środa, 31 sierpnia 2016

Batman: Hush – czy warto było?

Jak zapewne wielu z was wie, od niedawna w kioskach można kupić pierwszy tom Wielkiej kolekcji komiksów DC Comics, a kolejne będą ukazywały się co dwa tygodnie w każdym kiosku za dość symboliczną kwotę 30 zł. Postanowiłem, że zaopatrzę się w pierwszy tom i wybadam, o co w tej akcji chodzi oraz czy są to komiksy godne polecenia. Pierwszy sprezentowany nam tom to komiks pt. Batman: Hush. Warty wzmianki jest również mały dodatek: przedruk debiutanckiego komiksu o Batmanie z roku 1939. Niezwykle miło było wrócić do klasyki gatunku, nie ważne, jak bardzo jest ona – w porównaniu z dzisiejszym stylem rysownictwa i klimatu – nieoszlifowana. Ale, ale, chyba zanadto odbiegliśmy od dzisiejszego tematu! Sprawdźmy więc, krok po kroku, czy Hush jest komiksem wartym zakupu.

Tytuł:Batman: Hush
Scenariusz: Joseph Loeb
Rysunki: Jim Lee
Kolory: Alex Sinclair
Wydawca: Eaglemoss


Fabuła przedstawiana jest nam oczywiście z perspektywy Człowieka Nietoperza. Trudno jednak określić jej główny wątek, gdyż rozbijać się on będzie o wiele postaci i wiele spraw związanych z uniwersum DC. To komiks o Batmanie. O Brusie Waynie. O jego własnych, egzystencjalnych rozterkach i pracy jako nocny stróż Gotham City. Widzimy więc, jak w tle do własnych prywatnych zmagań z przeszłością Nietoperz walczy z takimi przeciwnikami jak Croc, Harley Quinn, Joker czy też Trujący Bluszcz. Z pomocą również przyjdą mu znani i lubiani przyjaciele, tacy jak Superman, Kobieta Kot czy Huntress. Gdybym jednak starał się określić główny wątek fabularny komiksu, powiedziałbym, że obraca się on wokół intryg Trującego Bluszczu, która za pomocą swych umiejętności zawładnie umysłem bliskich Batmanowi ludzi, by dopiąć swego. Gdy komiks kończy ten wątek, przenosi nas płynnie, nadal opierając się po prostu na opowieści o człowieku, który walczy z przestępczością, do kolejnego. Przenosi nas do wątku, którego rozwinięcie z pewnością zobaczymy w drugim tomie Hush, już za (nawet nie) dwa tygodnie. Nie wybiegajmy jednak w przyszłość! Fabuła, choć ciężka do dostrzeżenia, jest tutaj silnym aspektem opowieści. To nie typowy komiks o Batmanie. Jest to jednak typowa opowieść o milionerze-filantropie, który walczy z demonami przeszłości.

 

Kreska, którą zastosowano w Hush, należy do jednej z najmroczniejszych i najciekawszych, jakie widziałem w życiu. Nic dziwnego, że Hush został swego czasu doceniony między innymi właśnie za styl artystyczny, jakim podążył. Otrzymujemy klasyczną, nie realistyczną, ale niezwykle szczegółową i immersyjną kreskę, która pozwala nam wsiąknąć w dość ciężki i refleksyjny klimat komiksu. Jest to również komiks, którego uważna analiza może dostarczyć nam bardzo szczegółowych informacji na temat danej sytuacji i tego, co ma nastąpić. Ze względu na to, że kreska jest niezwykle detaliczna, jak już wspomniałem, możemy na przykład orzec, jakie konkretne obrażenia otrzymał Batman w walce. Jest to ważny aspekt komiksów jako takich, dlatego też nieumiejętności jego implementacji w niektórych jest smutna i jest wielkim minusem. To jedno z tych dzieł, w którym kreska jest przeważającym nad scenariuszem aspektem budującym klimat jako taki.

A skoro mowa o klimacie, to jaki on jest? Muszę przyznać, że niezwykle ciężki i mroczny, jak zresztą we wszystkich komiksach o Batmanie naszych czasów. Pora się do tego przyznać – komiksy to już od dawna nie są opowiastki dla małych dzieci, a poruszające ważne i trudne tematy opowieści. To już nie frywolne "Get to the Batmobile!", a egzystencjalne rozmyślania, walka z demonami oraz wybieranie pomiędzy większym a mniejszym złem. Za to właśnie kocham komiksy DC – utrzymują iście ludzkie emocje, są blisko realizmu, jeśli chodzi o odczucia. Nie starają się koloryzować swojego świata, próbując go oderwać od naszego. Wręcz przeciwnie. Osadzają go w naszym, realnym świecie i pokazują, jak nisko może upaść człowiek, by zrobić coś dobrego bądź też złego. Tym właśnie jest Hush. Opowieścią o dobrym człowieku, który nie radzi sobie psychicznie z tym, co widział, z czym musi się zmagać i ze świadomością, ile zła jeszcze przed nim. Bruce Wayne przebywa podróż przez swą przeszłość i poprzez komiks idealnie ukazuje nam dwie strony swojej osobowości. Bo czyż nie każdy z nas je ma?


Hush zaskoczył mnie swym poważnym podejściem i nienagannie detaliczną kreską, ale zawiódł mnie nieco, jeśli chodzi sposób narracji. Ciężko się czasami połapać, o co chodzi w opowieści, gdyż autor scenariusza czasami dość enigmatycznie objaśnia nam motywy i daną sytuację jako taką. Nie uważam jednak, że Hush jest komiksem słabym. Wręcz przeciwnie. Batman: Hush to bardzo dobry przykład na to, że zwykłe ludzkie emocje potrafią genialnie współgrać z opowieścią o superbohaterze. Dowód na to, że warto rozwijać oba wątki Bruce'a, aby uzyskać równowagę klimatu. Polecam serdecznie wszystkim, aby spróbowali swego szczęścia i sprawdzili, czy w ich kioskach nadal gości Hush

wtorek, 30 sierpnia 2016

As na stronie #29 – Złodziej z mgły 2

Kolejna dawka cytatów z książki Lavinii Petti Złodziej z mgły. Pierwsza część dostępna tutaj.

Tysiące trudnych, przełomowych momentów, w których ludzie wybrali szaleństwo... Kiedy życie staje się nie do zniesienia, szaleństwo jest najmądrzejszym wyborem, co do tego nie mam wątpliwości!
Ale to właśnie szczegóły – jak zwykł mawiać jego ojciec i jak sam się przekonał, kiedy został pisarzem – głębia szczegółów stanowi o wartości życia i sprawia, że nie jest ono zwyczajną historią. To te krótkie chwile zanurzone w oceanie godzin nadają sens ludzkiej egzystencji.
Wiedziałam, że matka pomoże ci zrozumieć, kim byłeś. Masz szczęście, że ci się udało. Wszyscy ludzie zgubieni (...) powinni mieć matki, które przypomniałyby im, kim są.
Desperat, który targa się na własne życie (...) dociera do miasta nieprzeniknionego mroku i mgły. Zastanawiałeś się kiedyś, co dzieje się z przedmiotami, których nikt nie szuka? Po dłuższym czasie gniją, umierają.
Nie można odebrać ludziom tego, czego potrzebują, chyba że jest się gotowym na wojnę.
Choćby miał pan ocean złota, nie kupi pan nawet kropli czasu, panie Fonte. Może się pan uważać za szczęśliwca. Nie ma pan pojęcia, co daliby niektórzy ludzie w zamian za jedną marną godzinę i nie zdaje pan sobie sprawy, z jakim trudem czas zwraca choć jedną sekundę. Zastanawiam się zawsze, dlaczego ludzie, którzy mają do dyspozycji miliony godzin, nie potrafią ich wykorzystać i naprawdę przeżyć. Ciągle powtarza się ta sama historia. Doceniamy to, co posiadamy, dopiero w momencie, gdy to tracimy. Tak samo dzieje się z czasem.
Ponieważ ludzie żyją po to, by pamiętać, i by o nich pamiętano. Człowiek bez przeszłości, bez własnej historii jest gorszy niż umarły. Jakby nigdy nie istniał.
Ile czasu musi jeszcze upłynąć, by zrozumiał pan, że nie istnieje nic bardziej mylącego od prawdy? Istnieje tylko to, w co wierzymy albo to, w co powinniśmy uwierzyć, bo tego chcą inni.
Każda akcja wywołuje reakcję, każda przyczyna ma swój skutek. Nawet coś, co wydarzyło się trzydzieści lat wcześniej, może mieć wpływ na teraźniejszość, w najbardziej nieoczekiwanym miejscu i czasie.
Czasem człowiek czuje się tak niewypowiedzianie szczęśliwy, że mógłby umrzeć i nawet by tego nie zauważył, ponieważ to, co odnalazłby po śmierci, nie różniłoby się od tego, co zostawił.
(...) powiedział mi kiedyś, że świetliki są wiarą utraconą przez ludzi. Ale wiara nie odnosi się jedynie do bogów. Czasem trzeba też zawierzyć ludziom... (...). Dziękuję, że na mnie poczekałeś.
(...) żadna ludzka historia nie jest zwykła i żadna nie zasługuje na pogrzebanie. Wydobywając je z niepamięci, przywracamy je do życia.
Jedynie konfrontując się z przeszłością i przyjmując na siebie cały jej ciężar, stał się pan naprawdę sobą. Widzę teraz człowieka, który nie ma już nic do stracenia, ponieważ wie, kim jest.
Codziennie, gdy tylko otworzymy oczy rozpoczynamy od nowa tę samą grę. Stwarzamy pozory, że nic nami nie poruszyło, nie zmieniło biegu naszej egzystencji.

niedziela, 28 sierpnia 2016

Tygodniowa wycieczka

 W minionym tygodniu mogliście przeczytać:

Poniedziałek

Minął rok, miną lata...
Zawsze podczas świętowania nowego roku spoglądam wstecz i myślę sobie "jeszcze nie tak dawno, jakby to było wczoraj, witaliśmy zeszły rok, a już czas się pożegnać". Czas leci nieprawdopodobnie szybko, wręcz przelatuje przez palce. I właśnie tak samo zleciał rok z Asem. Wczoraj myślałam, czy blog to dobry pomysł przy moim trybie życia, a dziś świętuję jego pierwsze urodziny wraz z Kierem... czytaj więcej

Środa

Joker: Kto śmieje się ostatni? + ZAPOWIEDŹ
Dzisiejszy post nieco różni się od pozostałych, które zwykłem wrzucać na naszego bloga. Dziś bowiem zapragnąłem podzielić się z wami częścią siebie, krótkim wyrywkiem mojej pracy fan fiction prezentującej legendarne już w świecie DC tortury Jasona Todda, sprezentowane przez Jokera. Postanowiłem ten fragment nieco przerobić, ubrać we własne słowa i stworzyć własną wersję. Tworząc tę wersję Jokera połączyłem charaktery wszystkich znanych mi jego wcieleń i wyszedł  psychopatyczny żartowniś, który w swych zbrodniach widzi dużo zabawy, dużo przyjemności, ale i wyższą ideę, chęć udowodnienia czegoś Batmanowi. Tekst jest również małą zapowiedzią recenzji komiksu z uniwersum Batmana, która niebawem zostanie opublikowana na blogu. Miłej lektury i do następnego razu! ...czytaj więcej
 

Czwartek 

małe życie
Zachwytom nie było końca, pierwsze miejsca na listach rankingów zagarnięte, czytelnicy zaczarowani – nie mogą funkcjonować, bo siedzą w domach wbici w fotele i przytłoczeni emocjami, nadmiarem tragedii i… a może jednak nudą? Małe życie to niemała książka, ciężka i – mam wrażenie – skierowana do wąskiego grona osób. Chociaż już sama nie wiem, bo wystarczy wejść na stronę Lubimy Czytać, by zobaczyć mnóstwo opinii przepełnionych zachwytem i fascynacją. Jak do tej pory ufałam czytelnikom tego portalu i rzadko kiedy książka powyżej ośmiu gwiazdek mi się nie spodobała, tak teraz czuję się zawiedziona. Ale zacznijmy od początku… czytaj więcej

Piątek

Star Wars: Lando Calrissian przeciwko Imperium!
Nie jestem wielkim fanem Gwiezdnych wojen, ani też wielkim znawcą świata, w którym rozgrywa się ta akcja. Nie mogłem jednak przepuścić okazji przeczytania komiksu, który na celownik wziął sobie jedną z moich ulubionych postaci z pierwotnej sagi Star Wars. Komiks Lando Calrissian przeciwko Imperium jest autorstwa Charlesa Soule, gdzie rysunkiem posłużył mu niejaki Alex Maleev. Oprawiony w miękką oprawę zawiera w sobie tak naprawdę dwie osobne opowieści. Dzisiaj jednak chciałbym skupić się tylko na tej głównej i najdłuższej – opowieści o Lando Calrissianie. Co też porabia nasz zabawny, arogancki łotrzyk? ...czytaj więcej

Sobota 

Dziecko z koszyka – recenzja książki Prawo Mojżesza
To nie jest historia jak każda inna. To nie jest historia prosta i przewidywalna. Nie znajdziecie tutaj przepełnionych romantyzmem opisów, przesadnie erotycznych wątków. Ta historia, choć trudna do pojęcia, jest wzruszająca i piękna, nieprawdopodobna, ale aż nazbyt realistyczna. Ta historia nie kończy się happy endem... Ale czy na pewno? ...czytaj więcej

sobota, 27 sierpnia 2016

Dziecko z koszyka

To nie jest historia jak każda inna. To nie jest historia prosta i przewidywalna. Nie znajdziecie tutaj przepełnionych romantyzmem opisów, przesadnie erotycznych wątków. Ta historia, choć trudna do pojęcia, jest wzruszająca i piękna, nieprawdopodobna, ale aż nazbyt realistyczna. Ta historia nie kończy się happy endem... Ale czy na pewno?



Tytuł: Prawo Mojżesza
Autor: Amy Harmon
Wydawnictwo: Helion (editiored)



Gdy przeczytałam o Prawie Mojżesza, nie ukrywam, wiele od niego oczekiwałam. Nastawiłam się na historię inną od wszystkich. Pierwsze strony sprawiły niestety, że zaczęłam myśleć o niej jak o wszystkich innych opowiastkach miłosnych. Główni bohaterowie poznają się już jako dzieci, od początku są sobą zafascynowani. On został znaleziony w koszu na pranie, porzucony przez matkę narkomankę, przez co nadano mu imię Mojżesz. Georgia z kolei urodziła się w kowbojskim miasteczku, wychowana na prostą dziewczynę z rancza. Nie trudno się domyślić, że szara myszka zainteresuje się tajemniczym i zamkniętym w sobie chłopakiem z trudną przeszłością i za wszelką cenę postara się do niego zbliżyć, by jakoś go uleczyć. Pomyśleć można, że po kilku dniach zalotów Mojżesz się w niej zakocha bez pamięci i będziemy czytać o bezgranicznej miłości do końca życia... Ale nie! Po opisach przystojnego młodzieńca i przeciętnej dziewczyny wszystko zaczyna się zmieniać, zwłaszcza kierunek fabuły. Nie mamy już do czynienia z banalną historią dwójki młodych ludzi, a zaczynamy obserwować ich codzienność, gdy oboje zostają zmuszeni wkroczyć w dorosłość szybciej, niż powinno się to stać. Gdy oboje muszą wziąć odpowiedzialność za swoje życie i swoje czyny. Mojżesz ma ogromny dar, który czasami jest jak przekleństwo, ale z biegiem lat staje się bardzo pomocny. Georgia również nie jest bohaterką bez charakteru. To silna kobieta, pewna siebie i zdecydowana, przede wszystkim bardzo zaradna. Jej miłość do koni pomaga jej przetrwać i... leczyć ludzi. Pewnego koszmarnego dnia Mojżesz trafia do szpitala, przez co ich kontakt się urywa, a uczucie łączące tę dwójkę nagle się zmienia.
Mojżesz był dziwny, a dziwność jest zawsze podejrzana. Dziwność jest przerażająca i niewybaczalna.
Prawo Mojżesza to książka niepodobna do innych, jakie miałam okazję czytać. Łączy w sobie wątki prawdziwej, choć trudnej przyjaźni, miłości najsilniejszej ze wszystkich – miłości zdolnej do przebaczania, ale także wątki śmierci i straty. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że w takiej niedługiej historii Amy Harmon udało się opisać po prostu życie, które nie składa się tylko z radosnych chwil. Fakt, miałam momentami wrażenie, że przesadnie podkreśla niektóre cechy charakteru Mojżesza, żeby czytelnik przypadkiem nie zapomniał, że jest to chłopak trudny. Poza tym jego znajomość z Georgią rozwija się bardzo szybko, nie sposób wyłapać momentu przełomowego w tej relacji, co może się wiązać ze stylem bycia tej dwójki... Więc oba te minusy zanikają w całości.
(...) być może nikt z nas nie jest bezpieczny. Nie tak prawdziwie. Nawet przy ukochanych osobach. Nawet przy osobach, które nas kochają.
Nie jestem już zaskoczona, gdy okazuje się, że nawet w krótkich książkach autorzy potrafią stworzyć więź czytelnika z bohaterami (po niektórych doświadczeniach czytelniczych stwierdzam, że czasami wychodzi to nawet lepiej, niż w tych obszernych pozycjach), i tym razem było podobnie. Już nie zastanawiałam się, co się ze mną dzieje, że łza się kręci w oku albo że mówię sobie "nie, to się nie może skończyć w ten sposób". Ale Amy Harmon to nie Mia Sheridan, której książki to wydawnictwo również wydało i która uwielbia pisać o osobach sobie przeznaczonych. Dlatego cieszę się, że udało się sprowadzić jej książki do Polski. Podoba mi się jej styl tworzenia opowieści, które bazują głównie na pytaniach typu "co ja bym zrobiła w takiej sytuacji?"... I może to jest odpowiedź na moje rozmyślania. Amy tworzy więź z czytelnikiem, bo pisze o życiu takim, jakie ono jest, ale w sposób przystępny i nieprzytłaczający. Takiej historii było mi trzeba!
Będziemy po prostu uciekać (...). Jak ty to mówiłeś? Tu, tam, na drugi koniec świata? Nie uciekniemy od siebie samych, więc będziemy razem, dopóki każdy z nas nie odnajdzie siebie, dobrze? Dopóki nie wymyślimy, jak się z tym uporać.
Chcę też wspomnieć trochę o postaciach pobocznych, które są również istotne. Moją sympatię zdobył Tag, przyjaciel Mojżesza, który momentami rozładowywał napięcie i lubiłam, gdy się pojawiał.  Pomimo swojej sytuacji czułam jego pozytywne wibracje, które miały również wpływ na "trudnego chłopaka". Dlatego też niesamowicie się ucieszyłam, gdy zobaczyłam, że będzie on głównym bohaterem kolejnej książki Amy, wydawanej we wrześniu, pt. Pieśń Dawida. Rodzice Georgii i babcia Mojżesza nie byli tak wyraziści, jak opiekunowie powinni być w życiu swoich dzieci, ale spełniali swoją rolę – i to wystarczyło.

Nie wiem, czy udało mi się przekazać wam, że jestem tą książką zauroczona. To jedna z lepszych historyjek, jakie miałam możliwość czytać w tym roku. Przede wszystkim nic nie jest w niej przesadzone, a sceny intymne nie są wypychane ponad wszystko inne. Są delikatne i niedosłowne. Prawo Mojżesza to książka idealna na długi i samotny wieczór, przy której przejdzie przez was naprawdę wiele emocji i nie będziecie mogli się od niej oderwać... Mam nadzieję, bo ja tak ją odebrałam. To historia równie piękna, co okładka książki (przepraszam, musiałam!) i nie mogę znaleźć odpowiednich słów na jej opisanie. Po prostu to przeczytajcie.
I to była prawda. W pewnym sensie. Bo tej prawdziwej prawdy nikt nie chciałby słuchać. Ludzie lubią wyznawać religię, ale nie są skłonni do wykazywania się wiarą. Religia ze swoją strukturą i regułami ma dodawać otuchy. I dawać poczucie bezpieczeństwa. Ale wiara nie jest bezpieczna. Wiara jest trudna, niewygodna i zmusza ludzi do zrobienia czegoś wbrew wszystkim.

Premiera już 31 sierpnia! 

Podziękowania za książkę kieruję do wydawnictwa Helion, kupić możecie TUTAJ

piątek, 26 sierpnia 2016

Star Wars: Lando Calrissian przeciwko Imperium!

Nie jestem wielkim fanem Gwiezdnych wojen, ani też wielkim znawcą świata, w którym rozgrywa się ta akcja. Nie mogłem jednak przepuścić okazji przeczytania komiksu, który na celownik wziął sobie jedną z moich ulubionych postaci z pierwotnej sagi Star Wars. Komiks Lando Calrissian przeciwko Imperium jest autorstwa Charlesa Soule, gdzie rysunkiem posłużył mu niejaki Alex Maleev. Oprawiony w miękką oprawę zawiera w sobie tak naprawdę dwie osobne opowieści. Dzisiaj jednak chciałbym skupić się tylko na tej głównej i najdłuższej – opowieści o Lando Calrissianie. Co też porabia nasz zabawny, arogancki łotrzyk?



Tytuł: Lando Calrissian przeciwko Imperium
Scenariusz: Charles Soule
Kreska: Alex Maleev
Kolor: Paul Mounts




Opowieść zaczyna się, gdy Lando finalizuje pewną transakcję. Cóż, można powiedzieć, że jego metody są dość oryginalne, gdyż omawia niedawno wykonane zlecenie z imperialną gubernatorką w łóżku. Nie ważne, czy zgadzamy się z jego metodami czy też nie, trzeba mu przyznać, że facet ma jaja. Skradł ważną imperialną zabawkę, a w trop za nim poszła Bestia z Castell, której nie zastrzelił, tak jak nakazywałby rozsądek, a przespał się z nią, odsuwając od siebie podejrzenia. Myślicie więc, że jest sprytny? Zgodziłbym się z wami, gdyby nie fakt, że kradzież tej kuli i oddanie jej swojemu szefowi nie uczyniło go bogatym, a odjęło mu kilka procent z długu u niego. Lando jest więc nadal zadłużony po uszy, nadal w ciężkiej sytuacji i nadal musi kombinować, jak zarobić i się z tego wyłgać. Z pomocą przychodzi mu jego przyjaciel Lobot oraz kilku pobocznych bohaterów, z którymi ramię w ramię postanawia ukraść statek o nazwie Imperialis, aby spieniężyć go, zarobić trochę grosza. Problem rodzi się, gdy okazuje się, że na pokładzie jest coś, czego pożąda sam Palpatine, który wysyła za Lando szwadrony śmierci oraz płatnego zabójcę. I tak zaczyna się wielka ucieczka naszego bohatera, która stanowi zarazem trzon fabularny tej opowieści.

Fabuła od początku do końca jest niezwykle ciekawa i intrygująca, choć niektóre jej fragmenty zdają się przewidywalne, nie mówiąc już o tym, że od początku wiadomym jest, że główny bohater na pewno wyjdzie z opowieści bez szwanku, gdyż jest ważną częścią właściwej historii Gwiezdnych wojen. Ten fakt świadomości "bezpieczeństwa postaci" sprawia, że komiks traci nieco na swej nieprzewidywalności, przynajmniej w kontekście tej jednej osoby – Calrissiana. Jest to jednak, według mnie, jedyny minus fabuły jako takiej. 


Na plus z całą pewnością wychodzi klimat opowieści, który utrzymany jest w słodko-gorzkim sagowym klimacie. Mamy tutaj mroczne sceny, ciężkie momenty, które są stabilizowane przez wplatany humor, znany fanom tego świata. Najbardziej optymistycznym fragmentem komiksu jest sam Lando, którego lekkie i bezstresowe podejście do życia genialnie rozładowuje napięcie. Tam, gdzie inni widzą śmierć lub pochwycenie, on widzi okazję do wykręcenia się od tego. Jest to, z całą pewnością, najmocniejsza strona klimatu utrzymywanego przez komiks – postacie. Są napisane jako osobne jednostki, nie miałcy bohaterowie, którzy nas nie obchodzą. Gdy w pewnym momencie Lobotowi, który jest cyborgiem, zaczęło szwankować oprogramowanie, to, przyznam szczerze, było mi go szkoda i byłem naprawdę przejęty, gdyż spodobało mi się jego rozsądne zachowanie i komentarze. Był przeciwwagą dla Lando i właśnie dlatego tworzyli tak świetny przyjacielski duet. Nie tylko jednak Lo stworzony został z kreatywnością. Każda postać, którą spotykamy, ma indywidualny rys, coś, co wyróżnia ją od pozostałych i nie sprawia, że zlewa nam się z jakąś inną.

No ale cóż nie buduje klimatu lepiej w komiksach, jak nie kreska i kolor, prawda? Za warstwę kolorystyczną odpowiedzialny jest Paul Mounts. Jest to jedna z większych zalet. Kolory występujące tutaj to dominacja chłodnych, ciemnych barw, nadających opowieści grozy, realizmu i pewnej nutki niepewności. Postacie najczęściej stoją w jakimś cieniu, co ma dać nam do zrozumienia, że są one ścigane, muszą się ukrywać, muszą być tajemnicze i w pewnym stopniu wycofane, aby przetrwać. Natomiast kreska to zupełnie inna para kaloszy. Nie mogę powiedzieć, że jest zła gdyż byłoby to świętokradztwo. Jest ona utrzymana w klimacie szkicownika. Figury często sprawiają wrażenie jedynie nakreślonych brył, tak samo jak postacie, których detale, choć i tak ukazane w sposób minimalistyczny, są często niskiej jakości. Wiem, że dodaje to nieco rustykalnego kształtu całej opowieści, ale po prostu nie mogę tego przetrawić. Jest to jednak pewien koncept na ten komiks i szanuję to, pomimo faktu, że bardziej pasowałby mi tutaj jednak hiperrealizm. W końcu jest to opowieść Sci-Fi i dodanie jej wiarygodności kreską wprowadziłoby czytelnika w dużo większą immersję z opowieścią. Jest to jednak tylko moje zdanie.  


Lando Calrissian przeciwko Imperium to komiks solidny. Komiks, który idealnie utrzymuje się w klimatach Star Wars, jakie wszyscy znamy i kochamy. Nie próbuje niczego nowego, nie próbuje tworzyć odrębnej atmosfery, ale czy to źle? Moim zdaniem jest to genialny zabieg w przypadku, w którym opisywana postać jest znana właśnie z tej starej sagi, którą miałem okazję wielokrotnie oglądać w telewizji. Pasuje do niej klimat, w którym została stworzona. Nie wyobrażam sobie Lando w nieco unowocześnionym już klimacie Przebudzenia Mocy. Pomimo tego, że kreska jest mało detaliczna, a opowieść w pewnych aspektach zbyt przewidywalna, to uważam, że jest to komiks godny polecenia, warty przeczytania. Warto być na bieżąco, prawda? 

czwartek, 25 sierpnia 2016

małe życie

Zachwytom nie było końca, pierwsze miejsca na listach rankingów zagarnięte, czytelnicy zaczarowani – nie mogą funkcjonować, bo siedzą w domach wbici w fotele i przytłoczeni emocjami, nadmiarem tragedii i… a może jednak nudą? Małe życie to niemała książka, ciężka i – mam wrażenie – skierowana do wąskiego grona osób. Chociaż już sama nie wiem, bo wystarczy wejść na stronę Lubimy Czytać, by zobaczyć mnóstwo opinii przepełnionych zachwytem i fascynacją. Jak do tej pory ufałam czytelnikom tego portalu i rzadko kiedy książka powyżej ośmiu gwiazdek mi się nie spodobała, tak teraz czuję się zawiedziona. Ale zacznijmy od początku…

 
Tytuł: Małe życie
Autor: Hanya Yanagihara
Wydawnictwo: WAB


Małe życie z założenia opowiada historię czwórki przyjaciół na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Każdy z nich jest swego rodzaju artystą: malarz JB, architekt Malcolm, aktor Willem i prawnik Jude. Poznajemy ich, gdy wynajmują razem mieszkanie i wkraczają w dorosłe życie. Chociaż „poznajemy” to jak dla mnie za dużo powiedziane, ale niech tak już zostanie. Po mniej więcej dwustu stronach powieści autorka skupia się na życiu jednego z przyjaciół, Jude’a, który zaczyna odnosić wiele sukcesów, zdobywa sympatię kolejnych wpływowych osób, wiedzę i doświadczenie. Jude jednak nie jest jednym z tych zwykłych chłopaków, których można spotkać na ulicach miasta. Tragiczna przeszłość, trauma z dzieciństwa trawiąca go nawet w dorosłości i wypadek rzutujący na jego zdrowie do końca życia odciskają na psychice bohatera widoczne piętno, przez które on sam nie potrafi zaakceptować siebie takiego, jaki jest. W dobrych uczynkach i miłych słowach innych ludzi doszukuje się drugiego dna, jest ostrożny i przewrażliwiony. Każdy dzień dla Jude’a jest wyzwaniem ponad jego siły. Na szczęście poznaje Harolda, który jest jego wykładowcą. Między tą dwójką rodzi się głęboka i szczera przyjaźń – i choć w tle jest wciąż obecny Willem, to właśnie ta relacja na długo wychodzi na pierwszy plan… Jednak nawet z nim Jude nie chce rozmawiać i zamyka się w sobie, gdy temat rozmowy schodzi na jego przeszłość. Wszystko zamknął gdzieś głęboko w sobie i nikomu nie chce zdradzić wszystkich bolesnych tajemnic.
– Ty sam mi mówiłeś, żeby nigdy niczego nie przyjmować po prostu (…).
– To na uczelni i w sądzie (…). Nie w życiu. W życiu, widzisz, Jude, czasami miłe rzeczy zdarzają się dobrym ludziom. Nie musisz się martwić, nie zdarzają się tak często, jak powinny. Ale gdy się zdarzają, dobrym ludziom pozostaje tylko powiedzieć „dziękuję” i iść dalej (…).
Naprawdę trudno coś więcej powiedzieć o fabule, jeśli chce się uniknąć spoilerów, o które nietrudno przy tak obszernej książce. Może i Małe życie zasługuje na miano dobrej powieści, ale myślę, że rozgłos i opinie są trochę przesadzone. Może to po prostu do mnie nie przemawia, może źle do niej podeszłam. Nastawiłam się na opowieść o przyjaźni, której właściwie potrzebowałam: ambitnej lektury z niebanalnym tematem, ale też lektury przyjemnej. Małe życie natomiast nic przyjemnego w sobie nie miało, przeciwnie – męczyły mnie przydługie i momentami zbędne opisy, historie opowiedziane czasami zbyt szczegółowo, czasami po łebkach, męczył mnie nadmiar negatywnych emocji i atmosfera psychicznego wyniszczenia. Męczył mnie główny bohater. Zapytacie zapewne dlaczego. „Uparty jak osioł” to bardzo dobre określenie. Uparł się, że nic nikomu nie powie, uparł się, że nic nie zrobi, by sobie pomóc, a nawet będzie się starał niszczyć swoje ciało na każdym kroku. W dobrych momentach życia wciąż doszukuje się oszustwa, nawet jako dorosły mężczyzna nie potrafi podejść do życia choć trochę odpowiedzialnie. I jeszcze gdyby jego tajemnica była niezmiernie zaskakująca, to może bym to zrozumiała… Ale to było do przewidzenia. Już po kilku stronach zorientowałam się, co takiego ukrywa Jude. Bohater ten przeżył coś strasznego, co wiem, że się zdarza, niestety, ale też nie próbował się w żaden sposób podnieść po tylu upokorzeniach i porażkach. Jude jest postacią, na którą spadły wszystkie (no może większość) możliwe krzywdy życia i przez to dla mnie jest zbyt… sztuczny, mało wiarygodny. 

Nie mogę jednak zaprzeczyć, że zamiar fabuły był bardzo ciekawy: opisać kilkadziesiąt lat z życia przyjaciół to pomysł wręcz genialny, gorzej z jego realizacją. Wieje nudą, krótko mówiąc. Kilka linijek dialogu przeplata się z kilkoma akapitami opisów, a wszystko to sprawia wrażenie, jakby autorka chciała mnie zmusić do współczucia Jude’owi. Postacie pojawiające się w jego życiu robią dokładnie to samo… Mężczyzna za mężczyzną, gdzieś tam w tle kobiety statystki i wciąż nieufność Jude’a. Poza tym… W dzisiejszych czasach związki homoseksualne nie są już tematem tabu, wszyscy o nich wiedzą, nikt nie ukrywa ich istnienia… Ale czy to znaczy, że za wszelką cenę w książce trzeba kilka razy je podkreślać, wyciągając nawet ponad heteroseksualne? Także do narracji miałam momentami zastrzeżenia. Może to wynikać z mojego braku skupienia, bo już po kilkuset stronach męczyłam tę książkę dosłownie z obowiązku, ale zmienne poziomy narracji czasami sprawiały, że nie rozumiałam, o kim czytam, do kogo jest to skierowane i kto to pisze. Raz narrator jest bohaterem, raz obserwatorem… Naprawdę momentami trudno było się połapać. Już na początku tak się czułam, ale uznałam, że „to się musi po prostu rozwinąć”.
Jakże często przyjaźń i koleżeństwo sprzeciwiają się logice, jak często omijają tych, którzy na nie zasługują, jak często czepiają się dziwaków, ludzi złych, specyficznych, złamanych.
Małe życie opowiada historię prawdziwej i bezinteresownej przyjaźni, która nie zwraca uwagi na wady i przeszłość. Jednak jest też chyba powieścią typowo amerykańską, dlatego nie przypadła mi do gustu. A może po prostu spodziewałam się czegoś innego, delikatniejszego i poważnego zarazem? Może sama nie wiem, czego się spodziewałam? Wiem jedno: momentami miałam ochotę tą książką rzucić, innym razem na niej zasnąć. Jeśli macie słabe nerwy, jesteście zmęczeni codziennością i zestresowani własnym życiem, myślę, że nie powinniście sięgać po tę opowieść. Jest na swój sposób piękna, ale bardzo męcząca, co głównie wpłynęło na mój odbiór. Jednak nie podchodźcie do niej nastawieni na przyjemną lekturę. To nie jest czytadełko na kilka wieczorów, to jest książka ambitna i dobra, ale… No właśnie – wciąż to „ale”…
(...) to jest miłość szczególna, ponieważ jej podstawą nie jest atrakcyjność fizyczna ani przyjemność, ani intelekt, tylko lęk. Człowiek nie wie, czym jest lęk, dopóki nie ma dziecka, i może ten fakt podstępnie wpędza nas w myślenie, że taka miłość jest przemożna, bo sam lęk jest przemożny. (...)

Egzemplarz recenzencki otrzymany od: taniaksiazka.pl

środa, 24 sierpnia 2016

Joker: Kto śmieje się ostatni? + ZAPOWIEDŹ

Dzisiejszy post nieco różni się od pozostałych, które zwykłem wrzucać na naszego bloga. Dziś bowiem zapragnąłem podzielić się z wami częścią siebie, krótkim wyrywkiem mojej pracy fan fiction prezentującej legendarne już w świecie DC tortury Jasona Todda, sprezentowane przez Jokera. Postanowiłem ten fragment nieco przerobić, ubrać we własne słowa i stworzyć własną wersję. Tworząc tę wersję Jokera połączyłem charaktery wszystkich znanych mi jego wcieleń i wyszedł  psychopatyczny żartowniś, który w swych zbrodniach widzi dużo zabawy, dużo przyjemności, ale i wyższą ideę, chęć udowodnienia czegoś Batmanowi. Tekst jest również małą zapowiedzią recenzji komiksu z uniwersum Batmana, która niebawem zostanie opublikowana na blogu. Miłej lektury i do następnego razu!

– Czemu to robisz? Batman dobierze Ci się do dupy! – Wykrzyczał podwieszony na związanych sznurem rękach na haku Jason Todd. Z ciemności usłyszał ciche kroki i uderzanie czegoś metalowego o skórzany materiał rękawiczki. Gdy zżółkłe światło oświetliło jego twarz, nie było wątpliwości. Jason wiedział, kim jest ten mężczyzna.
– By ukazać mój punkt widzenia. Jak zawsze – Odparł mu głęboki, wyważony głos. Po chwili jednak ten sam głos zamienił się w histerycznie ochrypły skrzek, gdy mężczyzna wydał z siebie okrutny, chory śmiech. Jason już nie tylko słyszał zbliżające się kroki, ale także widział Jokera we własnej osobie, kierującego się w jego stronę z łomem w ręku.
– A teraz powiesz mi... kim tak naprawdę jest Batman pod tą maską. I powiesz mi to szybko. Bo nie należę do ludzi cierpliwych, ani rozsądnych. Spytaj Barbary Gordon. – Dodał Książę Zbrodni po chwili ciszy, jaka zapanowała w pomieszczeniu po jego śmiechu. Był to, na pierwszy rzut oka, jakiś stary magazyn. W pomieszczeniu nie było nikogo innego oprócz tej dwójki i szczurów, które donośnie piskały pod ścianami w poszukiwaniu pożywienia. Jason milczał jak grób, nie mógł przecież wydać swojego przyjaciela i mentora. Był już w niewoli od tygodnia i zaczynał wątpić, że Batman mu pomoże.
– On przyjdzie... założę się, że przyjdzie! A wtedy jak zwykle pożałujesz swoich czynów. – Warknął młody Robin i machnął nogą w powietrzu. Joker udał zaskoczonego i lekceważąco zachichotał.
– Oh, czy jesteś pewien, że przyjdzie? No popatrz, co ja teraz zrobię? – Zamachnął się i zadał kilkanaście ciosów zardzewiałym narzędziem. Nie wszystkie trafiały w brzuch. Niektóre lądowały na głowie, żebrach i kroczu. Uderzenia były na tyle mocne, że protegowany Nietoperza spadł z podwieszenia. Joker przyklęknął obok niego i złapał go za policzki. – Obawiam się, że pokładasz w nim zbyt wielką nadzieję. On nie przyjdzie, młodzieńcze. Jako jego najlepszy przyjaciel muszę ci coś zdradzić w sekrecie. Jest beznadziejny, jeśli chodzi o zażyłe relacje. Nasza przyjaźń jest najtoksyczniejszym związkiem w historii! Wyłączając mnie i Harley oczywiście. Ale ty przecież to wiesz, prawda? Jesteś z nim od tylu lat... to urocze i trochę smutne. Ciągniesz go w dół, mój drogi. Jesteś księżycem, który zasłania jego promienie. Nie pozwalasz mu oświetlać mojej osoby tak, jak to było, zanim pojawiłeś się ty i tobie podobni. – Joker zamyślił się i wpatrywał w umęczoną i opuchniętą twarz młodzieńca. Po chwili ohydnie zaśmiał mu się prosto w twarz, co Jason skomentował jedynie splunięciem w otwarte usta.
– Mmm... to było niespodziewanie, niekomfortowo przyjemne. Zrób to jeszcze raz. – Odparł  Joker, śmiejąc się tak mocno, że zgiął się w pewnym momencie w pasie. Gdy śmiech ustał, Jason zdążył zobaczyć jedynie szeroki uśmiech. Później stracił przytomność.
 
– No to co? Powiesz mi, kim jest Batman? I, uwaga, bo nagrywamy razem film! Postaraj się wypaść wiarygodnie, w końcu trafi to do Najwspanialszego Detektywa Świata, on wykryje każdy fałsz. – Powiedział Joker, filmując jedną ręką związanego na krześle Jasona Todda, a drugą trzymając pokaźny fioletowy rewolwer. 
Todd był ucharakteryzowany na Jokera. Największa i najokrutniejsza obelga, jaką mógł Batmanowi uczynić. Szczególnie, że... młody w końcu pękł. Nie dosłownie, rzecz jasna! O nie! Oprócz połamanych żeber i jednej nogi, która najczęściej trafiana była łomem, to wszystko było w idealnym porządku! Cóż, oprócz jego rozbitej psychiki, ale z tym łom Jokera nie miał nic wspólnego. No, może odrobinę.
– Powiem wszystko tylko... tylko przestań już bić. – Odrzekł Todd, cichutko łkając pod nosem. Joker skierował kamerę na siebie, przewrócił oczami i kontynuował swój monolog.
– Musisz mi wybaczyć, Nietoperku, ale ciężko dzisiaj o profesjonalnych aktorów. Ten dzieciak jest cholernie nudny! I przy okazji strasznie nieodporny na ból.
Gdy tylko skończył mówić, wybuchł okrutnym śmiechem, zachrypniętym jak zwykle, ale jakby wymuszonym. Spojrzał się na złamanego młodzieńca i filmując przystawił mu rewolwer do głowy.
– Cóż wybierze wierny Robin? Czy zdradzi tożsamość Batmana tylko dlatego, że z własnego egoizmu pragnie przerwać swoje cierpienie, nie zważając, że tym samym przyniesie Gotham zagładę? Co zrobi udręczone miasto bez swojego herosa? Oh, ja wiem, ja wiem! Zdechnie.
Jason spojrzał prosto w kamerę, która przesyłała sygnał na żywo do kryjówki Batmana i zagryzł porozcinane wargi.
– Przepraszam Cię. Joker. Prawdziwa tożsamość Batmana to Bru... – Nigdy jednak nie udało się Jasonowi dokończyć, gdyż Książe Zbrodni pociągnął za spust.
– Mówiłem, że chciałem jedynie udowodnić swój punkt widzenia! Każdego... każdego da się złamać. Widzisz, Batku. To właśnie się dzieje, gdy wciągasz swoich przyjaciół w tę naszą małą, szaloną grę. – Odrzekł do kamery, po czym wybuchnął zachrypłym śmiechem raz jeszcze i szybkim krokiem wyszedł z pomieszczenia.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Minął rok, miną lata...


Zawsze podczas świętowania nowego roku spoglądam wstecz i myślę sobie "jeszcze nie tak dawno, jakby to było wczoraj, witaliśmy zeszły rok, a już czas się pożegnać". Czas leci nieprawdopodobnie szybko, wręcz przelatuje przez palce. I właśnie tak samo zleciał rok z Asem. Wczoraj myślałam, czy blog to dobry pomysł przy moim trybie życia, a dziś świętuję jego pierwsze urodziny wraz z Kierem. 

Od tego wszystko się zaczęło

Bohaterką pierwszej recenzji, czy raczej opinii, która pojawiła się na blogu, była książka Małgorzaty Marii Borochowskiej Złamane pióro. Od niej wszystko się zaczęło i ona również wiele zmieniła w moim postrzeganiu świata i swoich pasji. "Recenzja" ta nie jest idealna... Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jest bardzo wybrakowana, amatorska i mam ochotę ją zmienić, dopisać coś, ująć... Ale nie. Chcę, by mi przypominała o początkach, by pokazywała, jak wiele się zmieniło. Jestem strasznie sentymentalna. 

Do dziś na blogu pojawiły się 52 recenzje książek (TUTAJ) – moich i kiera. Współpracujemy z wydawnictwami HarperCollins, SQN, Grupą Wydawniczą HELION i Business & Culture. Nie mogę oczywiście zapomnieć o autorce wyżej wymienionej książki, Małgorzacie Borochowskiej. Recenzuję również książki dla portalu Wywrota.pl, jestem zastępcą redaktor naczelnej w Redakcji Essentia, Kier jest natomiast jej redaktorem. Niedawno zawarliśmy również współpracę z niewielkim studiem IQ Publishing, którego gry już niedługo zrecenzuje dla was Piotr Kier.

Jeśli już o grach wspominamy... Piotr pisze ze mną na Asie od niedawna, bo dołączył w marcu, ale już przeczytaliście jego 22 recenzje gier (TUTAJ), z których największą popularnością cieszą się... wszystkie części Wiedźmina! Ale to nie koniec... Poznaliście również jego opinie na temat 5 filmów (TUTAJ), pisał trochę o aborcji, trochę własnej twórczości, trochę tak naprawdę wszystkiego. Bo As to nie tylko recenzje, As to też blog, na którym chcemy dać się poznać, chcemy, byście czegoś się o nas dowiedzieli, dlatego publikujemy własną twórczość i przemyślenia, dlatego nie trzymamy się jednej tematyki. Jeśli chcecie wiedzieć jeszcze więcej, zapraszam na krótki "wywiad" na BookHunter TUTAJ.

Gdzie to wszystko nas poprowadzi?

Mam nadzieję, że będzie nam dane świętować kolejne lata, że będziemy się rozwijać, nasze teksty będą coraz lepsze i poczytniejsze, a blog większy i doceniony przez was, Czytelnicy. Przez ten rok Asa obserwują 102 osoby, a wyświetlony został 41783 razy. Ładnie. Dziękujemy, że jesteście i dziękujemy, że nas czytacie. Dziękujemy za wszystkie 726 komentarze, miłe słowa i nowe znajomości. Dajcie znać o Asie innym!



Pierwszy nagłówek Asa

Pierwsze "logo", które było tylko kilka dni...

Tak As wyglądał kiedyś... Na początku istnienia. ☺


sobota, 20 sierpnia 2016

Konkurs urodzinowy

Zapraszam Was do udziału w drugim blogowym konkursie urodzinowym! Do wygrania jest książka Gregor i niedokończona przepowiednia Suzanne Collins

Co zrobić, by ją dostać?

Wystarczy odpowiedzieć na pytanie:


Jakie było Wasze najbardziej absurdalne marzenie bądź przekonanie, gdy byliście dziećmi?


Na odpowiedzi czekamy do 26 sierpnia do godziny 23:59. Dodawajcie je tutaj w komentarzu razem z adresem e-mail. Powodzenia!





Pierwszy konkurs urodzinowy dostępny TUTAJ.

Konkurs facebookowy dostępny TUTAJ.

Konkurs urodzinowy – od tego wszystko się zaczęło...

 To już dziś! Dokładnie dzisiaj minął rok od założenia As Kier pisze... Przez ten czas wiele się zmieniło (mam nadzieję, że na lepsze), z czego jestem bardzo dumna! Ten blog dodaje mi optymizmu, samodyscypliny i motywacji. Dlatego czas podziękować jego czytelnikom.

Książka Złamane pióro jest dla mnie bardzo ważna. Od niej wszystko się zaczęło, a że jestem sentymentalna – ten dzień również z nią zaczniemy... tym razem konkursem.


Gdzie chcielibyście pojechać (wyjechać, uciec, teleportować się...), gdybyście chcieli zacząć od nowa? No i oczywiście dlaczego?

 
Odpowiedzi nie muszą być długie, ale też nie przesadnie krótkie. Umieszczajcie je tutaj w komentarzach. Macie czas do 25 sierpnia do godziny 23:59.

Pamiętajcie, że musicie być obserwatorami bloga, nic więcej... Możecie też polubić nas na Facebooku.

Do wygrania jest oczywiście egzemplarz książki Złamane pióro prosto od autorki, której serdecznie dziękuję za wszystko: za ciepłe słowa, za maile wymieniane do tej pory, za wiarę i zmotywowanie mnie... A przede wszystkim za to, że jest tak wspaniałą osobą. 


Dobry uczynek

Świat, w którym żyjemy, nie jest idealny. Nic nie jest proste, nie wszystko jest łatwe i przyjemne, ludzie mają wady i nie są nieomylni. Nie znaczy to jednak, że brakuje w życiu codziennym dobra. Każdy z nas może przyczynić się do uśmiechu na twarzy drugiego człowieka, każdy z nas jest w stanie sprezentować komuś dobry uczynek. 


Tytuł: Dobry uczynek
Autor: Lucy Dillon
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka



Jeden pechowy (albo szczęśliwy, zależy z której strony na to spojrzeć) dzień zmienia życie rodziny Corcoran na dobre. W małej miejscowości, do której Libby i Jason przeprowadzili się niedawno, by "zacząć od nowa", dochodzi do wypadku samochodowego. Wydarzenie to jest niecodzienne, gdyż wioska na co dzień jest przepełniona spokojem. W jego wyniku młoda dziewczyna traci przytomność, a Libby postanawia jej pomóc i zaopiekować się do czasu, aż przyjedzie karetka. Przeznaczenie chciało jednak, by te dwie kobiety się zaprzyjaźniły. W szpitalu okazuje się, że nieznajoma straciła pamięć, a droga do jej odzyskania będzie bardzo trudna, zwłaszcza że nikt z rodziny jej nie szuka, nie ma przy sobie żadnych dokumentów, nie wie nic o swoim miejscu zamieszkania. Nieznajoma postanowiła, że chce być nazywana Pippa, a Libby utwierdziła ją w przekonaniu, że powinna "na chwilę" przyjąć to imię, skoro z jakiegoś powodu dobrze się jej kojarzy. 

Libby i Jason przejęli hotel, który Margaret – matka Jasona – prowadziła do tej pory z mężem. Ten niestety zmarł, co rodzina głęboko przeżywa i nie może pogodzić się z utratą bliskiego członka. Młode małżeństwo ma ogromne ambicje, chce odnowić hotel, dostosować do wymogów nowoczesnego świata i wprowadzić na rynek, zarabiać. Jednak "zacząć od nowa" nie jest wcale tak prosto, nawet w małym miasteczku. Na drodze do szczęścia pojawia się duża przeszkoda: pieniądze. Libby postanawia przyjąć Pippę do hotelu, a gdy nieznajoma odzyska pamięć, wróci do domu. Z czasem małżonkowie zaczynają się kłócić, a teściowa o wszystko obwinia synową. Sukces hotelu i rodziny staje pod znakiem zapytania, a życie każdego dnia udowadnia, że każdy problem rodzi kolejny.
W taki sposób dowiadujesz się, kim jesteś. Życie złożone z epizodów, anegdot, testów i chwil, potwierdzonych i skatalogowanych przez przyjaciół. Ale jeśli ich nie ma – i przyjaciół i wspomnień – skąd się dowiesz bez konieczności zaczynania wszystkiego od początku?
Powieść Dobry uczynek zainteresowała mnie od razu krótkim opisem na okładce. Kto nie lubi od czasu do czasu poczytać o czymś przyjemnym? Lucy Dillon stworzyła historię bardzo rodzinną, pełną ciepła, dającą nadzieję na lepsze jutro. Ogromnym jej plusem jest właśnie klimat. Czuć, że książka jest napisana z pasją, podziwem, miłością do ludzi. Żadna z przedstawionych relacji nie jest sztuczna czy nierealna, dzięki czemu łatwo jest wczuć się w sytuację rodziny Corcoranów i razem z nimi cieszyć się obecnością drugiego człowieka, radzić sobie z problemami. Każdy bohater książki ma swój charakter, dość szczegółowo dopracowany i opisany, dzięki czemu wyróżnia się na tle innych. Niestety, książki są jak ludzie – mają wady i zalety. Skazą tej książki są czasami przydługie i zbędne opisy oraz nudny początek. Pierwsze dwieście stron historii są o czymś, ale o niczym. Miałam ochotę po prostu ją odłożyć i nie czytać dalej, bo nie dość, że męczyła czcionka, to jeszcze historia rozwijana jakby na siłę. 
Jedyna osoba, która naprawdę się liczy, jedyna, która naprawdę cię zna, to ty sama. Więc jeżeli myślisz, że jesteś osobą, która po tego rodzaju ciosie potrafi się podnieść, iść dalej i skończyć robotę, to nią jesteś.
Wszystko zmieniło się w połowie książki, gdy wydarzenia z życia Libby i nieznajomej zaczęły nabierać tempa. Hotel stanął na skraju bankructwa, kobieta zaczęła przypominać sobie dawne życie, a Jason z dnia na dzień był bardziej zdenerwowany. Od połowy historia jest tak wciągająca, że już trudno książkę odłożyć. Wciąż znajdzie się miejsce na długie opisy, które momentami ma się ochotę pominąć, bo nic konkretnego nie wnoszą, ale więcej miejsca zajmują emocje i uczucia. Myślę, że można doszukać się w tym jakiegoś zamiaru. Książka opisuje życie ludzi tak prawdopodobnych, że aż realnych... Na pewno gdzieś w świecie żyje taka Libby, która marzy o pięknym hotelu, i taka Margaret, która nieprzerwanie tęskni za mężem. Na pewno gdzieś jakiś mężczyzna nie potrafi obchodzić się z pieniędzmi, a jakaś kobieta nie wie, co w jej życiu jest prawdą. A życie jak to życie, nie zawsze jest niesamowite i ciekawe, zdarzają się w nim chwile nudy i monotonii, zaś jak coś się wali, to wszystko na raz.
(...) romantyczność nie musi się kończyć w dniu ślubu!
Na szczęście Lucy nie chce wprowadzić czytelnika prosto w depresję i z czasem się reflektuje, serwując całkiem dobrą opowieść o walce... Ale nie takiej ze smokami czy wiatrakami, raczej o walce o szczęśliwą i spokojną codzienność, o pewne relacje i wspólne jutro. Przyjaciół poznaje się w biedzie i czasami się ich nie zauważa. Dobry uczynek pokazuje, jak ważna jest rodzina i bliscy, którzy kochają bezwarunkowo. Na przykładzie Libby i Jasona łatwo dostrzec, że każdy człowiek może popełniać błędy, ale musi umieć je naprawiać. Bez starań żadna miłość nie przetrwa, a "zdobywanie" nie kończy się w dniu zawarcia małżeństwa. Z kolei gdy druga połówka zawiedzie, nie powinno się odrzucać pomocnej dłoni. Zrób dla kogoś dobry uczynek, a kiedyś dobro do ciebie wróci... Niby taka prosta lekcja, ale często zapominana. Dlatego polecam książkę Dobry uczynek wszystkim, którzy szukają nadziei i siły, którzy lubią czytać o ludziach z krwi i kości.

piątek, 19 sierpnia 2016

Mass Effect: Odkupienie – wizyta u dentysty

Są takie uniwersa, które na stałe wwiercają się nam w pamięć i do których czujemy niewyobrażalny sentyment. Pobudzają naszą wyobraźnię i niekiedy pomagają rozwinąć nam zainteresowania, o których nie pomyślelibyśmy, że mogą nam przyjść do głowy. Postanowiłem powrócić do właśnie takiego uniwersum. Wziąłem sobie za cel przeczytanie i zrecenzowanie komiksu pt. Mass Effect: Odkupienie autorstwa Maca Waltersa, Johna Millera i Omara Francii. Jest on, można tak to nazwać, pewnym dopełnieniem luk dla osoby, która grała we wszystkie części Mass Effect, ale nie do końca wie, co działo się pomiędzy akcją pierwszej i drugiej części gry. Ale o tym za chwilę, gdyż najpierw objaśnię wam, o czym ten komiks tak dokładnie jest. Warto nadmienić, że miałem okazję przeczytać wersję elektroniczną, która jest o tyle wygodna, że nie niszczy się, a także trudniej ją zgubić niż egzemplarz papierowy.

Fabuła: Mac Walters
Scenariusz: John Jackson Miller
Rysunek: Omar Francia
Kolory: Michael Atiyeh
Liczba stron: 105

Komiks przedstawia przygody bliskiej przyjaciółki głównego bohatera gry, komandora Sheparda, niejakiej Liary T’soni, która poszukuje na stacji kosmicznej Omega odpowiedzi na dręczące ją pytania. Jakie to pytania? Przedstawicielka gatunku asari chce dowiedzieć się, co się stało z jej przyjacielem po ataku tajemniczych napastników, w którym to SSV Normandia została zniszczona, a załoga musiała ewakuować się z pokładu. Jak szybko się okaże – i jak doskonale wiedzą gracze zaznajomieni z tą trylogią gier – komandor nie żyje, a jego ciało jest w opłakanym stanie. Tym bardziej naszą bohaterkę intryguje fakt, że wiele sił we wszechświecie tego ciała pragnie i poszukuje. Ba! Ciało komandora zostało odzyskane i czeka teraz na sprzedaż. Kto planuje je sprzedać i komu? Czy młoda (jak na standardy asari) badaczka, Liara, odnajdzie ciało swojego druha i powstrzyma niecne zamiary przyszłych nabywców jego ciała? O tym wszystkim oraz o dużo istotniejszych kwestiach dowiecie się, czytając ten właśnie komiks. Bo jest on plombą w zębie, który zbyt długo już pozostawał dziurawy. Nie była to duża dziura, nie wywoływała zbyt wielkiego bólu organizmu, jednak przeszkadzała i zbyt często przypominała o sobie, byśmy chcieli ją wreszcie zatkać. Historia ukazuje nam więc taką właśnie plombę dla mass effectowej opowieści, która ten ząb pozostawia nam zdrowy i w całości, odbierając niedosyt i pragnienie jego załatania raz na zawsze.



W tym komiksie kreska jest, jak tylko da się realistycznie przedstawić kosmitów, zaprzeczeniem konwencji przeczytanego ostatnio, niehiperrealistycznego (chodzi mi o termin w sztuce) Domu ze szkła. Dostrzegamy wyraźne kontury, niezwykłą dbałość o detale – zarówno na pierwszym, jak i na którymś z kolei planie. Nie musimy domyślać się intencji ukrytej w czyimś spojrzeniu czy grymasie ust. Wszystko widzimy i możemy interpretować bez najmniejszego problemu. Przyznam szczerze, że ten styl podobał mi się znacznie bardziej, gdyż mogłem wsiąknąć w fabułę i zająć się rozmyślaniem nad nią, a nie nad zamiarami, jakie miał rysownik, gdy umieszczał mozaikę A w panelu C. Jest zwyczajnie wygodniej, pardon za moje lenistwo, rzecz jasna. Kolory w większości paneli są raczej mało intensywne i nasycone, a przez komiks przemawiają raczej chłodniejsze barwy, takie jak szary, ciemnoniebieski, czarny czy fioletowy, a także różne odmiany ciemnego brązu. Zrozumiałem – jesteśmy w kosmosie, na podejrzanej stacji kosmicznej, dlatego też nie może być superkolorowo i przyjaźnie. To bardzo dobrze oddaje klimat miejsca, w jakim nasza bohaterka się znajduje, i wzbudza w nas raczej negatywne odczucia, które pozwalają lepiej poznać opowieść, która przecież do najweselszych nie należy.



Klimat jest na tyle ciekawy i (co może być zaletą jak i wadą) nierówny, że poświęcę mu osobną rubryczkę, miast wtłaczać go razem z rysunkiem w jeden akapit. Atmosfera, którą roztacza ten komiks, jest raczej dość ponura. Czujemy zniecierpliwienie i obawę, gdyż naszej bohaterce ciągle ktoś staje na drodze do ciała przyjaciela. Ciągle ktoś coś knuje, a w dodatku oszukuje i zdradza Liarę. Każdy ma tak naprawdę własny interes wobec Sheparda. Te wszystkie czynniki składają się na obudowę, która sprawia, że z niepokojem przechodzimy przez całą opowieść. Wsiąkamy w nią łatwo i czujemy emocjonalne przywiązanie do niektórych postaci, niektórych – co jasne – nienawidzimy. To niezwykle ważne, by czytelnik miał takie odczucia podczas czytania danej książki czy komiksu. O to właśnie chodzi w prawdziwej sztuce: żeby chwycić tę cienką nić emocjonalną łączącą twórcę i odbiorcę i wykorzystać ją do wzbogacenia historii i mocy jej odbioru. Klimat w Mass Effect: Redemption jest przepełniony tajemnicami, które krążą nad opowieścią, ale twórcom udało się wepchnąć kilka zabawnych sytuacji, co w pewien sposób rozluźnia atmosferę. Zręczne balansowanie pomiędzy powagą i humorem to klucz do sukcesu w przypadku tego typu opowieści – i to twórcom się udało, przynajmniej według mnie.



Mass Effect: Redemption to komiks, który dla mnie samego jest dość ważny z racji, tak jak wspomniałem, wypełniania luk w historii świata Mass Effect. Dla osoby postronnej będzie to kolejny komiks, który przeczyta. Nie jest on przełomowy, w żaden sposób nie robi on żadnych artystycznych zabiegów ani też nie jest wyznacznikiem jakości kolejnych dzieł tego typu. Ale nie musi być. Miał on spełnić rolę promotora Mass Effect 2 oraz dać szerszy obraz opowieści opowiedzianej właśnie w drugiej części tej historii. Oprócz tego okazał się naprawdę wciągający i pełen zaskakujących zwrotów akcji, dlatego też serdecznie polecam przeczytanie go i ocenienie według własnej miary. Jeśli chcecie zapoznać się z pierwszą odsłoną serii, gdzie wyjaśniam na czym opiera się ten świat, zapraszam tutaj.