czwartek, 22 września 2016

Batman: Mroczny rycerz kontratakuje


Szanuję klasykę. W końcu to właśnie klasyki rozpoczęły trendy, wniosły do gatunków nowe nurty oraz stworzyły całkowicie nowe. Człowiek, który pasjonuje się czymś, a nie zna choćby pobieżnie "staroci" czy początków swojej pasji, nie jest tym naprawdę zaintrygowany. Sięgnąłem więc po kontynuację jednego z takich klasyków w wydaniu zbiorczym. Batman: Powrót Mrocznego Rycerza wydany w 1986 roku był komiksem rewolucyjnym, bardzo dobrze przyjętym zarówno przez recenzentów, jak i czytelników, który wprowadził do gatunku wiele nowego. Gdy po piętnastu latach Frank Miller zapowiedział jego kontynuację, oczekiwania, co nie dziwi, były ogromne. Czy Mroczny Rycerz rzeczywiście kontratakuje? Czy komiks spełnia oczekiwania?



Tytuł: Batman: Mroczny Rycerz kontratakuje
Autor: Frank Miller, Lynn Varley
Wydawnictwo: Egmont


Na początek warto wspomnieć, o czym jest komiks, a raczej: co kontynuuje. Kontynuuje on fabułę z poprzedniego, legendarnego – jak wspomniałem – komiksu. Podstarzały Batman szkoli w ukryciu superbohaterów, samemu udając przed światem zmarłego. W świecie, który się zatracił, który został zniewolony i jest trzymany za twarz, tylko on nadal wierzy w wolność i o tę wolność zamierza walczyć. Na jego drodze staną nie tylko czarne charaktery DC, ale również Superman, który uważa Bruce'a Wayne'a za siewcę chaosu i zniszczenia, samozwańczego bohatera, którego pomocy nikt już nie potrzebuje. Mamy więc, co jest niezwykle typowym szablonem fabularnym dla DC, konflikty wewnętrzne naszych bohaterów, którzy muszą odnaleźć się w zmieniającym się i nieprzychylnym już dla siebie świecie. Odrzuceni i niepotrzebni, znienawidzeni przez opinię publiczną, zakłamaną przez totalitarne, światowe rządy znani superbohaterowie próbują nadal działać, tracąc wiarę w sens swego trudu i znoju. Jest to niezwykle intrygujące i głębokie: obserwować ich emocje, czytać ich rozmyślania i rozumować wraz z nimi.

Komiks napisany jest tak, że bardzo łatwo możemy się wczuć w przedstawioną opowieść oraz rozterki jego bohaterów. Pomimo że są to superbohaterowie, ten komiks zdziera z nich pewność siebie, intelektualną przewagę nad zwykłymi mieszkańcami oraz cały przypisany im patos. Pokazuje ich jako ludzi – ludzi, którzy pragnęli się poświęcić w obronie niewinnych; ludzi teraz odrzuconych i zepchniętych na margines historii. Fabuła to bardzo mocna, chyba najmocniejsza strona tego komiksu. Emocje, które wywołuje, w tym niekiedy śmiech (gdyż Miller osadził w komiksie sporą garść humoru, często czarnego czy zwyczajnie głupawkowego), pokazują nam, że autor nie stracił pazura do historii jako takich. Gdyby komiks stał się jedynie historią...

...to nie musiałbym w tym akapicie mówić, jak okropne są w tym komiksie rysunki. Ja wszystko rozumiem – komiks jest kontynuacją legendarnego klasyka z lat 80. i założenie było takie, aby jak najbardziej przypominał on rysunkowo pierwowzór, ale jak na rok wydania komiksu... cóż. Nie będę owijał w bawełnę – rysunki są ohydne. Niedokładne, niewyraźne i wyglądają bardziej jak abstrakcja niż panele komiksu. Bolały mnie niekiedy oczy podczas wertowania jego stron, gdyż wielość kolorów, kresek i kształtów nieco przytłaczała mój umysł, ale nie w pozytywnym sensie, niestety. Czytany w 2016 roku tuż obok drugiego tomu Wiecznego Batmana wypada on niezwykle biednie i, niestety, tym razem wmawianie sobie, że coś miało pewne założenie, mi nie pomaga. Efekt z całą pewnością został osiągnięty, ale poza zapaleńcami starej szkoły rysunkowej to raczej niewielu zostanie przez tę szatę graficzną przyciągniętych.

Szczególnie młodzi czytelnicy poczują się odstraszeni, co zresztą widać po wielu negatywnych recenzjach na różnorakich portalach, które w szczególności ganią komiks właśnie za ten aspekt. U mnie, gdy mówimy o rysunku, to mówimy również o klimacie, a więc domyślacie się już, że i klimat nie powala na łopatki właśnie ze względu na bohomazy – nie boję się tak tego nazwać – pojawiające się na stronach. Teksty wypowiadane przez bohaterów są bardzo klimatyczne, a sama opowieść trzyma w napięciu przez 256 stron, ale cała głębia i ciężkość fabuły, ciężkość klimatu osadzonego bądź co bądź w totalitarnym świecie, jest spłycana przez głupawą kreskę. To bolesne, gdyż sięgnąłem po komiks z wielkim zainteresowaniem, chcąc poznać dalsze losy podstarzałego superbohatera, do którego czuję naprawdę największą sympatię. Scenariusz buduje więc genialne napięcie oraz atmosferę nostalgii, beznadziejnej walki o lepsze jutro i lepszy świat, ale rysunek co rusz przypomina nam o wielkich niedoskonałościach tejże kontynuacji. Miałem, chamie, złoty róg – można by rzec!



Batman: Mroczny rycerz kontratakuje to komiks niezwykle nierówny, którego nigdy nie nazwałbym must read. Jeśli macie ochotę przymknąć oko na niedoskonałości graficzne i dobrze bawić się przy bardzo dobrze rozpisanym scenariuszu, to zapraszam – kupcie go i sami oceńcie. Jeśli jednak jak ja łączycie estetykę kreski z klimatem i wywieranymi przez tę kreskę emocjami, to omińcie sobie ten komiks i wróćcie, z poprawką na rok wydania, do genialnego i nadal świetnie trzymającego się Powrotu Mrocznego Rycerza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz