czwartek, 1 września 2016

Vesemir: Szczęki czyli pierwsza część opowiadania mojego autorstwa

Ta noc była wyjątkowo ciepła, pomimo, że na ulicach zalegały śnieżne zaspy. Ulice, tak jak przystało na miasto oświecenia i rozwoju jakim był Oxenfurt były o tej porze opustaszałe. Całe miasto wieczerzało bądź kładło się spać. Nie inaczej było w rezydencji rodziny Mignole. A był to, muszę nadmienić, wyjątkowy budynek. Jak na standardy Oxenfurtu niski i skromnie wyglądający z zewnątrz, ale niesamowicie bogaty pod kątem wystroju wnętrz. Latem robił jednak większe wrażenie. Otoczony był ogromnym ogrodem, który tworzył niecodzienny pejzaż kolorów, kładąc pastelowe barwy czerwieni, żółci i fioletu. W powietrzu unosił się mocny zapach maciejki i tulipanów, który wypełniał nozdrza pomimo usytuowania obiektu. A znajdował się on w samym środku miasta, co czysto teoretycznie powinno negatywnie wpływać na okoliczne zapachy. Teraz wyglądał ponuro, jak większość szlacheckich domostw w trakcie zimy.  W środku rezydencji, w dużym pokoju wieczornym kobieta w średnim wieku, niejaka Hrabina Anna Mignole wraz z młodziutką, bo dwudziestoletnią na tę chwilę Teresą Anną Mignole szykowały kolację. Ucztę, raczej, gdyż była to wytworna rodzina, która jadała jedynie wytworne potrawy. Szczególnie w taki dzień jak ten, w którym głowa rodziny, Hrabia Henryk Mignole miał przyjąć w swój dom ważnego gościa, profesora uniwersytetu oxenfurckiego, który z powodu niezrozumiałego dla domowników sprzeciwiał się przyjęciu młodej panny na studia. To nie były czasy dobre dla rozwoju kobiet, nawet tych z wyższych sfer. Hrabia był wyraźnie zdenerwowany. Stał przed kominkiem, w którym wesoło tańczyły ogniki na przypalonych drwach. Płomienie oświetlały jego brodatą, ale gładką i zadbaną twarz. Co chwile moczył swoje wyschnięte wargi w winie, prosto z Toussaint, które przygotował na dzisiejszą wieczerzę. Po chwili poczuł, że ktoś ściska jego rękaw.
– Ojcze! Nie frasuj się, proszę. Spotkanie na pewno wypadnie dobrze, zbytnio się przejmujesz. – Powiedziała drobna, filigranowa panienka, Teresa. Nie wyglądała na swój wiek. Wyglądała na nieznacznie więcej. Pomimo swojej drobnej postury była niezwykle kobieca. Jej kształty podkreślane były tym bardziej przez kreację, którą wsunęła na siebie tego wieczoru. Sprawiała wrażenie dorosłej, w pełni rozwiniętej kobiety a nie młodej dzierlatki, która jeszcze nie zasmakowała prawdziwego życia.
– Nie potrafię się, kurwa nie stresować. Od tego spotkania zależą Twoje studia na Akademii! Mierzi mnie fakt, że muszę korzyć się przed jakimś inteligencikiem bo nie potrafi dostrzec w mojej córce talentu plastycznego. – Odcharczał córce jej ojciec. Odwrócił głowę, ale spiorunowało go spojrzenie jego żony, która zwykła ganić go, gdy nadużywał wulgaryzmów. Uważała, że nieprzystoi to osobie o takiej pozycji. Była jednak niezwykle małomówna, dlatego też jej ataki były często wzrokowe. Mąż uwielbiał mówić o niej, oczywiście po cichu, że jest bazyliszkiem. Henryk był jednak niezwykle swojskim i otwartym człowiekiem pomimo faktu, że był hrabią. Najstarsza z rodzeństwa Mignole spuściła głowę, zasmucona w pewnym stopniu odpowiedzią ojca. Wiedziała, że jego gniew spowodowany był jedynie stresem. Do drzwi ktoś zapukał. Hrabia ruszył do drzwi, natomiast hrabina spojrzała na swoją córkę i ciepłym głosem wydała jej polecenie.
– Idź po brata, kochanie. Jak zwykle siedzi u siebie w pokoju i pewnikiem uczy się pisać. I przynieś od niego obraz Matki Melitele, sama wiesz jaki ten profesorek jest religijny. – Kiwnęła głową kobieta. Teresa od razu ruszyła po wiekowych schodach na górę. Stanęła pod dębowymi drzwiami i kilka razy zapukała do nich. Usłyszała jedynie ciche pomruki i mlaskanie. Wzruszyła ramionami, uznając, że brat znów, wbrew zakazom matki je na posłaniu i weszła do środka. Na łóżku, na ciele swojego młodszego, dziesięcioletniego braciszka zobaczyła coś dużego i obślizgłego. Z wyglądu przypominało nietoperza, ale z całą pewnością nim nie było. Wyglądało na stare i doświadczone gdyż jego ohydne cielsko pokryte było niezliczoną ilością blizn. Nie słysząc dziewczyny rozrywało dziecku tętnice i spijało jego ciepłą jeszcze krew. Gdy odwróciło swój wielki, zakończony naderwanymi uszami łeb dziewczyna pobladła i krzyknęła głośno, po krótkiej chwili tracąc przytomność. Krew trysnęła z otwartych tętnic ofiary i oblała ją oraz dużą część ściany. Potwór słysząc wiele stóp na drewnianych schodach szybkim ruchem wyskoczył przez okno, sycząc dziko. Do pomieszczenia po chwili wpadła Anna, Henryk i Rurek, profesor uniwersytecki. Ubrany jak chłop na Belleteyn, wyperfumowany tak, że aż dusiło pobladł i wycofał się jedną stopą do tyłu. Rodzice dziecka postąpili natomiast kilka kroków do przodu. To co leżało na łóżku nie wyglądało jak ich Julian. Ciało było zmasakrowane. Matka upadła na kolana głośno szlochając a hrabia stał, wpatrywał się w zwłoki i po krótkiej chwili runął do swojej córki, Teresy, starając się ją ocucić. Profesor stał jedynie i przypatrywał się blady jak ściana całej tej scenie. Nie trzeba było długo czekać by zwymiotował pod siebie, na swoje drogie, satynowe ciżemki, które kupił na tę okazję i ubrał po raz pierwszy.

– Kurwa, co to jest? – Wysapał po chwili. Zmieszany przekleństwem, które padło z jego ust, obrzydzony i przerażony wymamrotał kilka bezsensownych, pożegnalnych słów i wybiegł z posiadłości. W rezydencji zapanowała z kolei martwa cisza. Nawet po wybudzeniu się córki, ani hrabina, ani jej mąż nie byli w stanie wydukać choćby pół słówka. Następnego dnia nie było lepiej. Straż miejska odebrała zgłoszenie od Teresy, okoliczny kapłan, oczywiście dzięki dużemu... datkowi w postaci przyspieszonej, jak zwykł on nazywać łapówki zgodził się na wykonanie pogrzebu jeszcze tego samego dnia. Nikt jednak nie potrafił, co naturalne, przejść z tym do porządku dziennego. Pewnego cichego popołudnia do uszu rodziny Mignole dotarła informacja, że ich syn to nie jedyna ofiara potwora, który w ciągu ostatnich kilku tygodniu zabił około dwudziestu osób. Rodziny zmarłych, dwa dni po nieszczęśliwej śmierci Juliana zrzuciły się i na tablicy ogłoszeń wywiesiły kilka zdań, spisanych na pergaminie. „My, poszkodowani wyznaczymy nagrodę za zabicie bestii, co to nie gardząc ni chłopską, ni hrabską krwią napada i terroryzuje nasze świątobliwe miasto Oxenfurt. Śmiałkowi, co to uda się mu się zabić bestię przewidujemy wysoką nagrodę. Szczegóły do obgadania w rezydencji Hrabstwa Mignole, niedaleko wejścia na Akademię Oxenfurcką.” I właśnie wtedy pojawił się On. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz