wtorek, 27 września 2016

Batman: Trybunał Sów


Chyba wszyscy lubimy dzień naszych urodzin, prawda? Dzień, w którym spotykamy się z przyjaciółmi i rodziną, cieszymy swoją obecnością i oczywiście otrzymujemy różnorakie prezenty, najlepiej by były one od serca i pokazywały jak bardzo zależy nam na osobie, która jest nimi obdarowywana. Przyznam, że i ja miałem kilka dni temu urodziny, już dziewiętnaste, nawiasem mówiąc. Moi znajomi przeszli jednak samych siebie pod względem prezentu. Otrzymałem od nich całą dostępną w Polsce serię komiksów New DC 52 od Batman: Trybunał Sów aż po Batman: Cmentarna Szychta. W ciągu następnych tygodni mam zamiar je wam zrecenzować, rozpoczynając właśnie od tomu pierwszego, wydanego w 2011 roku pod tytułem Batman: Trybunał Sów. Nie chcąc przedłużać – zapraszam do tekstu.




Tytuł: Batman: Trybunał Sów
Scenariusz: Scott Snyder
Rysunki: Greg Capullo
Tusz: Jonathan Glapion
Kolory: FCO


Warto na początku wspomnieć, o czym konkretnie traktują kolejne strony tego właśnie komiksu. Batman zostaje wezwany do oględzin przybitego rzutkami do ściany trupa. Rzutki te mają na głowniach logo sowy. Logo to kojarzy się i Batmanowi i Harveyowi Bullockowi ze starą legendą Gotham o grupie tajemniczych ludzi/istot, które od wieków niepodzielnie i niestrudzenie rządzą Gotham, pozbywając się swych przeciwników za pomocą Szponów, elitarnych zabójców na ich skinienie. Batman z początku nie wierzy w owych morderców, dopóki nie grożą oni śmiercią Bruce'owi i niepodzielnie i niestrudzenie i nie próbują rzeczywiście go zabić. Szybko okazuje się, że nie jest on pierwszą osobą z rodziny, która padła ofiarą Trybunału Sów. Czy to może być prawdą? Czy Gotham nie jest jednak miastem Batmana, a makietą, na której grają gracze o wiele poważniejsi i potężniejsi od niego? Czy to wszystko przemknęło Nietoperzowi pod nosem niezauważenie? I czy uda mu się powstrzymać tajemniczego mordercę?

Cóż... jeśli pragniecie odnaleźć odpowiedź na te pytania, to serdecznie zapraszam was do przeczytania komiksu. To jest chyba jego największą zaletą – opowieść. Nie jest to komiks w stylu Husha, który recenzowałem jakiś czas temu i który stał bardziej przemyśleniami głównego bohatera i wewnętrznymi rozterkami reszty bohaterów. To nie Mroczny Rycerz kontratakuje, który opowiadał o beznadziejnej walce w przeżartym korupcją systemie. To komiks detektywistyczny. Komiks czysto fabularny, który opisuje wielowątkową opowieść z kilkoma ciekawymi zwrotami akcji, a także odniesieniami do różnych komiksów, które wyszły przed nim. W tę opowieść wplątane są dobrze znane fanom tego świata postacie – syn Bruce'a, Nightwing, Alfred – wierny lokaj, Jim Gordon i Harvey Bullock, a także gościnnie w panelu lub dwóch występują postaci takie jak Kobieta Kot czy Batgirl. Ktoś, kto choć chwilę przesiedział nad komiksami DC, z pewnością poczuje się tu jak w domu i szybko odnajdzie na "osi czasu" (o ile coś takiego w DC istnieje) i komfortowo przebrnie przez solidny scenariusz.


Co jednak buduje każdy komiks, zarówno ten solidny, jak i słaby? Rysunki. Kolory. Klimat, który one tworzą. W tym akapicie pragnę wspomnieć właśnie o tym aspekcie Trybunału Sów. Niezwykle lubię ten rodzaj kreski. Szczery, brutalny i brudny. Tak ludzki i bliski memu sercu i światu, jaki nas otacza, że niezwykle łatwo mi wsiąkać w każde dzieło rysowane w ten sposób. Bo ten komiks, jakkolwiek obscenicznie to nie zabrzmi, ocieka brudem. Pławi się w nim. Pławi się w krwi i rysunkach, które oddają całą grozę lub całe piękno sytuacji. Rysunki, które nie boją się być kontrowersyjne, komiksy, które takie są, zasługują na pełen szacunek. Czuję, że tego rodzaju podejście do tematu rysownictwa odkłamuje komiksy jako takie. Ukazuje odbiorcom, że nie są to już bajeczki dla małych dzieci, w których strach podejmować kontrowersyjne tematy. Takie podejście ukazuje komiksy jako pełnowartościową rozrywkę dla ludzi w każdym wieku i różnorakiej wrażliwości. Uważam, że rysunki ogromnym plusem Trybunału.... Szczegółowe, brudne i szczere do bólu – tak najłatwiej je opisać.

Gdy rysunki prezentują ten typ ekspresji, nie trudno się wam chyba domyśleć, jaki klimat towarzyszy stronom tego komiksu. Jest to ciężka i mroczna historia o poszukiwaniu prawdy i walce ze słabościami. Ukazanie, że nawet superbohatera da się złamać, ale że ze wszystkiego możemy powstać silniejsi. Czujemy, że nie rozumiemy i nie znamy Gotham. Odczuwam to wraz z Batmanem, który wątpi w swoją potęgę, swoją wyższość i przewagę nad przeciwnikami. Jego ukochane miasto wymyka mu się z rąk. Miasto, które przysięgał bronić. Komiks jest intrygujący i tajemniczy, bardzo brutalny i szczery, ale przede wszystkim bardzo w stylu DC. W stylu, który odrzuca wielu ludzi, ale i wielu przyciąga. Mnie ta brutalna szczerość niezwykle zafascynowała. Kolory, w przewadze pomarańcz, czerń i biel, są silnie eksponowane i każdy panel przykuwa nasz wzrok, skłania do delektowania się rysunkami oraz szczegółami i poszlakami na nich zawartymi.


Batman: Trybunał Sów to komiks genialny, którego wady ciężko wyliczyć choćby na palcach jednej ręki. Jedyną wadą, jaką znalazłem, jest to, że czuć, iż jest to jedynie część historii o Trybunale, która rozwinięta będzie w Tomie 2. Czuć, że Snyder gra na naszych emocjach tylko po to, by przytrzymać nas w napięciu do rozwiązania całej tej afery w tomie drugim, za który biorę się za chwilę, gdy tylko moja recenzja zostanie zaplanowana na dzień, w którym ją czytacie. Polecam serdecznie Trybunał Sów, ale pamiętajcie – jeśli zobaczycie sowę, nie uciekajcie. Jej Szpon i tak już idzie waszym śladem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz