą wyobraźnię i staje w poprzek gardeł tym, którzy twierdzą, że komiksy zabijają wyobraźnię, którą budują z kolei książki oparte jedynie na słowach. To nadal jest inteligentne spędzanie czasu, ale działa na nieco inne rejony naszego mózgu.


Scenariusz, pomimo że nieco umniejszyłem jego wkład w budowanie klimatu, jest niezwykle ważny i dlatego też poświęcę mu kilka zdań. Przede wszystkim czuję, że autor scenariusza Paul Tobin coraz bardziej rozumie świat, którym manipuluje. Wyczułem w tym jeszcze więcej "sapkowości". niż w tomie pierwszym. W sumie to nie tylko moje odkrycie. W wywiadzie zamieszczonym na ostatnich stronach komiksu Paul przyznaje, że po graniu w gry o wiedźminie, zaczytywaniu się w opowiadaniach i samej Sadze, dużo lepiej czuje postać Geralta i klimat, w jakim ten świat został stworzony. To nie znaczy, że próbuje teraz stać się kalką Sapkowskiego, osobą, która jedynie odtwarza czyjeś dzieło na własnych pomysłach. To nie tak. W tym nadal jest mnóstwo własnej inwencji, wprowadzanie smaczków i niuansów, które idealnie pasują do świata wiedźmina, nie są wepchnięte na siłę i są świeże, choćby sam wątek rasy aguarów, o których nie słyszałem do tej pory. Postaci poboczne nareszcie są wielowymiarowe i intrygujące. Nie zrozumcie mnie źle! Dom ze szkła również miał ciekawe postacie, ale cały czas czułem, że autorzy nie czując się w tym świecie pewnie ze względu na fakt, że była to ich pierwsza opowieść, starali się bardzo ostrożnie podchodzić do kreowania bohaterów. W drugim tomie natomiast poszli duży krok do przodu, czuć tutaj swobodę działania i pewność oraz świadomość kierunku, w jakim zmierzają.


Teraz, po przeczytaniu drugiego tomu opowieści o Geralcie autorstwa Paula Tobina i Joe Querio, wiem, że to komiks z tego świata, o jakim zawsze marzyłem. Komiks, który pozwala temu światu żyć dłużej. Pozwala mu zdobywać popularność w szerszych kręgach, rozrastać się i nie umierać. Dzieci Lisicy to piękna i ekscytująca opowieść, która łapie tak za serce, jak i za żołądek. Idealnie dawkuje nam emocje, serwując również dużą dawkę humoru, a to wszystko dzięki fenomenalnie wykreowanym, pisanym z niesamowitą swobodą, postaci pobocznych oraz samego Geralta z Rivii. Jestem usatysfakcjonowanym czytelnikiem i z wyczekiwaniem wypatruję kolejnego dzieła obojga tych twórców. Wy natomiast możecie być pewni, że gdy tylko coś nowego się pojawi, to ja na pewno znów to ocenię. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz