czwartek, 11 sierpnia 2016

Suicide Squad – kicz bez ładu i składu czy przemyślany, świetny film?

źródło
Są takie filmy, na które jesteśmy niezwykle mocno nastawieni, wymagamy od nich więcej. Filmy, które były tak dobrze promowane, że wyobrażaliśmy sobie, że będą przełomowe dla gatunku i wprowadzą powiew świeżego powietrza. Gdy jednak tak się nie dzieje, jesteśmy zawiedzeni i robimy co tylko możemy, by zdyskredytować film. Taka sytuacja narodziła się ostatnio w środowisku recenzentów przy okazji premiery filmu reżyserii Davida Ayera pt. Suicide Squad. Mieszane opinie, przyznam szczerze, delikatnie mnie przeraziły, gdyż mocno wkręcony w świetnie prowadzoną kampanię, spodziewałem się hitu. We wtorek 9 lipca postanowiłem pójść do kina i raz na zawsze rozstrzygnąć, czy ten film to hit czy może raczej kit. By nie wzbudzać w sobie negatywnych reakcji, poszedłem na wersję z napisami, omijając dubbing szerokim łukiem.
źródło

Fabuła...

Ciężko mi w sumie cokolwiek o niej powiedzieć, gdyż jest dość miałka, nawet jak na film o superbohaterach. Może nie tyle sam początek tej opowieści jest słaby, co raczej jej zakończenie. Przedstawia się to mniej więcej tak – tajna agencja rządowa A.R.G.U.S pod silną ręką Amandy Waller tworzy drużynę o nazwie Task Force X. Nazywana później Suicide Squad nasza wesoła gromadka ma być ostatnią tajną linią krajowej obrony w razie ataku istot mocą dorównujących Supermanowi, ale nie mających jego ludzkich odruchów. Gdy więc wybija dzwon próby, drużyna złożona z najgorszych przestępców komiksowego świata Batmana rusza powstrzymać tajemniczą, okrutną moc, która szaleje w mieście. Jak już wspominałem – typowa opowieść o superbohaterach. Byłbym nią w sumie zawiedziony, gdyby nie fakt jej intrygującego poprowadzenia. Wydaje mi się, że miała ona być na drugim miejscu. Ten film bowiem nie jest o walce Suicide Squad z wrogiem, a raczej walce każdego członka tej drużyny ze swoją przeszłością i teraźniejszym marnym położeniem. Reżyser niespiesznie przedstawia nam każdą postać Task Force X po kolei, prezentując nam flashbacki ukazujące ich umiejętności, a także proces ich pojmania. Jest to dość świeże i nowatorskie podejście do przedstawienia bohaterów. Bo to o nich ten film tak naprawdę jest. Wielu recenzentów zarzucało filmowi kiepską fabułę i nie dziwię się, że to zrobili, ale nie dostrzegli prawdziwego celu, jaki obrał sobie w tym filmie reżyser – uczłowieczenia zwyrodnialców. Opowieść opowiada nam o bandzie degeneratów, którzy na przestrzeni lat mordowali bez skrupułów winnych i niewinnych ludzi na ulicach miasta Gotham. Odbiega jednak od typowo staromodnego założenia, że niektórzy są z natury po prostu źli i stara się nam ukazać ich ludzkie, pozytywne cechy. Dlaczego stali się tym, kim są teraz? To nie zwyczajnie czarne charaktery. To po prostu różne odcienie szarości.

Obsada

to prawdziwa gratka dla fanów kinematografii, ale czy aktorzy udźwignęli dziwnie prowadzony przez reżysera film? Może przedstawię wszystkim poszczególnych członków Suicide Squad...

Deadshot (Will Smith) – płatny zabójca, nigdy nie chybia
Harley Quinn (Margot Robbie) – wariatka, niezwykle niebezpieczna w zwarciu. Kobieta Jokera
Kapitan Boomerang (Jai Courtney) – australijski rabuś, świetnie rzuca boomerangiem
Killer Croc (Adewale Akkinuoye-Agbaje) – zmutowany Waylon Jones, olbrzymia siła
El Diablo (Jay Hernandez) – włada płomieniami, na spacerniaku sam spalił kilkanaście osób
Katana (Karen Fukuhara) – japońska zabójczyni, dzierży miecz więżący dusze zmarłych w ostrzu
Rick Flag (Joel Kinnaman) – dowódca oddziału Suicide Squad
June Moone/Enchantress (Cara Delevingne) – badaczka opętana przez potężną prastarą wiedźmę
Slipknot (Adam Beach) – rzezimieszek świetnie posługujący się linami

Jak widać, wielu z tych aktorów to naprawdę znane twarze. Czy jednak udało im się udźwignąć ten film i postacie? Z przyjemnością, która jest niestety dość wymieszana, muszę przyznać, że ten aspekt w pełni się udał. Will Smith i Margot Robbie swoim aktorstwem absolutnie przebili całą resztę obsady. Czułem zresztą, że to najbardziej na tych dwóch postaciach opowieść się skupiała. Najsłabiej wypadła Cara Delevingne, której średnie aktorstwo odepchnęło mnie od postaci Enchantress, która wypadła w moim odczuciu mało wiarygodnie, o ile możemy pokusić się o uwiarygodnienie wiedźmy. Najważniejszym jest, że postacie na ekranie łączy niespotykana chemia. Reżyser dobrze dobrał obsadę, gdyż podczas wspólnej gry z ekranu wylewa się niespotykany dotąd luz i naturalność. Potrafią i lubią na grać zespołowo, co ogląda się bardzo przyjemnie. Ale, ale... jest coś, o czym nie wspomniałem, a o czym z całą pewnością chcecie poczytać.

Myśleliście, że zapomniałem o Księciu Zbrodni? Jared Leto wypadł bardzo dobrze, choć przez krótki czas ekranowy nie mogłem zbyt dobrze zżyć się z tym bohaterem. Joker Jareda to Joker naszych czasów. Ubrany i ustylizowany na dzisiejszą modłę, ale także taki budzący w widzu niechęć, dyskomfort i obrzydzenie. Method acting to jak widać piękna sztuka, która pozwala aktorowi dać z siebie wszystko. Ze względu jednak na wycięte z filmu sceny, także niektóre z Jokerem, jego wątek może wydać się odrobinę niespójny. Jest on jednak wątkiem pobocznym, jak wiemy, więc nie narusza to aż tak bardzo ogólnego zarysu fabuły.
źródło

Muzyka

Uwielbiam rozprawiać o soundtracku i klimacie produkcji. Problem z tym, że właśnie przez ten soundtrack klimat w tym filmie jest niezwykle niespójny. Nim jednak pomyslicie, że niespójność to wada pozwólcie, że wam to wyjaśnię! Otóż podczas oglądania filmu przewijać się nam będą różnorakie utwory, które tworzą prawdziwy kalejdoskop emocji. Raz jesteśmy raczeni smutnym wątkiem rodzinnym Deadshota do którego wkręcona jest świetna, niezwykle nastrojowa muzyka. Scena kończy się a my jesteśmy raczeni utworem You Don’t Own Me (Grace ft. G-Eazy), któremu towarzyszy zabawna scena wprowadzająca Harley Quinn. Tak działa praktycznie cały film. Reżyser postanowił zastosować coś, co pozwolę sobie nazwać – szaleństwem przeniesionym. Chodzi o to, że w filmie opowiadającym o grupce psychopatów reżyser specjalnie zastosował szaloną różnorodność emocjonalną. Właśnie przez ten sposób narracji i budowania klimatu ten film jest świeży i w pewnej mierze innowatorski choć bardzo mocno opiera się on o kicz i przesadę. Na obraz starałem się patrzeć doszukując się głębi i gdyby nie fakt, że ją odnalazłem to klimat oceniłbym na naprawdę niskiego lotu. Teraz widzę jednak, że dostaliśmy po prostu klimat – życie. Mieszanka emocji z czego jedne są dobre albo złe. Ciekawe, ale niebezpieczne podejście do tego aspektu filmu. Pokazuje on bowiem nie obdarte z emocji bestie a bandę w pewnym stopniu skrzywdzonych przez los pariasów, którzy pomimo swego braku skrupułów mają swoje własne uczucia i motywy, które nimi kierują a także lęki i marzenia. I ten niespotykany nigdzie indziej klimat doskonale oddaje typowo ludzką składankę emocjonalną.

źródło
Do Legionu Samobójców podszedłem niezwykle ostrożnie, delikatnie przerażony negatywnymi, czy raczej mieszanymi opiniami recenzentów. Nastawiłem się jednak, że idę na film akcji, w którym nie wszystko musi mieć logiczny sens. Otrzymałem nieco więcej... Pewien rodzaj eksperymentalnego kina, w którym wszystko wydaje się nie na swoim miejscu. Film, który sprawia wrażenie źle poukładanych Lego, skręcony z niepasujących do siebie części. Dziś z całą pewnością mogę przyznać, że Suicide Squad bardzo mi się podobał pomimo swoich wad i dziwnego, niespotkanego przeze mnie wcześniej podejścia do wielu istotnych kwestii. Nie jest on tak odważny, jak się zapowiadał. Nie jest tak niegrzeczny, jak miał być, ani też przełomowy. Jest jednak niezwykle przyjemny. Jak się okazuje, w jego szaleństwie jest metoda. Ten film ma głębię i odwagę, by spróbować czegoś nowego. I wy miejsce odwagę go obejrzeć!

2 komentarze:

  1. No, fajnie, że koniec końców ci się podobał! Też mam zamiar się na niego wybrać :)
    PS I też nie znoszę dubbingu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem szczerze, że polski dubbing w filmach animowanych stoi na naprawdę przyzwoitym poziomie. To w filmach z żywymi aktorami wypadami słabo. Może to wynik małej korelacji twarzy aktora z podstawianym mu głosem, bądź źle dobrane emocje? Sam nie wiem :)

      Usuń