piątek, 26 sierpnia 2016

Star Wars: Lando Calrissian przeciwko Imperium!

Nie jestem wielkim fanem Gwiezdnych wojen, ani też wielkim znawcą świata, w którym rozgrywa się ta akcja. Nie mogłem jednak przepuścić okazji przeczytania komiksu, który na celownik wziął sobie jedną z moich ulubionych postaci z pierwotnej sagi Star Wars. Komiks Lando Calrissian przeciwko Imperium jest autorstwa Charlesa Soule, gdzie rysunkiem posłużył mu niejaki Alex Maleev. Oprawiony w miękką oprawę zawiera w sobie tak naprawdę dwie osobne opowieści. Dzisiaj jednak chciałbym skupić się tylko na tej głównej i najdłuższej – opowieści o Lando Calrissianie. Co też porabia nasz zabawny, arogancki łotrzyk?



Tytuł: Lando Calrissian przeciwko Imperium
Scenariusz: Charles Soule
Kreska: Alex Maleev
Kolor: Paul Mounts




Opowieść zaczyna się, gdy Lando finalizuje pewną transakcję. Cóż, można powiedzieć, że jego metody są dość oryginalne, gdyż omawia niedawno wykonane zlecenie z imperialną gubernatorką w łóżku. Nie ważne, czy zgadzamy się z jego metodami czy też nie, trzeba mu przyznać, że facet ma jaja. Skradł ważną imperialną zabawkę, a w trop za nim poszła Bestia z Castell, której nie zastrzelił, tak jak nakazywałby rozsądek, a przespał się z nią, odsuwając od siebie podejrzenia. Myślicie więc, że jest sprytny? Zgodziłbym się z wami, gdyby nie fakt, że kradzież tej kuli i oddanie jej swojemu szefowi nie uczyniło go bogatym, a odjęło mu kilka procent z długu u niego. Lando jest więc nadal zadłużony po uszy, nadal w ciężkiej sytuacji i nadal musi kombinować, jak zarobić i się z tego wyłgać. Z pomocą przychodzi mu jego przyjaciel Lobot oraz kilku pobocznych bohaterów, z którymi ramię w ramię postanawia ukraść statek o nazwie Imperialis, aby spieniężyć go, zarobić trochę grosza. Problem rodzi się, gdy okazuje się, że na pokładzie jest coś, czego pożąda sam Palpatine, który wysyła za Lando szwadrony śmierci oraz płatnego zabójcę. I tak zaczyna się wielka ucieczka naszego bohatera, która stanowi zarazem trzon fabularny tej opowieści.

Fabuła od początku do końca jest niezwykle ciekawa i intrygująca, choć niektóre jej fragmenty zdają się przewidywalne, nie mówiąc już o tym, że od początku wiadomym jest, że główny bohater na pewno wyjdzie z opowieści bez szwanku, gdyż jest ważną częścią właściwej historii Gwiezdnych wojen. Ten fakt świadomości "bezpieczeństwa postaci" sprawia, że komiks traci nieco na swej nieprzewidywalności, przynajmniej w kontekście tej jednej osoby – Calrissiana. Jest to jednak, według mnie, jedyny minus fabuły jako takiej. 


Na plus z całą pewnością wychodzi klimat opowieści, który utrzymany jest w słodko-gorzkim sagowym klimacie. Mamy tutaj mroczne sceny, ciężkie momenty, które są stabilizowane przez wplatany humor, znany fanom tego świata. Najbardziej optymistycznym fragmentem komiksu jest sam Lando, którego lekkie i bezstresowe podejście do życia genialnie rozładowuje napięcie. Tam, gdzie inni widzą śmierć lub pochwycenie, on widzi okazję do wykręcenia się od tego. Jest to, z całą pewnością, najmocniejsza strona klimatu utrzymywanego przez komiks – postacie. Są napisane jako osobne jednostki, nie miałcy bohaterowie, którzy nas nie obchodzą. Gdy w pewnym momencie Lobotowi, który jest cyborgiem, zaczęło szwankować oprogramowanie, to, przyznam szczerze, było mi go szkoda i byłem naprawdę przejęty, gdyż spodobało mi się jego rozsądne zachowanie i komentarze. Był przeciwwagą dla Lando i właśnie dlatego tworzyli tak świetny przyjacielski duet. Nie tylko jednak Lo stworzony został z kreatywnością. Każda postać, którą spotykamy, ma indywidualny rys, coś, co wyróżnia ją od pozostałych i nie sprawia, że zlewa nam się z jakąś inną.

No ale cóż nie buduje klimatu lepiej w komiksach, jak nie kreska i kolor, prawda? Za warstwę kolorystyczną odpowiedzialny jest Paul Mounts. Jest to jedna z większych zalet. Kolory występujące tutaj to dominacja chłodnych, ciemnych barw, nadających opowieści grozy, realizmu i pewnej nutki niepewności. Postacie najczęściej stoją w jakimś cieniu, co ma dać nam do zrozumienia, że są one ścigane, muszą się ukrywać, muszą być tajemnicze i w pewnym stopniu wycofane, aby przetrwać. Natomiast kreska to zupełnie inna para kaloszy. Nie mogę powiedzieć, że jest zła gdyż byłoby to świętokradztwo. Jest ona utrzymana w klimacie szkicownika. Figury często sprawiają wrażenie jedynie nakreślonych brył, tak samo jak postacie, których detale, choć i tak ukazane w sposób minimalistyczny, są często niskiej jakości. Wiem, że dodaje to nieco rustykalnego kształtu całej opowieści, ale po prostu nie mogę tego przetrawić. Jest to jednak pewien koncept na ten komiks i szanuję to, pomimo faktu, że bardziej pasowałby mi tutaj jednak hiperrealizm. W końcu jest to opowieść Sci-Fi i dodanie jej wiarygodności kreską wprowadziłoby czytelnika w dużo większą immersję z opowieścią. Jest to jednak tylko moje zdanie.  


Lando Calrissian przeciwko Imperium to komiks solidny. Komiks, który idealnie utrzymuje się w klimatach Star Wars, jakie wszyscy znamy i kochamy. Nie próbuje niczego nowego, nie próbuje tworzyć odrębnej atmosfery, ale czy to źle? Moim zdaniem jest to genialny zabieg w przypadku, w którym opisywana postać jest znana właśnie z tej starej sagi, którą miałem okazję wielokrotnie oglądać w telewizji. Pasuje do niej klimat, w którym została stworzona. Nie wyobrażam sobie Lando w nieco unowocześnionym już klimacie Przebudzenia Mocy. Pomimo tego, że kreska jest mało detaliczna, a opowieść w pewnych aspektach zbyt przewidywalna, to uważam, że jest to komiks godny polecenia, warty przeczytania. Warto być na bieżąco, prawda? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz