czwartek, 25 sierpnia 2016

małe życie

Zachwytom nie było końca, pierwsze miejsca na listach rankingów zagarnięte, czytelnicy zaczarowani – nie mogą funkcjonować, bo siedzą w domach wbici w fotele i przytłoczeni emocjami, nadmiarem tragedii i… a może jednak nudą? Małe życie to niemała książka, ciężka i – mam wrażenie – skierowana do wąskiego grona osób. Chociaż już sama nie wiem, bo wystarczy wejść na stronę Lubimy Czytać, by zobaczyć mnóstwo opinii przepełnionych zachwytem i fascynacją. Jak do tej pory ufałam czytelnikom tego portalu i rzadko kiedy książka powyżej ośmiu gwiazdek mi się nie spodobała, tak teraz czuję się zawiedziona. Ale zacznijmy od początku…

 
Tytuł: Małe życie
Autor: Hanya Yanagihara
Wydawnictwo: WAB


Małe życie z założenia opowiada historię czwórki przyjaciół na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Każdy z nich jest swego rodzaju artystą: malarz JB, architekt Malcolm, aktor Willem i prawnik Jude. Poznajemy ich, gdy wynajmują razem mieszkanie i wkraczają w dorosłe życie. Chociaż „poznajemy” to jak dla mnie za dużo powiedziane, ale niech tak już zostanie. Po mniej więcej dwustu stronach powieści autorka skupia się na życiu jednego z przyjaciół, Jude’a, który zaczyna odnosić wiele sukcesów, zdobywa sympatię kolejnych wpływowych osób, wiedzę i doświadczenie. Jude jednak nie jest jednym z tych zwykłych chłopaków, których można spotkać na ulicach miasta. Tragiczna przeszłość, trauma z dzieciństwa trawiąca go nawet w dorosłości i wypadek rzutujący na jego zdrowie do końca życia odciskają na psychice bohatera widoczne piętno, przez które on sam nie potrafi zaakceptować siebie takiego, jaki jest. W dobrych uczynkach i miłych słowach innych ludzi doszukuje się drugiego dna, jest ostrożny i przewrażliwiony. Każdy dzień dla Jude’a jest wyzwaniem ponad jego siły. Na szczęście poznaje Harolda, który jest jego wykładowcą. Między tą dwójką rodzi się głęboka i szczera przyjaźń – i choć w tle jest wciąż obecny Willem, to właśnie ta relacja na długo wychodzi na pierwszy plan… Jednak nawet z nim Jude nie chce rozmawiać i zamyka się w sobie, gdy temat rozmowy schodzi na jego przeszłość. Wszystko zamknął gdzieś głęboko w sobie i nikomu nie chce zdradzić wszystkich bolesnych tajemnic.
– Ty sam mi mówiłeś, żeby nigdy niczego nie przyjmować po prostu (…).
– To na uczelni i w sądzie (…). Nie w życiu. W życiu, widzisz, Jude, czasami miłe rzeczy zdarzają się dobrym ludziom. Nie musisz się martwić, nie zdarzają się tak często, jak powinny. Ale gdy się zdarzają, dobrym ludziom pozostaje tylko powiedzieć „dziękuję” i iść dalej (…).
Naprawdę trudno coś więcej powiedzieć o fabule, jeśli chce się uniknąć spoilerów, o które nietrudno przy tak obszernej książce. Może i Małe życie zasługuje na miano dobrej powieści, ale myślę, że rozgłos i opinie są trochę przesadzone. Może to po prostu do mnie nie przemawia, może źle do niej podeszłam. Nastawiłam się na opowieść o przyjaźni, której właściwie potrzebowałam: ambitnej lektury z niebanalnym tematem, ale też lektury przyjemnej. Małe życie natomiast nic przyjemnego w sobie nie miało, przeciwnie – męczyły mnie przydługie i momentami zbędne opisy, historie opowiedziane czasami zbyt szczegółowo, czasami po łebkach, męczył mnie nadmiar negatywnych emocji i atmosfera psychicznego wyniszczenia. Męczył mnie główny bohater. Zapytacie zapewne dlaczego. „Uparty jak osioł” to bardzo dobre określenie. Uparł się, że nic nikomu nie powie, uparł się, że nic nie zrobi, by sobie pomóc, a nawet będzie się starał niszczyć swoje ciało na każdym kroku. W dobrych momentach życia wciąż doszukuje się oszustwa, nawet jako dorosły mężczyzna nie potrafi podejść do życia choć trochę odpowiedzialnie. I jeszcze gdyby jego tajemnica była niezmiernie zaskakująca, to może bym to zrozumiała… Ale to było do przewidzenia. Już po kilku stronach zorientowałam się, co takiego ukrywa Jude. Bohater ten przeżył coś strasznego, co wiem, że się zdarza, niestety, ale też nie próbował się w żaden sposób podnieść po tylu upokorzeniach i porażkach. Jude jest postacią, na którą spadły wszystkie (no może większość) możliwe krzywdy życia i przez to dla mnie jest zbyt… sztuczny, mało wiarygodny. 

Nie mogę jednak zaprzeczyć, że zamiar fabuły był bardzo ciekawy: opisać kilkadziesiąt lat z życia przyjaciół to pomysł wręcz genialny, gorzej z jego realizacją. Wieje nudą, krótko mówiąc. Kilka linijek dialogu przeplata się z kilkoma akapitami opisów, a wszystko to sprawia wrażenie, jakby autorka chciała mnie zmusić do współczucia Jude’owi. Postacie pojawiające się w jego życiu robią dokładnie to samo… Mężczyzna za mężczyzną, gdzieś tam w tle kobiety statystki i wciąż nieufność Jude’a. Poza tym… W dzisiejszych czasach związki homoseksualne nie są już tematem tabu, wszyscy o nich wiedzą, nikt nie ukrywa ich istnienia… Ale czy to znaczy, że za wszelką cenę w książce trzeba kilka razy je podkreślać, wyciągając nawet ponad heteroseksualne? Także do narracji miałam momentami zastrzeżenia. Może to wynikać z mojego braku skupienia, bo już po kilkuset stronach męczyłam tę książkę dosłownie z obowiązku, ale zmienne poziomy narracji czasami sprawiały, że nie rozumiałam, o kim czytam, do kogo jest to skierowane i kto to pisze. Raz narrator jest bohaterem, raz obserwatorem… Naprawdę momentami trudno było się połapać. Już na początku tak się czułam, ale uznałam, że „to się musi po prostu rozwinąć”.
Jakże często przyjaźń i koleżeństwo sprzeciwiają się logice, jak często omijają tych, którzy na nie zasługują, jak często czepiają się dziwaków, ludzi złych, specyficznych, złamanych.
Małe życie opowiada historię prawdziwej i bezinteresownej przyjaźni, która nie zwraca uwagi na wady i przeszłość. Jednak jest też chyba powieścią typowo amerykańską, dlatego nie przypadła mi do gustu. A może po prostu spodziewałam się czegoś innego, delikatniejszego i poważnego zarazem? Może sama nie wiem, czego się spodziewałam? Wiem jedno: momentami miałam ochotę tą książką rzucić, innym razem na niej zasnąć. Jeśli macie słabe nerwy, jesteście zmęczeni codziennością i zestresowani własnym życiem, myślę, że nie powinniście sięgać po tę opowieść. Jest na swój sposób piękna, ale bardzo męcząca, co głównie wpłynęło na mój odbiór. Jednak nie podchodźcie do niej nastawieni na przyjemną lekturę. To nie jest czytadełko na kilka wieczorów, to jest książka ambitna i dobra, ale… No właśnie – wciąż to „ale”…
(...) to jest miłość szczególna, ponieważ jej podstawą nie jest atrakcyjność fizyczna ani przyjemność, ani intelekt, tylko lęk. Człowiek nie wie, czym jest lęk, dopóki nie ma dziecka, i może ten fakt podstępnie wpędza nas w myślenie, że taka miłość jest przemożna, bo sam lęk jest przemożny. (...)

Egzemplarz recenzencki otrzymany od: taniaksiazka.pl

7 komentarzy:

  1. Mam - a może miałam - na nią wielką ochotę, ale po twojej recenzji nie jestem już taka pewna, czy chcę ją koniecznie przeczytać. Pewnie za jakiś czas i tak się na nią zdecyduję, ale już bez tego parcia... Szkoda.

    OdpowiedzUsuń
  2. Chciałam ją przeczytać, ale po kilku recenzjach mam mieszane uczucia :/
    Zapraszam na konkurs: http://nieperfekcyjna-panienka.blogspot.com/2016/08/i-konkurs-niewidzialne-granice.html

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam wielką ochotę ją przeczytać, ale po twojej recenzji nie wiem czy mi się spodoba :(

    Juliana Bookworm

    OdpowiedzUsuń
  4. Chciałam się z tą lekturą zapoznać ale teraz wcale nie jestem tego taka pewna. Jak zwykle "bestsellery" są świetnie promowane ale czasem chyba na wyrost. I przez to rzadko sięgam po nie - szczególnie po rozczarowaniu "Dziewczyną z pociągu".

    OdpowiedzUsuń
  5. Sama kilka razy nacięłam się na opinii użytkowników lubimy czytać i teraz patrzę na nie z przymrużeniem oka. "Małe życie" faktycznie zbiera fenomenalne recenzje, ale spodziewałam się, że może być dość męcząca (patrząc na samą nawet objętość). Tuż po premierze miałam na nią olbrzymią ochotę, ale im dłużej jest na rynku, tym ta ochota odchodzi w siną dal.

    Pozdrawiam,
    Paulina z naksiazki.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Z reguły nie sprawdzam opinii czytelników na Lubimy Czytać, więc przed zakupem nawet nie wiedziałam, że ta książka jest tak popularna - owszem, mignęła mi na kilku blogach, ale to się zdarza zawsze w okolicach premiery, taki urok blogosfery. ;) W każdym razie zdecydowałam się na nią, bo fabuła przypomina mi tę z powieści mojego ukochanego Larsa Saabye Christensena. Liczyłam na coś równie dobrego, ale cóż... czytając Twoją opinię nie jestem już tak pewna, że mi się spodoba.

    OdpowiedzUsuń
  7. A mnie się podobała. Nawet bardzo. Spełnia swoją rolę - daje do myślenia; nawet teraz: kilka tygodni po lekturze.

    OdpowiedzUsuń