sobota, 1 lipca 2017

Kryzys

Widziałem w życiu już tak wiele, z tak wieloma ludźmi miałem do czynienia, tak wiele osób mnie zawodziło na tak wiele sposobów. Scenariusz lubi się powtarzać, a ja wciąż nabieram się na te sztuczki życia. 

Czytałem ostatnio książkę, której motywem przewodnim była przyjaźń. Mniejsza o szczegóły, ale uderzyło mnie jedno zdanie: 
„Najważniejsze, abyś znalazł  p r a w d z i w e g o  przyjaciela. (...) Musisz go znaleźć, to jest ważniejsze od wszystkiego, także od miłości. Miłość bowiem czasem przemija”[1]
Przypomniała mi się babka, która przed śmiercią gadała, co jej ślina na język przyniosła. Siedziałem przy jej łóżku w wariatkowie, do którego trafiła – według wuja-naukowca, z którym moja mama zawsze kłóciła się o to, że nie szanował matki – przez „tę jej całą sztukę”. Sama przyznała, że „poezja otwiera w człowieku niebezpieczne szuflady”, ale syn raczej nie ma prawa mówić źle o kobiecie, która nosiła go pod sercem, urodziła, wykarmiła i wychowała. Wracając do meritum, babka kilka dni przed odejściem mówiła coś zupełnie przeciwnego. Przeżywałem wtedy okres fascynacji trupami, śmiercią, piekłem, niebem. Co tu dużo mówić, ona i jej towarzyszki z sali wyglądały dosłownie jak trupy, więc chodziłem tam z kamerą i wszystko nagrywałem. Później ten fragment odtwarzałem w nieskończoność za każdym razem, gdy znów dałem się nabrać...
„Najważniejszym i pierwszym, co trzeba sobie uświadomić przed wejściem w dorosłość, Leoś, jest fakt, że każdy jest, był i będzie samotny. Nikogo nie obchodzimy, nikt nie przejmuje się naszym losem, uczuciami, planami, marzeniami. Człowiek nie obchodzi nikogo, bo każdego świat kończy się na czubku jego nosa. I tam też powinien kończyć się twój, wnusiu. Bo nie będzie w życiu takiej osoby, która będzie się tobą przejmować. Nigdy. Możesz liczyć tylko na rodziców, a gdy ich zabraknie – tylko na siebie. Zawsze jesteś zdany tylko na siebie. Przyjaźń to złudzenie, miłość to chemia. Wszystko przemija, ale ty dla siebie nie przeminiesz nigdy”.

Kto kłamie? Ciśnie się na usta, że wszyscy, ale naprawdę szukam odpowiedzi na to pytanie. Czy babka kłamała? A może to była tylko jej prawda? A może nikt nie kłamie? Może przyjaźń rzeczywiście istnieje, ale nie każdemu dane jest ją znaleźć? A może ludzie pragną przyjaźni, ale się jej oduczyli? A może to jest po prostu za trudne? Och, trochę się rozmarzyłem. Świat (mój) byłby piękny, gdyby była możliwość połączenia przyjaźni z miłością. Pamiętam, że kiedyś się to prawie udało. Kiedyś byłem w związku z dziewczyną, która była moim najlepszym przyjacielem... a później się obudziłem. Chciałbym móc nazwać to snem na jawie, jednak spójrzmy prawdzie w oczy, to była po prostu fikcja. Piękna, kusząca, dominująca fikcja. 

W babce widziałem już wtedy swoje odbicie. Już wtedy zapowiadało się, że będę zbyt wrażliwym „poetą”, podatnym na działanie tych „niebezpiecznych szuflad”. Już wtedy wszyscy widzieli, że zaczynam żyć we własnym świecie stworzonym z marzeń i pięknych, nieprawdopodobnych historii. Wtedy byłem gówniarzem, dziś zapytałbym się jej „więc jak żyć?”. Może ktoś, kto już dobiega do mety, odpowiedziałby mi na to pytanie. Żaden coach, żaden psycholog czy zwykły mądrala nie jest przecież pewien na sto procent... Ciekawe, czy umierający wiedzą. Ciekawe, czy przed śmiercią zna się odpowiedzi na wszystkie pytania, które zadawało się podczas tych wszystkich kryzysów egzystencjalnych czy światopoglądowych. Skoro ja w wieku nieco ponad dwudziestu lat przeszedłem ich aż tyle i przechodzę coraz częściej, to przecież taka babka musiała mieć ich za sobą stokroć więcej. Powiedz mi, czy będę umierał z milionem pytań w głowie?! Czy kiedyś dowiem się w końcu, co z ludźmi jest nie tak?! Boże, odpowiedz! Mam dość Twojego milczenia i mojego chaosu w głowie. Co się dzieje z ludźmi, którzy odchodzą – nie tyle umierają, co po prostu... znikają? Co się dzieje z ludźmi, że wolą być sztuczni? Dlaczego maski są atrakcyjniejsze, dlaczego tak łatwo kogoś celowo zranić, dlaczego bez trudu wykorzystują innych, dlaczego oszukują i kłamstwami wręcz przeciągają na swoją stronę? Kto wymyślił taki świat, w którym człowiek człowiekowi rozrywa serce, nóż wbija w plecy, niszczy życie?! Boże, bo jeśli Ty, to mam nadzieję, że to żart i za chwilę powiesz, że tak nie jest naprawdę.

– Leon, myślałeś kiedyś, że możemy nie być sami w tym wielkim wszechświecie?
– Myślałem, myślałem! Raz nawet, jak byliśmy z kumplami na popijawie nad jeziorem, tym na działkach... Wiesz, tam drzewa, krzewy, nic nie widać. No my tam chodziliśmy z butelkami, bo spokój, cisza. Była jakoś trzecia czy czwarta, ciemno jak w dupie, świeciliśmy telefonami, żeby nie wpaść do wody, ale oczywiście nie dawały wystarczająco światła. Nie pamiętam już, ile chłopa tam było, ale nagle wszyscy podnieśliśmy głowy, a tu łup! Jasno jak w dzień, na niebie jakiś latający krążek oświetla całe jezioro. Wytrzeźwieliśmy od razu. Nagle po tej wiązce światła powoli spuszcza się jakaś postać i staje na wodzie, rozumiesz to?! Wszyscy wzięliśmy nogi za pas, połowa piszczała, połowa prawie się zsikała w majtki, i spierdalamy. Wtedy pomyślałem, taka mała iskierka nadziei zapaliła się w mojej głowie, że skoro tutaj nie jest mi dane spotkać przyjaciela albo miłości, to może, może gdzieś tam na górze jest. Może tam istnieje.
– Nie przeraża cię to, że może istnieje, ale nie będzie wam dane się odnaleźć?
– Myślę, że miłość i przyjaźń jak ma być, to sama jakoś człowieka odnajdzie. A jak nie... Następnego dnia poszedłem sam nad to jezioro. Okazało się, że władze miasta założyły na nim takie kraty, po których można bez problemu chodzić. Pójdę tam! Pójdę w środku nocy, wejdę na jezioro i będę czekał, aż mnie zabiorą. Znajdę to, czego szukam, choćbym miał szukać do śmierci.

moja twórczość krzyczy
moje serce krzyczy
moje oczy krzyczą
a usta tylko drżą

usłysz ten krzyk 
zza ściany

nigdy nie byłem tak samotny
jak wtedy
gdy miałem najwięcej przyjaciół

najcięższa jest prawda
wpadająca na światło dzienne

ludzie nie są już Ludźmi
są zazdrośni
zawistni
kapryśni

a ja tak pośrodku
trwam i wierzę
że człowiek może być Człowiekiem
nie mając na to żadnych dowodów*

– Co jest ratunkiem dla osoby chorej na brak?
– Brak czego?
– Brak siebie na przykład.
– Praca, dom, podróże, auta, pociągi, autobusy, samoloty, góry, doliny, niziny, morza, lasy, oceany, zabytki, kościoły, modlitwy, religie, kultury, książki, poezja, teatr, kino, jedzenie, szpitale, hotele...
– A ludzie albo alkohol albo... internet?
– Broń cię Panie Boże, trzy razy nie! Wszystko to uzależnia, wgryza się w szyję jak wampir, odbiera co udało się zyskać, zaślepia, ogłupia, powoduje agresję, wycofanie, zagubienie, gorączkę, nerwy, bóle, nerwobóle, wpędza w niewolę, niszczy serce, rozum, nierzadko godność. To są te rzeczy, które powodują brak.
– Przecież elementem tego wszystkiego, co wymieniłeś, są ludzie.
– Elementem, nie główną składową! Nie można leczyć braku ludźmi, bo oni brak powodują. Oni przychodzą i odchodzą, czyli wyrywają wszystko, co udało się z nimi zbudować, z korzeniami i już żadne inne korzenie w to miejsce się nie wpasują, a jeśli... To to się nie przyjmie.

Mój tato miał w swoim życiu epizod z budowlanką. Zabierał mnie czasami do pracy i pokazywał, jak kładzie się fundamenty. A ja, głupi dzieciak, zamiast nauczyć się czegoś praktycznego, myślałem, jakie fundamenty ma moje życie. Kilka lat później okazało się, że nie miało w sumie (jeszcze) żadnych. Miałem dopiero zacząć zabawę. Z domu wyniosłem jedynie jakiś habitus, który określa moje wybory. Wybrałem więc budować życie z drugim człowiekiem, spędzaliśmy ze sobą większą część dnia, wszystko robiliśmy wspólnie, nie chcieliśmy wychodzić osobno. Wspólne plany, marzenia, zainteresowania... Wspólny świat. Nagle jeb! Dostałem obuchem w łeb, gdy zobaczyłem inne usta na tych ustach, te dłonie na innych ramionach. Usłyszałem, jak wszystko się wali i przez długi czas nie umiałem zrobić porządku z gruzem, w którym zaczynałem żyć.
Nie udało się, trzeba było próbować raz jeszcze. Ktoś mi kiedyś powiedział, że fundamentem życia powinna być wiara. Jeśli postawisz Boga na pierwszym miejscu, wszystko inne się jakoś ułoży. Okej, pomyślałem, dam Ci, Boże, szansę. I wznosiłem tak dość malowniczy świat, rosłem wraz z nim, moja dusza zaczęła się radować, ale jakoś nieszczególnie zastanawiałem się, czy Bóg rzeczywiście jest dla mnie tak ważny. Z miłości zrezygnowałem, mój pogląd na nią zmienił się diametralnie. Chodziłem na randki, poznawałem nowe osoby, ale nie potrafiłem kochać zdrowo, więc wolałem nie kochać w ogóle. Pomyślałem jednak, że przyjaźń to zupełnie inna para kaloszy. Do tych fundamentów znów zaczęli wkradać się ludzie i jebły z takim samym hukiem, a może nawet głośniejszym. Kolejny kryzys, kolejne wiersze, moje aler ego wytworzyło sobie alter ego alter ego. Czysta incepcja.
Boże, może sam wejdziesz na to pierwsze miejsce, bo ja chyba nie jestem tak silny, by Cię tam dźwignąć.

wołam cię
wołam przyjdź
wołam chwyć mnie
chwyć w ramiona
i uratuj rozpadające się serce

przyjdź
marzę zobaczyć
że komuś na mnie zależy*

Mam niewiele ponad dwadzieścia lat, a już setki razy zastanawiałem się, czy można popełnić błąd robiąc coś, co jest właściwe? Podjąłem decyzję o porzuceniu człowieka. Ale nie dlatego, że był mi niewygodny, że uwierał albo ranił. To ja raniłem jego swoją wszechobecnością. Więc uznałem, że właściwe jest uciąć, bo zaczął się ode mnie uzależniać. Zaczął uzależniać ode mnie całe życie. Relacje. Zacząłem być zbyt ważny. To było właściwe, prawda? W ten sposób mu pomogłem, tak? Przyjaciele często muszą robić coś wbrew sobie, przewidywać skutki. Mam rację?

zostają po nich
tylko dedykacje
w ulubionych książkach
które chcę wyrwać
i spalić

ale przecież 
nie odbiorę książce kartki
bo co jeśli
jest jej sercem?*

Tęskniłem. Tęskniłem przez długi czas. Tęsknota rosła na sercu, oplatała płuca i ściskała przełyk. Tęsknota odbierała chęci do życia, siły do przeżuwania jedzenia, umiejętność zapadania w sen. Jak byłem już tak wyczerpany, że zasypiałem na stojąco, dręczyły mnie koszmary. Takie koszmary, na podstawie których można nakręcić niezły film. Ale zarazem tak osobiste, że czułem się, jakbym podglądał swoje własne życie. Widziałem w nich, jak oddaję serce na dłoni jednemu człowiekowi, drugiemu, piątemu, setnemu... I zapominam, komu je podarowałem. Oni zapominają o mnie, odwracają się i znikają we mgle. Nie mogę sobie przypomnieć. Straciłem. W końcu sam nie wiem, co straciłem. Zasypiam na ławce i budzę się w rzeczywistości. Sen mnie zmienia. Widzę to, od czego odwracałem za każdym razem wzrok. Widzę i żałuję. Karcę sam siebie jak ojciec syna, załamuję się i myślę, jak poskładać wszystko do kupy.

Dbaj o siebie
jak o ludzi.*
















[1] Benedict Wells, Koniec samotności, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2017
* źródło

poniedziałek, 22 maja 2017

Ostatnia (?) śmierć Leona

Jak bowiem w jednym ciele mamy wiele członków, a nie wszystkie członki spełniają tę samą czynność – podobnie wszyscy razem tworzymy jedno ciało w Chrystusie, a każdy z osobna jesteśmy nawzajem dla siebie członkami.
Rz 12, 4-6

Ktoś kiedyś mi powiedział, że w życiu nie trzeba szukać sensu, wystarczy odnaleźć siebie. Ktoś inny stwierdził, że moje życie składa się z tysiąca innych żyć i jestem nierozerwalnie połączony z ludźmi wokół mnie – nie mogę bez nich funkcjonować, choćbym bardzo chciał. Pomyślałem wtedy, że trochę to podobne do tego banału nikt nie jest samotną wyspą, mimo że było wiele chwil, w których czułem się bardziej samotny niż bezludna wyspa. Były takie chwile, gdy czułem, że nie ma dla mnie nikogo, chociaż bardzo chciałem, by to mnie dla nikogo nie było. 
Znowu banał. 
Wracając jednak do urwanej myśli, bez innych ludzi nie byłbym w stanie zrobić kroku na przód, przynajmniej tak mi mówiła. Ta osoba w sensie. Ale co jeśli to jest trochę bardziej poplątane? Co jeśli na moje życie składa się tysiąc innych żyć? Jeśli nawet ci ludzie sprzed 2020 lat są w jakiś sposób ze mną powiązani? Albo gorzej, łącząc tę teorię ze zdaniem wystarczy odnaleźć siebie: co jeśli ja pojawiłem się już ponad 2000 lat temu i musiałbym się cofać aż tak daleko, by osiągnąć cel? A jeśli było mnie kilku i musiałbym badać koligacje z innymi osobami, odnaleźć rodzinę dawnego mnie albo wcielenia mojej obecnej rodziny kilkaset lat wstecz? Co wtedy by się okazało? Czy ludzie, którzy są dziś przy mnie, byli przy "mnie" zawsze? Czy istnieje coś takiego, jak "na zawsze"? Po współczesnych ludziach raczej bym się tego nie spodziewał, ale może kiedyś żyła chociaż jedna osoba, przynajmniej pół osoby, która rzeczywiście mogła być na zawsze?

Pamiętam kilka swoich narodzin i – być może – parę swoich śmierci. Chociaż niektóre z nich to raczej fakty, nie pamięć stricte. 

Zostałem poczęty jakoś w połowie stycznia. Nigdy nie pytałem, jak to się stało, w jakich okolicznościach, czy było romantycznie. Nieszczególnie mnie to obchodziło. Dziś wiem, że to pierwsza z form narodzin. Zimą. Poczęty zimą, wydany na świat jesienią. Nic dziwnego, że jestem wręcz niemożliwie chwiejny i zamyślony. Długie wieczory sprzyjają myśleniu o sprawach niemalże nieistotnych. Tak więc w październiku nie dość że umieram pierwszy raz, to rodzę się w tym samym czasie. 

Umarłem, gdy przyszło mi się zmierzyć z paszczą potwora pożerającego ponad 20 dzieci na pół dnia. W jego żołądku był kolorowy dywanik z odwzorowanym miastem, półki pełne pluszaków (ale jakie te pluszaki były straszne: bez jednego oka, z oderwaną nogą, pociętym ogonem, odgryzionym nosem), leżakowanie o określonej porze i straszna, śmierdząca toaleta. Mama nie mogła tam ze mną być, a ja bałem się najokropniej w świecie. No dobra, dzisiaj jako ponad dwudziestoletni facet nie powinienem wspominać tego jak kilkulatek, ale prawdą jest, że nadal czuję to przerażenie małego i bezbronnego dzieciaka, który myślał, że mama będzie się nim opiekować zawsze, tulić do piersi, wyciągać kleszcze, opatrywać rany. Aż tu nagle pierwsze poważne zderzenie z rzeczywistością: nie ma tak dobrze, mały. A przed tobą jeszcze szkoła. Na szczęście umieranie trwało chwilę. Pogodziłem się z nowym stanem rzeczy, znalazłem Obiekt, który zachęcał mnie do chodzenia do przedszkola. Narodziłem się ponownie, gdy całowaliśmy się za drzwiami w porze obiadowej i nawet nie zauważyliśmy, że wychowawczyni nas znalazła.

W podstawówce umierałem i rodziłem się codziennie. Zwłaszcza wtedy, gdy...
W gimnazjum umierałem nawet bardziej, zabijałem się raczej i wskrzeszałem, bo tak trzeba było. Tego ode mnie wymagali. I nawet gdy oni mnie... Nawet wtedy nie mogłem ot tak sobie umrzeć i się nie narodzić, bo z dnia na dzień rodziłem się lepszy, silniejszy.
Umarłem też, gdy próbowałem zapomnieć o otaczającym mnie świecie, wyzbyć się tej pieprzonej wrażliwości, która siedzi wciąż głęboko we mnie...
O cholera, może gdybym wtedy wyzbył się empatii, dzisiaj to wszystko nie byłoby tak mocno zakorzenione, nie sprawiałoby, że cierpię sto razy bardziej...

– Stop, za bardzo się zapędziłeś! Nie zapominaj, że dzięki temu milion razy bardziej odczuwasz radość i szczęście, nie potrzebujesz rzeczy wielkich, bezinteresownie dajesz siebie innym. W całości!
          Znów mi przerywasz wątek, jak ja cię za to nie lubię... Przez te wszystkie wydarzenia jestem wrażliwy na ból innych i własny, ale też tak silny, że już nawet nie zauważam, jak cierpię. Próbuję jedynie ulżyć w cierpieniach innym, dać im uśmiech, przychylić nieba. Tak! Masz rację! Daję siebie w całości i to jest mój największy błąd, bo przecież każdy, kto odchodzi, zabiera mi mnie ze sobą. W całości! I co pozostaje dla mnie? Odbudowywanie siebie z gałązek i liści?! Jak mam zrobić coś z niczego?
– Najśmieszniejsze jest to, że potrafisz zrobić bardzo wiele z niczego. Niby mówisz, że wyrwano ci serce nie raz, a i tak wychodzisz z sercem na dłoni do kolejnego człowieka.
          Który tego nie chce, nie zapominajmy. Nie chce, bo jestem idiotą, który jest społecznym inwalidą, amebą relacji, labiryntem emocji. Nie sądzisz, że przejmowałbym się tym mniej – albo nawet wcale – gdybym już wtedy wyrwał tę wrażliwość z korzeniami? Może dzisiaj miałbym wszystko. Wszystko w dupie, ale jednak wszystko.
– Nawet tak nie myślisz, Leon. Gadasz jak potłuczony.
          Przynajmniej sam ze sobą mogę pogadać jak potłuczony, bo nikt inny nie jest na tyle nienormalny, by chcieć mnie słuchać i potrafić zrozumieć.

Umarłem znów, idąc do liceum. Umierałem wciąż i wciąż, każdego dnia śmiercią tragiczną, aż musiało nastąpić apogeum duszonych emocji. Już miałem sobie... Już mieli mnie... Ale nie! Pojawiła się Ona. Ona, która sprawiła, że wszystkie poprzednie miłostki stały się na tyle nieistotne, że nawet ze sobą o nich nie rozmawiam. Ona, która pokazała mi, że mam serce. Że to jedyny narząd, który... odrasta. Odbudowuje się. Tworzy na nowo.
Ale mogłem przewidzieć, że będę musiał umrzeć. Umierać ze świadomością, że lata życia były fikcją... To była najgorsza ze śmierci.
Ale też narodziny, które po niej nastąpiły, były najpiękniejszymi. Były w końcu prawdziwe, realne, moje. W końcu to ja doprowadziłem do swojego odrodzenia. Nikt inny, tylko ja.
– A może Bóg, Leon? Nie pomyślałeś o tym? Może to On rozwalił ci całe życie, byś spojrzał wstecz i zobaczył, w jaki grzechu, zakłamaniu, fikcji trwałeś?
          Ty i te twoje mądrości. Okej, więc Bóg. Dziękuję Mu za to, ale nie chcę musieć znowu umierać...
– Pomyślałeś może, że właśnie o to chodzi w życiu? Może trzeba umrzeć i narodzić się przez kogoś albo dla kogoś, by w końcu umrzeć i narodzić się dla siebie, z siebie?
          Z siebie? Albo może właśnie z Boga? Z Boga i dla Boga? Leon, jesteś po prostu genialny! Tak, proszę, niech właśnie o to w życiu chodzi! A może... Może nie? Może po prostu kolejne śmierci przeżyję inaczej? Może kolejne nie będą tak drastyczne, może nie odbiorą mi serca?
– Chyba jednak za młodzi jesteśmy na gdybanie. Ale przyznaj, że nie czułbyś się tak dobrze, tak pełny, gdyby nie ci wszyscy ludzie. Przyznaj, że nie dałbyś rady wstawać ze świadomością, że nie masz się do kogo uśmiechnąć, z kim pożartować, komu zwierzyć. Przyznaj, że byłoby ci przykro, gdybyś nie dostawał miłych wiadomości na początku i końcu dnia, gdyby nikt nie życzył ci kolorowych snów, nie zapraszał na spacery...
          W sumie wciąż marzy mi się tylko jeden spacer, który nie następuje dzień za dniem. Wciąż marzy mi się spacer z tą osobą, albo chociaż z połową osoby, która mogła być na zawsze.

środa, 15 lutego 2017

Wyłącz się z Facebooka

Denerwuje mnie dzisiejszy świat. Chyba naprawdę jestem z nim pokłócona. Denerwuje mnie, że żeby być na bieżąco i utrzymywać kontakt ze znajomymi, trzeba być na fejsbukach, snapczatach i innych pierdołach. I tak pewnego dnia obraziłam się na świat tak, że... wyłączyłam Facebooka na tydzień. Postanowiłam, że zobaczę, jak wygląda świat bez internetu i telefonu. Wcześniej zdarzało mi się "odciąć" od wszystkiego na dzień czy dwa, ale chciałam zobaczyć, czy da się na tydzień i więcej. Fakt, chciałam spróbować przetrwać jak najdłużej. Co się okazało?

Okazało się, że nie bez powodu targają mną te wszystkie emocje. Wyszłam z domu, a telefon został na półce. Nigdy nie potrzebowałam go jakoś szczególnie, ale zawsze był w torebce czy w kieszeni i świadomość, że tam jest, niejako mnie uspokajała. Dlaczego? Sama nie wiem. To ktoś zadzwonił (oczywiście nigdy nie odbieram od razu, bo jest wiecznie wyciszony, ale mogłam oddzwonić), to ktoś napisał... Czułam, że mam kontakt z tymi, z którymi go potrzebuję i chcę. Poza tym, wstyd się przyznać, ale nie cierpię nosić zegarka. "Coś" na nadgarstku zawsze mi przeszkadza, więc nawet, gdy nie był mi potrzebny telefon, potrzebowałam godziny. Powiedziałam sobie szczęśliwi czasu nie liczą i wyszłam. Jak na złość, tego dnia akurat bardzo potrzebowałam "czasu". Spojrzenia ludzi, gdy pytasz dziś przepraszam, która godzina? czasami są bezcenne i zabawne. Oczywiście był to czas nauki, na karku czuć już oddech sesji, więc spędziłam cały dzień w bibliotece. Naprawdę nie sądziłam, że podczas nauki tak bardzo potrzebuję internetu i wujka Google. Na co dzień chyba było już naturalne, że mam przy sobie telefon i mogę wszystko sprawdzić w każdej chwili. A nagle... Powiedziałam sobie, że dam radę nie iść na łatwiznę i wszystkie informacje znajdę bez pomocy internetu. Oczywiście się myliłam, bo wróciłam do domu z listą haseł do wpisania... Z jednej strony ten dzień bez telefonu był przepełniony problemami, z drugiej "nie było tak źle". W końcu na wykładach mogłam czytać, bo co innego robić (tak, wiem, można jeszcze słuchać wykładowcy, ale czasami się to nie udaje, choćby człowiek bardzo chciał)? 

Nie sądziłam, że będę potrzebowała tylu zdań na opisanie jednego dnia! Wróciłam do domu, a na telefonie były tylko dwa nieodebrane połączenia i jedna wiadomość. Trochę dziwne, skoro większość czasu na wykładach i na przerwach spędzałam na Facebooku pisząc ze znajomymi z bliska i z daleka. Więc dlaczego tak mało powiadomień? Cóż... Może rzeczywiście to, czego potrzebuję i ci, których potrzebuję, są po prostu obok mnie. Może... Ale o tym dalej. 

Drugiego dnia oczywiście wzięłam już ze sobą ten telefon. Pękłam po dniu, brawo. Rzecz jasna, wszystkie aplikacje "żrące czas" odinstalowałam, ale świadomość, że mam go w torebce... Była dziwna. Kojąca... Choroba XXI wieku. Ale w końcu miałam pod ręką Google, w końcu mogłam sprawdzić to, co nagle zaczęło dręczyć moje myśli... I tyle. Po prostu był. Jednak kolejne dni, przerwy między zajęciami upływały na rozmowach z innymi. To dobrze, bardzo dobrze, ale co jakiś czas ktoś wtrącał "nie wiedziałaś o tym? Przecież pisali na grupie na fejsie", "no to było gdzieś na Facebooku", "sprawdź na fejsie". Nie przedłużając, wytrwałam siedem dni bez tych "niepotrzebnych" aplikacji, ale...

Szukałam substytutu. I znalazłam. Nie wciągnął mnie on tak, jak wciąga Facebook, bo – jak to się dziś mówi – nie ma cię na fejsie, nie istniejesz, ale chciałam poznawać ludzi przez pisanie (może za bardzo lubię pisać i "słuchać" o życiu obcych mi osób, ich problemach, zmartwieniach, zainteresowaniach, codzienności...). Ludzie w internecie (nie przejmuję się, czy kłamią) są bardziej otwarci i łatwiej przychodzi im szczera rozmowa, a przede wszystkim mnie to inspiruje. Znalazłam substytut, poznałam nawet jednego bardzo wartościowego człowieka i postanowiłam utrzymać z nim kontakt. Człowieka, który otworzył mi oczy na wiele spraw, odrobinę pomógł nawet zostawić przeszłość za sobą. Gdzieś na tym świecie są jeszcze Ludzie.

Ale to nie wszystko. W końcu przeczytałam więcej książek, niż bym czytała. W końcu znalazłam czas na wszystko: wyjście z domu, naukę do sesji, czytanie, pisanie, słuchanie, rozmawianie, spotkanie z przyjaciółmi. "Na mieście" poznałam przypadkowych ludzi, którzy byli chętni do rozmowy. Gdy odkleisz oczy od telefonu i fejsa w tramwaju, zobaczysz, że są jeszcze Ludzie. Fakt, zobaczyłam też, jak wyglądają ci, którzy mają nawet nos wlepiony w ekran. Brew unosi się automatycznie. Najważniejsze, że zawarłam ciekawe znajomości, ale jeszcze nic więcej na ich temat napisać nie mogę. Niektóre zerwały się po dniu, inne skończyły się wraz z końcem imprezy, kolejne trwają nadal... Czas pokaże, co z nich wyniknie, czy będą się rozwijać. 

Ci, których potrzebuję, są obok mnie, ale rzeczywiście "bycie" na Facebooku jest niezbędne. Faktem jest też, że będąc daleko od domu, potrzebuję tego telefonu na co dzień. Na szczęście taki detoks pokazuje, że nie jest on niezbędny do życia i pozwala się trochę zdystansować. Nie spędzam tam już tyle czasu, ile spędzałam, mam go więcej dla innych i dla siebie. Może trochę ucierpiały na tym znajomości z daleka, z okolic domu, ale ważne jest dla mnie to, co mam i jeśli zależy dwóm osobom, potrafią dbać o relację. Jestem więc wdzięczna tym, którzy rozumieją, że lepiej do mnie czasami zadzwonić czy poprosić o rozmowę na Skype, niż wypisywać na fejsie. To nie ma być długi tekst opisujący "tydzień bez...". Chcę tylko powiedzieć, że czasami dobrze jest się wyłączyć z Facebooka i włączyć do życia.

niedziela, 15 stycznia 2017

Być tu i teraz

Na początku istnienia Asa prowadziłam cykl Kontrowersje, w którym opisywałam w krótkich refleksyjnych opowiadaniach życie Leosia i Leona. Leon wrócił do mnie na chwilę, ale już nie kontrowersyjnie. Tak, opatrzę ten post taką etykietą, żeby można było znaleźć łatwo resztę jego życia, jednak to już nie kontrowersja. To po prostu przemyślenia osadzone w życiu mojego Leona, którego stworzyłam i staram się tworzyć dalej. Wejdźcie do jego głowy...


W środku czułem się połamany i zraniony tak, że nie powinienem już dawno żyć i oddychać. Gdyby rany na sercu krwawiły, już dawno wykrwawiłbym się na śmierć. Niestety tak się nie stało i musiałem iść do pracy, do ludzi i do świata, chociaż w tamtej chwili tak bardzo tego wszystkiego nienawidziłem. Obraziłem się na świat, że jest tak niesprawiedliwy i bezlitosny (oczywiście, nawet tego nie zauważył). Obraziłem się na ludzi, że najpierw obiecują być (wsparciem, przyjacielem, na zawsze), a później zmieniają zdanie. Zmieniają zdanie i zmieniają swój system wartości. Obraziłem się na nich, bo najpierw mówią, że to i to jest złe i jeśli bym im coś takiego zrobił, nigdy by mi nie wybaczyli. Ba! Zniszczyliby mi życie, nie mieliby skrupułów mnie uderzyć i poniżyć. Mówią tak, patrzę na nich zafascynowany, bo skoro tak sądzą, to sami tego nie zrobią. Ale okazuje się, że wcale nie znam tego kogoś, okazuje się, że tylko pozował. Okazuje się, że robi tę okropną rzecz sam. I nie daje mi możliwości nawet siebie za to uderzyć czy poniżyć (nie żebym chciał, ale spojrzeć w oczy oszustowi, który zastrzegał się... to byłoby coś). Obraziłem się na świat, bo świat się bawi ludźmi. Bo ludzie uważają relację z drugim człowiekiem za zabawę! Bo oni "chcieli po prostu mieć kogoś", i tyle. I już. 

Wszedłem za jakimś człowiekiem w garniturze do biura. Skinął głową na przywitanie kobiecie za biurkiem, ta wygięła komicznie usta, wstała i zaczęła się entuzjastycznie witać.
– Panie prezesie, czy życzy sobie... 
Dlaczego żyjemy w czasach, w których rodzice nie uczą dzieci walczyć i dbać o relacje? Dlaczego żyjemy w czasach, w których rodzice nie dają swoim dzieciom wolności? Dlaczego żyjemy w czasach, w których wszystko inne jest ważniejsze od spotkania człowieka? A później mnie się za to obrywa, bo takie dzieci wyrastają na nieświadomych dorosłych. Żyją w kokonie i nie potrafią postawić się na miejscu drugiego człowieka. Nie widzą swoich błędów... "Rodzice nie mówili mi, jak mam się obchodzić z obcymi, tylko zawsze powtarzali, że z nimi mam się obchodzić jak najlepiej", odpowiedzą zapewne. No tak. Tylko obcych też nie można ranić. O rzekomo obcych też trzeba dbać. Oczywiście medal nie ma jednej strony, a świat ma ich nieskończenie wiele. Są też dzieci, które dostają za dużo wolności i przewraca im się w głowach, następnie stają się nieodpowiedzialnymi dorosłymi, którym nie da się zaufa... 
– chwila. Prezesie? Przecież prezes to krępy, łysiejący mężczyzna. Ten był wysoki, z bujną czupryną i pewną siebie postawą. Co się tu...
Skoro już o zaufaniu mowa, to dlaczego wciąż trafiam na osoby, którym – jak po czasie się okazuje – ufać nie mogę (nie mogłem, jak to powiedzieć?), choć myślałem, że są inne? Wyjątkowe i nie zepsute na tym popapranym świecie? Dlaczego myślę, że mogę złożyć w czyjeś ręce serce, a ten ktoś nagle mi wyznaje, że "to przecież tylko zabawka! Serce nadal masz na środku klatki, skierowane trochę na lewo, a ja w dłoniach trzymam zabawkę, którą mogę pociąć, zgnieść i zmiażdżyć, i nic się nie stanie! Zapomnisz o mnie, a ja to serce wyrzucę, bo mam ochotę na nową zabawkę!". Gdzie się podziali stali ludzie, którzy znają wartość człowieka i wiedzą, jak się z nim obchodzić? Gdzie podziali się...

– Cześć Leon, co ty dzisiaj taki nieobecny? – mrugam kilka razy i dostrzegam Anielę, z którą pracuję już od roku. Na chwilę znikają wszystkie myśli i widzę tylko te szaro-zielone oczy, półdługie brązowe włosy i szeroki uśmiech kwitnący na okrągłej twarzy. Taki uśmiech potrafi dodać skrzydeł nawet człowiekowi bez serca. Próbuję się uśmiechnąć. Nie wiem, jak mi to wychodzi, ale wnioskując po jej reakcji, nie za dobrze. Kładzie mi rękę na ramieniu, a gdy orientuje się, że za długo ją tam trzyma, strzepuje nieistniejący paproszek. Na moim garniturze nie ma na pewno żadnego brudu, za to jest ogromny w miejscu, w którym była owa zabawka. Uśmiech drugiego człowieka sprawia, że nagle ten brud znika. Choć na chwilę.
– Dowiedziałem się, że na innych planetach czas płynie inaczej. To takie fascynujące, że gdzieś tam doba może trwać 36 godzin! Tyle, ile by mi się przydało, by zdążyć żyć. 
Ten dźwięk obijał mi się w głowie cały dzień i całą noc. Aniela, zamiast spojrzeć na mnie jak na szaleńca, najzwyczajniej w świecie wybuchła śmiechem! Boże, daj mi się śmiać tak szczerze i beztrosko. Choć raz. Choć przez chwilę. Daj mi siłę wydobyć z siebie śmiech!
– Myślę, że do życia są potrzebni odpowiedni ludzie i umiejętność zorganizowania czasu, nie dłuższa doba. Chociaż... Gdyby dłuższy dzień oznaczał więcej czasu dla innych ludzi, nie dla pracy, to byłabym oczywiście za. 
– Umówisz się ze mną na kawę? – co? Na kawę? Ale wypaliłem! 
Leon, jesteś idiotą. Jesteś totalnym idiotą. Jesteś totalnym, naiwnym idiotą. Jesteś totalnym, naiwnym, wystawiającym się wciąż na zranienia idiotą! Naprawdę chcesz zobaczyć, jak osoba, która wniosła do twojego zjebanego dnia odrobinę śmiechu, zamienia się w obojętną na twój ból jednostkę i kiedyś, po latach znajomości, odchodzi w zapomnienie, przestaje istnieć i zostawia ci dziurę zamiast serca? Leon, czy ciebie pojebało? Czy ty nie widzisz, co się dzieje w twoim życiu, gdy tylko coś zaczyna się od kawy?
Och, daj spokój. Raz kozie... 
Nie! Boże, nie. Przecież to idiotyczne wciąż narażać się na powtórkę tego, co było. 
Ale potrzebuję przecież do życia innych ludzi. Potrzebuję chociaż złudzenia, że komuś na mnie... 
Leon, nie bądź idiotą. Dasz sobie radę. 
Ale jestem idiotą i nie potrafię nic z tym zrobić, nic na to nie poradzę. 
Leon, jesteś zraniony. Ludzie zranieni ranią innych swoim bólem, nie narażaj jej na to. 
Och zamknij się już, nawet ludzie zranieni mają piękną duszę i potrafią czynić rzeczy, które zdrowym się nie śniły. Skończ już tę głupią dysku...
– Chętnie pójdę z Tobą na kawę, Leon – i znowu ten uśmiech. Ale nie taki, jak u tej kobiety na dole. Ten uśmiech rośnie jak kwiaty na wiosnę, ten uśmiech kwitnie i promienieje w jej oczach. Ten uśmiech wpełza głęboko we mnie i gilgocze moją obolałą duszę. Ten uśmiech...
– Zebranie za pięć minut! Zapraszamy wszystkich do sali konferencyjnej.

***

Poszedłem do kościoła. Jak byłem młodszy, tato powtarzał mi zawsze, że Bóg jest odpowiedzią. Zadaj pytanie, które cię trapi. Bóg jest odpowiedzią. Mówił mi tak często, gdy dorastałem i nagle poczułem, że mam problemy innej wagi, niż wybór między białymi czy czarnymi skarpetkami. Poszedłem do kościoła, a tam ksiądz mówił o Mojżeszu i niespalającym się krzewie. Uderza mnie zdanie JESTEM, KTÓRY JESTEM. JESTEM dudni mi w głowie przez resztę mszy, na kazaniu słucham jednym uchem, bo wciąż mam w głowie to... Czy ja jestem? Od kilku tygodni mam wrażenie, że byłem, ale nie jestem. Rozważam wciąż, dlaczego to wszystko się stało, dlaczego tak zostałem potraktowany, co mogłem zrobić, by tego uniknąć. Myślę wciąż, co zrobiłem źle, że tylu się ode mnie odwróciło. Myślę wciąż, jaki byłem, że to się stało, albo jaki muszę być, by nigdy więcej tak nie bolało. Myślę wciąż, co zrobię jutro, by nie zraniła mnie kolejna osoba. Myślę wciąż, co zrobię za miesiąc, by już nikt nie zmiażdżył mojego serca. Ale nie ma mnie tutaj, gdzie jestem. A powinienem być tu i teraz. Boże, daj mi być, bo zgubiłem się w przeszłości i przyszłości... Oj Leon, ty to zawsze mądry po fakcie.
Jednak wychodzi na to, że doświadczenia przeszłości znacząco wpływają na to, jaki jestem. Może pora spróbować pomóc się ranom zabliźnić i uczynić z nich swój atut? Może pora pokazać wszystkim, że nawet brzydkie serce może być piękne? Że nawet obolała dusza może dawać innej szczęście i zrozumienie? Może pora... Zacząć żyć. 

Tak! Tak, idę w świat lepiej rozumiejąc człowieka! Tak, tak! Idę w świat czynić dobro, bo mnie czyniono zło. Idę w świat pełen zrozumienia i empatii, bo ja tego nie otrzymałem. Idę walczyć o człowieka, o którego nikt nie chciał zawalczyć. O siebie. Gdy wygram walkę o siebie, będę jak lew walczył o innych. I nigdy nie pozwolę im przeze mnie płakać.

***

– Bordowy sweter czy koszula? – stoję przed lustrem i nawijam sam do siebie na głos. – Cholera, tak dawno nie byłem na randce, że nawet nie wiem, jak się ubrać. Długie i monotonne związki chyba niszczą ubraniową intuicję... – zaśmiałem się do odbicia. Zaśmiałem. Się. Boże! Wyjrzałem za okno, wciągnąłem na siebie sweter i wyszedłem po Anielę. Nie mogłem się doczekać jej śmiechu...





Źródło inspiracji, vlog o. Adama Szustaka, którego słucham od kilku dni

czwartek, 12 stycznia 2017

Serce z popiołu

Na trzecią część serii stworzonej przez Kathrin Lange czekałam długo i – muszę przyznać otwarcie – z niecierpliwością. Po lekturze dwóch poprzednich nie stwierdziłam, że jest to coś na tyle dobrego, by mogło uchodzić za coś więcej, niż czytadło, jednak (jak na literaturę młodzieżową) wydawało się dość ambitne i wyjątkowe. W poprzednich częściach autorka wprowadziła ciekawe tajemnice i fabułę, chociaż od początku miałam zastrzeżenia do uczucia łączącego głównych bohaterów. A teraz... Teraz zrobiło się dziwnie. Inaczej, niż wcześniej. Serce z popiołu po prostu spaliło w moich oczach wszystko, co do tej pory uważałam za atut serii.



Tytuł: Serce z popiołu
Autor: Kathrin Lange
Wydawnictwo: Muza



Nie da się przybliżyć fabuły na tyle delikatnie, by nie zaspoilerować Serca ze szkła i Serca w kawałkach, dlatego o Sercu z popiołu powiem raczej krótko. Trzecia część rozwiązuje wiele problemów i daje odpowiedzi na pytania, jakie czytelnicy zadawali sobie podczas wcześniejszej lektury. Dowiadujemy się, jakie są przyczyny problemów psychicznych Dawida. Rozumiemy, przynajmniej częściowo, powody takiego a nie innego zachowania ojca w stosunku do syna. Zostają nam przybliżone motywy mieszkańców wyspy, ich przeszłość i przede wszystkim rozwiązanie tajemniczej klątwy. Może z grubsza brzmi to ciekawie... Ale wszystko jest spalone, gdy w grę wchodzi banalna miłość nastolatków.

Może jestem za stara na takie książki? Nie wiem. Wiem, że nie sądziłam, że autorka rzeczywiście sięgnie do tak przewidywalnego i sztampowego zakończenia całej (umówmy się, że mam na myśli części poprzednie) historii i tajemnicy jako takiej. Dobrze, motywy ojca Dawida i ich wspólna przeszłość były dość ciekawe i zaskakujące, jednak główny problem wyjaśniono czytelnikom tak beznadziejnie, że przyćmiło to resztę plusów. Przynajmniej w moim odczuciu. Po skończeniu książki, powiedziałam od razu "to było takie słabe, przecież taka miłość nie istnieje". Chyba że czytałam ją w złym momencie życia, to możecie mnie poprawić...

Poprzednie dwie części przeczytałam jednym tchem. Każda zajęła mi dzień czy dwa. Serce z popiołu z kolei ciągnęło się w nieskończoność, nie mogłam się wczuć w opowieść, wszystko było takie... przepraszam, innego słowa znaleźć nie mogę – naciągane. Chyba wolałabym, żeby seria Serca skończyła się na tej drugiej części i bym mogła sama dopisać sobie zakończenie, bo na pewno byłoby ciekawsze i kreatywniejsze. Z tego samego powodu nie mogłam się zabrać za napisanie recenzji. Po prostu nie mam nic do powiedzenia na temat tej książki. Po prostu jestem zawiedziona. Po prostu czekałam tyle czasu na... nic. Nudę i sztampę. Po prostu to sprawia, że nawet w tej chwili wiem, że nie napiszę prawdziwej recenzji czy opinii, bo nie potrafię wykrzesać z siebie jakichkolwiek przemyśleń po lekturze trzeciej (i na szczęście ostatniej) części serii. 

Polecam czy nie polecam? Nie wiem (cóż za błyskotliwość). Warto przeczytać, jeśli chce się znać odpowiedzi na wszystkie pytania. Niby warto je znać, jednak uważam, że każdy z nas dopisałby tej historii lepsze zakończenie i ciekawiej odpowiedział na trapiące nas pytania. Plusem jest, że mogę podsumować serię w całości. Są to książki dla odmóżdżenia. Nie wprowadzają nic do życia, jedynie odprężają i fascynują. Do czasu. Nie są ani dobre, ani złe. Ani wyjątkowe, ani ciekawe. Niby coś w nich jest, ale nie do końca. Podsumować mogę to tak: da się czytać. 


 Za egzemplarz dziękuję Business & Culture