środa, 15 lutego 2017

Wyłącz się z Facebooka

Denerwuje mnie dzisiejszy świat. Chyba naprawdę jestem z nim pokłócona. Denerwuje mnie, że żeby być na bieżąco i utrzymywać kontakt ze znajomymi, trzeba być na fejsbukach, snapczatach i innych pierdołach. I tak pewnego dnia obraziłam się na świat tak, że... wyłączyłam Facebooka na tydzień. Postanowiłam, że zobaczę, jak wygląda świat bez internetu i telefonu. Wcześniej zdarzało mi się "odciąć" od wszystkiego na dzień czy dwa, ale chciałam zobaczyć, czy da się na tydzień i więcej. Fakt, chciałam spróbować przetrwać jak najdłużej. Co się okazało?

Okazało się, że nie bez powodu targają mną te wszystkie emocje. Wyszłam z domu, a telefon został na półce. Nigdy nie potrzebowałam go jakoś szczególnie, ale zawsze był w torebce czy w kieszeni i świadomość, że tam jest, niejako mnie uspokajała. Dlaczego? Sama nie wiem. To ktoś zadzwonił (oczywiście nigdy nie odbieram od razu, bo jest wiecznie wyciszony, ale mogłam oddzwonić), to ktoś napisał... Czułam, że mam kontakt z tymi, z którymi go potrzebuję i chcę. Poza tym, wstyd się przyznać, ale nie cierpię nosić zegarka. "Coś" na nadgarstku zawsze mi przeszkadza, więc nawet, gdy nie był mi potrzebny telefon, potrzebowałam godziny. Powiedziałam sobie szczęśliwi czasu nie liczą i wyszłam. Jak na złość, tego dnia akurat bardzo potrzebowałam "czasu". Spojrzenia ludzi, gdy pytasz dziś przepraszam, która godzina? czasami są bezcenne i zabawne. Oczywiście był to czas nauki, na karku czuć już oddech sesji, więc spędziłam cały dzień w bibliotece. Naprawdę nie sądziłam, że podczas nauki tak bardzo potrzebuję internetu i wujka Google. Na co dzień chyba było już naturalne, że mam przy sobie telefon i mogę wszystko sprawdzić w każdej chwili. A nagle... Powiedziałam sobie, że dam radę nie iść na łatwiznę i wszystkie informacje znajdę bez pomocy internetu. Oczywiście się myliłam, bo wróciłam do domu z listą haseł do wpisania... Z jednej strony ten dzień bez telefonu był przepełniony problemami, z drugiej "nie było tak źle". W końcu na wykładach mogłam czytać, bo co innego robić (tak, wiem, można jeszcze słuchać wykładowcy, ale czasami się to nie udaje, choćby człowiek bardzo chciał)? 

Nie sądziłam, że będę potrzebowała tylu zdań na opisanie jednego dnia! Wróciłam do domu, a na telefonie były tylko dwa nieodebrane połączenia i jedna wiadomość. Trochę dziwne, skoro większość czasu na wykładach i na przerwach spędzałam na Facebooku pisząc ze znajomymi z bliska i z daleka. Więc dlaczego tak mało powiadomień? Cóż... Może rzeczywiście to, czego potrzebuję i ci, których potrzebuję, są po prostu obok mnie. Może... Ale o tym dalej. 

Drugiego dnia oczywiście wzięłam już ze sobą ten telefon. Pękłam po dniu, brawo. Rzecz jasna, wszystkie aplikacje "żrące czas" odinstalowałam, ale świadomość, że mam go w torebce... Była dziwna. Kojąca... Choroba XXI wieku. Ale w końcu miałam pod ręką Google, w końcu mogłam sprawdzić to, co nagle zaczęło dręczyć moje myśli... I tyle. Po prostu był. Jednak kolejne dni, przerwy między zajęciami upływały na rozmowach z innymi. To dobrze, bardzo dobrze, ale co jakiś czas ktoś wtrącał "nie wiedziałaś o tym? Przecież pisali na grupie na fejsie", "no to było gdzieś na Facebooku", "sprawdź na fejsie". Nie przedłużając, wytrwałam siedem dni bez tych "niepotrzebnych" aplikacji, ale...

Szukałam substytutu. I znalazłam. Nie wciągnął mnie on tak, jak wciąga Facebook, bo – jak to się dziś mówi – nie ma cię na fejsie, nie istniejesz, ale chciałam poznawać ludzi przez pisanie (może za bardzo lubię pisać i "słuchać" o życiu obcych mi osób, ich problemach, zmartwieniach, zainteresowaniach, codzienności...). Ludzie w internecie (nie przejmuję się, czy kłamią) są bardziej otwarci i łatwiej przychodzi im szczera rozmowa, a przede wszystkim mnie to inspiruje. Znalazłam substytut, poznałam nawet jednego bardzo wartościowego człowieka i postanowiłam utrzymać z nim kontakt. Człowieka, który otworzył mi oczy na wiele spraw, odrobinę pomógł nawet zostawić przeszłość za sobą. Gdzieś na tym świecie są jeszcze Ludzie.

Ale to nie wszystko. W końcu przeczytałam więcej książek, niż bym czytała. W końcu znalazłam czas na wszystko: wyjście z domu, naukę do sesji, czytanie, pisanie, słuchanie, rozmawianie, spotkanie z przyjaciółmi. "Na mieście" poznałam przypadkowych ludzi, którzy byli chętni do rozmowy. Gdy odkleisz oczy od telefonu i fejsa w tramwaju, zobaczysz, że są jeszcze Ludzie. Fakt, zobaczyłam też, jak wyglądają ci, którzy mają nawet nos wlepiony w ekran. Brew unosi się automatycznie. Najważniejsze, że zawarłam ciekawe znajomości, ale jeszcze nic więcej na ich temat napisać nie mogę. Niektóre zerwały się po dniu, inne skończyły się wraz z końcem imprezy, kolejne trwają nadal... Czas pokaże, co z nich wyniknie, czy będą się rozwijać. 

Ci, których potrzebuję, są obok mnie, ale rzeczywiście "bycie" na Facebooku jest niezbędne. Faktem jest też, że będąc daleko od domu, potrzebuję tego telefonu na co dzień. Na szczęście taki detoks pokazuje, że nie jest on niezbędny do życia i pozwala się trochę zdystansować. Nie spędzam tam już tyle czasu, ile spędzałam, mam go więcej dla innych i dla siebie. Może trochę ucierpiały na tym znajomości z daleka, z okolic domu, ale ważne jest dla mnie to, co mam i jeśli zależy dwóm osobom, potrafią dbać o relację. Jestem więc wdzięczna tym, którzy rozumieją, że lepiej do mnie czasami zadzwonić czy poprosić o rozmowę na Skype, niż wypisywać na fejsie. To nie ma być długi tekst opisujący "tydzień bez...". Chcę tylko powiedzieć, że czasami dobrze jest się wyłączyć z Facebooka i włączyć do życia.

niedziela, 15 stycznia 2017

Być tu i teraz

Na początku istnienia Asa prowadziłam cykl Kontrowersje, w którym opisywałam w krótkich refleksyjnych opowiadaniach życie Leosia i Leona. Leon wrócił do mnie na chwilę, ale już nie kontrowersyjnie. Tak, opatrzę ten post taką etykietą, żeby można było znaleźć łatwo resztę jego życia, jednak to już nie kontrowersja. To po prostu przemyślenia osadzone w życiu mojego Leona, którego stworzyłam i staram się tworzyć dalej. Wejdźcie do jego głowy...


W środku czułem się połamany i zraniony tak, że nie powinienem już dawno żyć i oddychać. Gdyby rany na sercu krwawiły, już dawno wykrwawiłbym się na śmierć. Niestety tak się nie stało i musiałem iść do pracy, do ludzi i do świata, chociaż w tamtej chwili tak bardzo tego wszystkiego nienawidziłem. Obraziłem się na świat, że jest tak niesprawiedliwy i bezlitosny (oczywiście, nawet tego nie zauważył). Obraziłem się na ludzi, że najpierw obiecują być (wsparciem, przyjacielem, na zawsze), a później zmieniają zdanie. Zmieniają zdanie i zmieniają swój system wartości. Obraziłem się na nich, bo najpierw mówią, że to i to jest złe i jeśli bym im coś takiego zrobił, nigdy by mi nie wybaczyli. Ba! Zniszczyliby mi życie, nie mieliby skrupułów mnie uderzyć i poniżyć. Mówią tak, patrzę na nich zafascynowany, bo skoro tak sądzą, to sami tego nie zrobią. Ale okazuje się, że wcale nie znam tego kogoś, okazuje się, że tylko pozował. Okazuje się, że robi tę okropną rzecz sam. I nie daje mi możliwości nawet siebie za to uderzyć czy poniżyć (nie żebym chciał, ale spojrzeć w oczy oszustowi, który zastrzegał się... to byłoby coś). Obraziłem się na świat, bo świat się bawi ludźmi. Bo ludzie uważają relację z drugim człowiekiem za zabawę! Bo oni "chcieli po prostu mieć kogoś", i tyle. I już. 

Wszedłem za jakimś człowiekiem w garniturze do biura. Skinął głową na przywitanie kobiecie za biurkiem, ta wygięła komicznie usta, wstała i zaczęła się entuzjastycznie witać.
– Panie prezesie, czy życzy sobie... 
Dlaczego żyjemy w czasach, w których rodzice nie uczą dzieci walczyć i dbać o relacje? Dlaczego żyjemy w czasach, w których rodzice nie dają swoim dzieciom wolności? Dlaczego żyjemy w czasach, w których wszystko inne jest ważniejsze od spotkania człowieka? A później mnie się za to obrywa, bo takie dzieci wyrastają na nieświadomych dorosłych. Żyją w kokonie i nie potrafią postawić się na miejscu drugiego człowieka. Nie widzą swoich błędów... "Rodzice nie mówili mi, jak mam się obchodzić z obcymi, tylko zawsze powtarzali, że z nimi mam się obchodzić jak najlepiej", odpowiedzą zapewne. No tak. Tylko obcych też nie można ranić. O rzekomo obcych też trzeba dbać. Oczywiście medal nie ma jednej strony, a świat ma ich nieskończenie wiele. Są też dzieci, które dostają za dużo wolności i przewraca im się w głowach, następnie stają się nieodpowiedzialnymi dorosłymi, którym nie da się zaufa... 
– chwila. Prezesie? Przecież prezes to krępy, łysiejący mężczyzna. Ten był wysoki, z bujną czupryną i pewną siebie postawą. Co się tu...
Skoro już o zaufaniu mowa, to dlaczego wciąż trafiam na osoby, którym – jak po czasie się okazuje – ufać nie mogę (nie mogłem, jak to powiedzieć?), choć myślałem, że są inne? Wyjątkowe i nie zepsute na tym popapranym świecie? Dlaczego myślę, że mogę złożyć w czyjeś ręce serce, a ten ktoś nagle mi wyznaje, że "to przecież tylko zabawka! Serce nadal masz na środku klatki, skierowane trochę na lewo, a ja w dłoniach trzymam zabawkę, którą mogę pociąć, zgnieść i zmiażdżyć, i nic się nie stanie! Zapomnisz o mnie, a ja to serce wyrzucę, bo mam ochotę na nową zabawkę!". Gdzie się podziali stali ludzie, którzy znają wartość człowieka i wiedzą, jak się z nim obchodzić? Gdzie podziali się...

– Cześć Leon, co ty dzisiaj taki nieobecny? – mrugam kilka razy i dostrzegam Anielę, z którą pracuję już od roku. Na chwilę znikają wszystkie myśli i widzę tylko te szaro-zielone oczy, półdługie brązowe włosy i szeroki uśmiech kwitnący na okrągłej twarzy. Taki uśmiech potrafi dodać skrzydeł nawet człowiekowi bez serca. Próbuję się uśmiechnąć. Nie wiem, jak mi to wychodzi, ale wnioskując po jej reakcji, nie za dobrze. Kładzie mi rękę na ramieniu, a gdy orientuje się, że za długo ją tam trzyma, strzepuje nieistniejący paproszek. Na moim garniturze nie ma na pewno żadnego brudu, za to jest ogromny w miejscu, w którym była owa zabawka. Uśmiech drugiego człowieka sprawia, że nagle ten brud znika. Choć na chwilę.
– Dowiedziałem się, że na innych planetach czas płynie inaczej. To takie fascynujące, że gdzieś tam doba może trwać 36 godzin! Tyle, ile by mi się przydało, by zdążyć żyć. 
Ten dźwięk obijał mi się w głowie cały dzień i całą noc. Aniela, zamiast spojrzeć na mnie jak na szaleńca, najzwyczajniej w świecie wybuchła śmiechem! Boże, daj mi się śmiać tak szczerze i beztrosko. Choć raz. Choć przez chwilę. Daj mi siłę wydobyć z siebie śmiech!
– Myślę, że do życia są potrzebni odpowiedni ludzie i umiejętność zorganizowania czasu, nie dłuższa doba. Chociaż... Gdyby dłuższy dzień oznaczał więcej czasu dla innych ludzi, nie dla pracy, to byłabym oczywiście za. 
– Umówisz się ze mną na kawę? – co? Na kawę? Ale wypaliłem! 
Leon, jesteś idiotą. Jesteś totalnym idiotą. Jesteś totalnym, naiwnym idiotą. Jesteś totalnym, naiwnym, wystawiającym się wciąż na zranienia idiotą! Naprawdę chcesz zobaczyć, jak osoba, która wniosła do twojego zjebanego dnia odrobinę śmiechu, zamienia się w obojętną na twój ból jednostkę i kiedyś, po latach znajomości, odchodzi w zapomnienie, przestaje istnieć i zostawia ci dziurę zamiast serca? Leon, czy ciebie pojebało? Czy ty nie widzisz, co się dzieje w twoim życiu, gdy tylko coś zaczyna się od kawy?
Och, daj spokój. Raz kozie... 
Nie! Boże, nie. Przecież to idiotyczne wciąż narażać się na powtórkę tego, co było. 
Ale potrzebuję przecież do życia innych ludzi. Potrzebuję chociaż złudzenia, że komuś na mnie... 
Leon, nie bądź idiotą. Dasz sobie radę. 
Ale jestem idiotą i nie potrafię nic z tym zrobić, nic na to nie poradzę. 
Leon, jesteś zraniony. Ludzie zranieni ranią innych swoim bólem, nie narażaj jej na to. 
Och zamknij się już, nawet ludzie zranieni mają piękną duszę i potrafią czynić rzeczy, które zdrowym się nie śniły. Skończ już tę głupią dysku...
– Chętnie pójdę z Tobą na kawę, Leon – i znowu ten uśmiech. Ale nie taki, jak u tej kobiety na dole. Ten uśmiech rośnie jak kwiaty na wiosnę, ten uśmiech kwitnie i promienieje w jej oczach. Ten uśmiech wpełza głęboko we mnie i gilgocze moją obolałą duszę. Ten uśmiech...
– Zebranie za pięć minut! Zapraszamy wszystkich do sali konferencyjnej.

***

Poszedłem do kościoła. Jak byłem młodszy, tato powtarzał mi zawsze, że Bóg jest odpowiedzią. Zadaj pytanie, które cię trapi. Bóg jest odpowiedzią. Mówił mi tak często, gdy dorastałem i nagle poczułem, że mam problemy innej wagi, niż wybór między białymi czy czarnymi skarpetkami. Poszedłem do kościoła, a tam ksiądz mówił o Mojżeszu i niespalającym się krzewie. Uderza mnie zdanie JESTEM, KTÓRY JESTEM. JESTEM dudni mi w głowie przez resztę mszy, na kazaniu słucham jednym uchem, bo wciąż mam w głowie to... Czy ja jestem? Od kilku tygodni mam wrażenie, że byłem, ale nie jestem. Rozważam wciąż, dlaczego to wszystko się stało, dlaczego tak zostałem potraktowany, co mogłem zrobić, by tego uniknąć. Myślę wciąż, co zrobiłem źle, że tylu się ode mnie odwróciło. Myślę wciąż, jaki byłem, że to się stało, albo jaki muszę być, by nigdy więcej tak nie bolało. Myślę wciąż, co zrobię jutro, by nie zraniła mnie kolejna osoba. Myślę wciąż, co zrobię za miesiąc, by już nikt nie zmiażdżył mojego serca. Ale nie ma mnie tutaj, gdzie jestem. A powinienem być tu i teraz. Boże, daj mi być, bo zgubiłem się w przeszłości i przyszłości... Oj Leon, ty to zawsze mądry po fakcie.
Jednak wychodzi na to, że doświadczenia przeszłości znacząco wpływają na to, jaki jestem. Może pora spróbować pomóc się ranom zabliźnić i uczynić z nich swój atut? Może pora pokazać wszystkim, że nawet brzydkie serce może być piękne? Że nawet obolała dusza może dawać innej szczęście i zrozumienie? Może pora... Zacząć żyć. 

Tak! Tak, idę w świat lepiej rozumiejąc człowieka! Tak, tak! Idę w świat czynić dobro, bo mnie czyniono zło. Idę w świat pełen zrozumienia i empatii, bo ja tego nie otrzymałem. Idę walczyć o człowieka, o którego nikt nie chciał zawalczyć. O siebie. Gdy wygram walkę o siebie, będę jak lew walczył o innych. I nigdy nie pozwolę im przeze mnie płakać.

***

– Bordowy sweter czy koszula? – stoję przed lustrem i nawijam sam do siebie na głos. – Cholera, tak dawno nie byłem na randce, że nawet nie wiem, jak się ubrać. Długie i monotonne związki chyba niszczą ubraniową intuicję... – zaśmiałem się do odbicia. Zaśmiałem. Się. Boże! Wyjrzałem za okno, wciągnąłem na siebie sweter i wyszedłem po Anielę. Nie mogłem się doczekać jej śmiechu...





Źródło inspiracji, vlog o. Adama Szustaka, którego słucham od kilku dni

czwartek, 12 stycznia 2017

Serce z popiołu

Na trzecią część serii stworzonej przez Kathrin Lange czekałam długo i – muszę przyznać otwarcie – z niecierpliwością. Po lekturze dwóch poprzednich nie stwierdziłam, że jest to coś na tyle dobrego, by mogło uchodzić za coś więcej, niż czytadło, jednak (jak na literaturę młodzieżową) wydawało się dość ambitne i wyjątkowe. W poprzednich częściach autorka wprowadziła ciekawe tajemnice i fabułę, chociaż od początku miałam zastrzeżenia do uczucia łączącego głównych bohaterów. A teraz... Teraz zrobiło się dziwnie. Inaczej, niż wcześniej. Serce z popiołu po prostu spaliło w moich oczach wszystko, co do tej pory uważałam za atut serii.



Tytuł: Serce z popiołu
Autor: Kathrin Lange
Wydawnictwo: Muza



Nie da się przybliżyć fabuły na tyle delikatnie, by nie zaspoilerować Serca ze szkła i Serca w kawałkach, dlatego o Sercu z popiołu powiem raczej krótko. Trzecia część rozwiązuje wiele problemów i daje odpowiedzi na pytania, jakie czytelnicy zadawali sobie podczas wcześniejszej lektury. Dowiadujemy się, jakie są przyczyny problemów psychicznych Dawida. Rozumiemy, przynajmniej częściowo, powody takiego a nie innego zachowania ojca w stosunku do syna. Zostają nam przybliżone motywy mieszkańców wyspy, ich przeszłość i przede wszystkim rozwiązanie tajemniczej klątwy. Może z grubsza brzmi to ciekawie... Ale wszystko jest spalone, gdy w grę wchodzi banalna miłość nastolatków.

Może jestem za stara na takie książki? Nie wiem. Wiem, że nie sądziłam, że autorka rzeczywiście sięgnie do tak przewidywalnego i sztampowego zakończenia całej (umówmy się, że mam na myśli części poprzednie) historii i tajemnicy jako takiej. Dobrze, motywy ojca Dawida i ich wspólna przeszłość były dość ciekawe i zaskakujące, jednak główny problem wyjaśniono czytelnikom tak beznadziejnie, że przyćmiło to resztę plusów. Przynajmniej w moim odczuciu. Po skończeniu książki, powiedziałam od razu "to było takie słabe, przecież taka miłość nie istnieje". Chyba że czytałam ją w złym momencie życia, to możecie mnie poprawić...

Poprzednie dwie części przeczytałam jednym tchem. Każda zajęła mi dzień czy dwa. Serce z popiołu z kolei ciągnęło się w nieskończoność, nie mogłam się wczuć w opowieść, wszystko było takie... przepraszam, innego słowa znaleźć nie mogę – naciągane. Chyba wolałabym, żeby seria Serca skończyła się na tej drugiej części i bym mogła sama dopisać sobie zakończenie, bo na pewno byłoby ciekawsze i kreatywniejsze. Z tego samego powodu nie mogłam się zabrać za napisanie recenzji. Po prostu nie mam nic do powiedzenia na temat tej książki. Po prostu jestem zawiedziona. Po prostu czekałam tyle czasu na... nic. Nudę i sztampę. Po prostu to sprawia, że nawet w tej chwili wiem, że nie napiszę prawdziwej recenzji czy opinii, bo nie potrafię wykrzesać z siebie jakichkolwiek przemyśleń po lekturze trzeciej (i na szczęście ostatniej) części serii. 

Polecam czy nie polecam? Nie wiem (cóż za błyskotliwość). Warto przeczytać, jeśli chce się znać odpowiedzi na wszystkie pytania. Niby warto je znać, jednak uważam, że każdy z nas dopisałby tej historii lepsze zakończenie i ciekawiej odpowiedział na trapiące nas pytania. Plusem jest, że mogę podsumować serię w całości. Są to książki dla odmóżdżenia. Nie wprowadzają nic do życia, jedynie odprężają i fascynują. Do czasu. Nie są ani dobre, ani złe. Ani wyjątkowe, ani ciekawe. Niby coś w nich jest, ale nie do końca. Podsumować mogę to tak: da się czytać. 


 Za egzemplarz dziękuję Business & Culture

piątek, 30 grudnia 2016

SOS! Psychologiczna apteczka

Przełom starego i nowego roku to bardzo symboliczny czas. Każdy spisuje jakieś postanowienia noworoczne, stawia przed sobą cele na nadchodzący rok czy po prostu próbuje się zmotywować do uczynienia swojego życia lepszym. Pójdę na siłownię, zacznę ćwiczyć, biegać, zdrowo się odżywiać, zapiszę się na kurs tańca, rysunku, przeczytam 52 książki, pogodzę się z przyjacielem sprzed lat, zmienię fryzurę, garderobę, faceta (kobietę)... Nie ma w tym nic złego; zmiany są dobre, pozwalają ruszyć z miejsca i przestać "się cofać". Ale często zapominamy pomyśleć o swojej psychice. Zapominamy, że niektóre rany tworzą się i rozdrapują codziennie, bo... takie jest życie. Nie dość, że nieopatrzone w porę mogą się zakazić, to jeszcze będą hamowały nas w dążeniu do "doskonałości". Skoro nowy rok to czas zmian, zmieńmy swoje nastawienie do higieny psychicznej :). A w tym pomoże nam książka dr. Guy Wincha Emocjonalne SOS. Jak uleczyć negatywne emocje wydana niedawno przez wydawnictwo Muza.

Tytuł: Emocjonalne SOS. Jak uleczyć negatywne emocje
Autor: Dr Guy Winch
Wydawnictwo: Muza


Kiedy ktoś pyta nas "gdzie jest apteczka?", automatycznie odpowiadamy "w szafce pod umywalką!", "w dolnej szufladzie!", "nad lodówką!"... A kiedy wpada do nas zapłakana i roztrzęsiona przyjaciółka, i pyta "masz jakąś pierwszą pomoc na rany psychiczne?", często nie wiemy, co odpowiedzieć. A powinniśmy wtedy krzyknąć "jest na regale w pokoju na drugiej półce!". We wprowadzeniu do Emocjonalnego SOS... autor porównał tę książkę do podstawowej apteczki, którą każdy ma w domu, żeby móc udzielić pierwszej pomocy w razie drobnego wypadku. Daje nam konkretne plastry, bandaże, płyny, byśmy mogli "opatrzyć urazy psychiczne", jakich doznajemy w życiu codziennym. A to nie wszystko! Dr Guy Winch nie mówi ogólnikowo, a w osobnych rozdziałach opisuje aż siedem typowych urazów psychicznych: odrzucenie, samotność, stratę i traumę, poczucie winy, rozpamiętywanie, porażkę oraz niskie poczucie własnej wartości. Jako praktykujący psycholog bazuje na najnowszych badaniach naukowych i do każdego podaje konkretny przykład obrazujący ze swojego doświadczenia zawodowego, szczegółowo opisuje, czym jest, jakie psychiczne rany może zadać i... jak te rany leczyć


Dr Winch wspomina, że do niedawna stosowało się zasadę, że pacjent sam musi dojść do rozwiązania swojego problemu. Ale – jak to ze zdrowiem bywa – nie zawsze z katarkiem, kaszelkiem czy bólem głowy pędzimy do lekarza. Po prostu bierzemy tabletkę czy syropek z domowej apteczki. I taką "tabletką" czy "syropkiem" jest książka Emocjonalne SOS... Po szczegółowym omówieniu urazu dostajemy wytyczne do kilku kuracji. Często są to ćwiczenia pisemne, wymagające myślenia i... pięciu minut. A czasami to po prostu wskazówki, co robić, jak zmienić myślenie czy nastawienie. Ale! Ćwiczenia w ramach kuracji nie są ani trochę nudne. Niektóre mogą być jedynie trudne, jeśli rana jest świeża. Jednak autor zaznacza, w jakich sytuacjach dany lek stosować, a w jakich się wstrzymać i poczekać na odpowiedni moment. Ja radzę go "słuchać" i rzeczywiście nie stosować danej kuracji, jeśli jest za wcześnie. Myślenie "e tam, jestem silna/y, nic mi nie będzie, to nie może być trudne..." może okazać się zgubne i obciążyć nas niepotrzebnymi na tym konkretnym etapie myślami czy wnioskami. 


Starałam się tę książkę poznać jak najlepiej (a także pokazywać wam to na Facebook'u i Instagramie) i zrobić każde ćwiczenie, przeczytać nawet te rozdziały, które sprawiały mi trudność. I, muszę przyznać, nie tylko mnie zainteresowały i zmusiły do innego myślenia, niż na co dzień, ale także pomogły się uporać z niektórymi problemami... Może nie do końca, bo na to potrzeba czasu, ale czuję ogromną poprawę zdrowia psychicznego, odkąd zaczęłam robić to dobrze. Dlatego – muszę się powtórzyć – słuchajcie Dr. Wincha, gdy mówi, żeby dane ćwiczenie zostawić "na później", jeśli jesteście na tym i tym etapie leczenia. Obchodźcie się z tą apteczką dobrze, a jest szansa, że poczujecie poprawę. Kolejną wskazówką, jaką dostajemy, jest opis sytuacji, w której podstawowe leczenie może nie wystarczyć i trzeba wybrać się do specjalisty. Każdy rozdział kończy się taką poradą, dzięki czemu łatwiej się zorientować, jak bardzo "zakażona" jest rana.

Czy Emocjonalne SOS. Jak uleczyć negatywne emocje jest potrzebne, jeśli nie odczuwam opisanych w niej problemów?

Moim zdaniem tak, bo nigdy nie wiadomo, kiedy w życiu codziennym doznamy jakichś urazów. Możemy się nie kaleczyć czy nie parzyć, a jednak środki pierwszej pomocy na wszelki wypadek posiadamy. Tak samo jest z tego typu apteczką. Przyda się ona nie tylko nam, ale też naszym bliskim, przyjaciołom, którzy wpadną do nas po radę. Od ludzi nie uciekniemy, a żyjemy wśród nich cały czas, więc dobrze wiedzieć, jak ich wspierać i jak "udzielić im pierwszej pomocy". Książki nie trzeba też czytać jednym haustem, bo poszczególne rozdziały dotyczą innego urazu, więc nie łączą się ze sobą. Nie trzeba też czytać ich po kolei. Kolejnym ułatwieniem – i na pewno dużym plusem – jest język, jakim książka jest napisana. Nie dostajemy tutaj medycznego jazgotu, nie jesteśmy atakowani ze wszystkich stron naukowymi określeniami i opisami, a czytamy po prostu o zwykłych ludziach, ich problemach. Czytamy o sobie, o naszych emocjach.

Emocjonalne SOS... jest o tyle dobre, że jeśli nie ma akurat wyleczyć, to na pewno pomoże wzmocnić psychiczną odporność i uwolnić się od urazów i zahamowań uniemożliwiających rozwój osobisty. A kto stoi w miejscu, ten się cofa! Więc jest to obowiązkowa pozycja dla każdego, kto ma jakieś postanowienia noworoczne. Nawet mężczyźni, którzy mogą być nastawieni trochę "anty" ze względu na bardzo cukierkową okładkę – zamknijcie oczy i nie patrzcie na te kolory, które mnie osobiście uspokajają i zachęcają do lektury... Ale każdy jest inny, więc wspominam prewencyjnie ;).


 Za egzemplarz dziękuję Business & Culture

wtorek, 27 grudnia 2016

Pomroki – udowodnij, że żyłeś...

Borszewicz był obecny w moim życiu już od jakiegoś czasu, towarzyszył mi w przełomowych momentach i za każdym razem fascynował... Fascynuje do dziś. Pomroki również wiedziały, kiedy trafić w moje ręce, a gdy zaczęłam czytać, po prostu się rozpłynęłam. Musiałam mieć tę książkę zawsze przy sobie, zawsze w torebce, zawsze na widoku. Nawet jeśli w danej chwili jej nie czytałam. Dlaczego, pomyślicie, tak mnie zachwyciła, skoro nie czytałam jej "na raz"? Otóż, gdy tylko pochłonęłam kilka pierwszych stron, zrozumiałam, że to będzie kolejna książka mojego życia. Zrozumiałam, że wywróci mój świat do góry nogami tak, jak zrobiły to Mroki. Zrozumiałam, że chcę czytać ją w nieskończoność, chcę się nią delektować i nigdy nie kończyć. I miałam rację...



Tytuł: Pomroki
Autor: Jarosław Borszewicz
Wydawnictwo: Iskry



Mroki cechuje ciężka i przytłaczająca atmosfera ze względu na obecność Wiktora, który, całe szczęście, potrafił tę atmosferę rozładowywać. Prawdą jest, że Mroki traktują raczej o śmierci, a Pomroki... o życiu, wierze i miłości (coś czuję, że to nie będzie zwykła recenzja, a zaraz zacznę się rozpływać). Borszewicza polecałam na dużej grupie książkoholików i jedna dziewczyna  – pozdrawiam Karolinę z tego miejsca – została trafiona tak, jak ja. Miałam przyjemność rozmawiać z nią w świąteczną noc o Pomrokach, rozważałyśmy znaczenie niektórych fragmentów, interpretowałyśmy stwierdzenia, zastanawiałyśmy się co się stało z...?... No właśnie, bardzo spodobało mi się jedno jej stwierdzenie: na Sipińską! Co się tutaj odborszewiło?! A znane miłośnikom książek zdanie Kura ma pióra! przejdzie chyba do użytku codziennego... Ale wracając do tematu, Jarosław Borszewicz w Pomrokach opisuje życie takim, jakie jest. Nie słodzi, nie stawia miłości w centralnym punkcie, nie wyolbrzymia fascynacji i obawy przed śmiercią, poszukuje odpowiedzi na pytania o istnienie Boga i raju, daje do myślenia każdą stroną, każdą linijką, wersem, zdaniem...

(...)
I zapamiętaj, proszę,
że miłość nie jest dworcową poczekalnią,
do której o każdej porze dnia i nocy
można wejść albo z niej wyjść.
(...)
Pytasz, czy możemy spróbować jeszcze raz?
Nie możemy, bo nie da się wrócić do czegoś,
czego już nie ma.
(...)
Ale powiem ci na pociechę,
że najdłużej pamięta się to,
co się nigdy nie zdarzyło...
I dlatego tę miłość zapamiętamy
aż do pocałunku śmierci!

Jaki Bóg – tacy ludzie...

Wszędzie źle, 
ale w życiu najgorzej...

Dobrze, pora jednak zacząć od początku. Podmiot, którym nadal jest Duet Zezowaty, trafia przed bramy nieba, gdzie okazuje się, że nie ma go na liście! Ale jak to? No to Piotr mu na to: udowodnij, że żyłeś. Oj, on zaraz udowodni... Oczywiście trzeba zacząć poruszającym wierszem od pierwszej miłości, bo nie ma innego dowodu na życie, jak doświadczenie takiego uczucia. Pomroki nie mają konkretnej fabuły, są raczej zbiorem fragmentów, układających się w jedną spójną całość. Całość, z której wyłania się życie. Poszczególne fragmenty i cudowna całość, czytane w skupieniu i – tak sądzę – odpowiednim momencie życia, przynoszą wstrząsający efekt. Jaki? Wszystko się zmienia... Przepraszam, nie powinnam uogólniać, bo przecież każdy może tę książkę odebrać inaczej... Więc jeszcze raz... W moim przypadku przyniosło wstrząsający efekt! Wszystko się zmieniło. Zmieniło się moje postrzeganie świata, spojrzenie na ludzi, na okazje, na szanse obecne i stracone, nawet na miłość. Jakby ktoś wziął taką korbkę w głowie przekręcił i zaczął nią przemeblowywać cały umysł. Może to dlatego, że czytałam te "spójne fragmenty" dawkami? A może dlatego, że akurat teraz potrzebowałam Dueta... Potrzebowałam Borszewicza? Przyczyny mogą być różne, ale w tym przypadku liczy się skutek. Dlaczego?


Trudno mi określić, co jest w stylu pisania Borszewicza takiego, co sprawiło, że się w nim zakochałam. Trudno mi określić, co mnie tak ciągnie do Mroków, że czytam je już dziesiąty raz (może w końcu po tym przeczytaniu również o nich napiszę krótką opinię, bo na razie tylko się zachwycam). Wiem też, że Pomroki będę czytać równie często. Bo te dwie książki tworzą jedną kompletną historię. Nie mogę sobie wyobrazić, że miałabym czytać Pomroki bez znajomości Mroków – i tutaj jest odpowiedź na pytanie zadawane mi przez wiele osób: Czy można czytać Pomroki bez znajomości poprzedniej i czy kolejność ma znaczenie? Nie można, bo kolejność ma znaczenie. Jeśli nie będziecie znali Wiktora z Mroków, nie zrozumiecie Dueta z Pomroków. Jeśli nie poznacie relacji podmiotu z innymi bohaterami, nie zrozumiecie niektórych smaczków. Tak więc, najpierw Mroki, później koniecznie! Pomroki.


Wiem, że jednym z powodów mojej miłości do twórczości Borszewicza jest umiejętność pisania o miłości. Ale nie takiego pisania, jak w tych popularnych romansach i obyczajówkach (do których nic nie mam, a wiecie, że nawet je lubię). Boże, jak on pisze o tej miłości! Przecież on potrafi się rozpisać na kilka stron, tak pięknie, tak obrazowo, tak niecodziennie, a zarazem tak normalnie, realnie i oczywiście. Przykładowo: Duet opisuje, jak Marysia obiera ziemniaki. Ziemniaki? – można pomyśleć – na pewno bym to przekartkował/a. A ja... Kurde, czytałam ten fragment dwa razy i w końcu doszłam do tego, o co mu chodzi... Właśnie, wychodzi na jaw, że mam nieposkładane myśli. Marysia w Pomrokach jest nową postacią. Duet poznaje ją, gdy musi przeprowadzić wywiad do gazety, jednak postanawia dziewczynę zbyć. Marysia trafia do szpitala, a Duet... Cóż, postanawia się nią zaopiekować. I tak się opiekuje Marysieńką i powiem wam, że bardzo ją polubiłam. Czasami mnie irytowała, ale znów interpretuję jej osobę jako element życia. Dość potrzebny element. 


Kto czytał Mroki, zauważy różnicę i tajemnicę... W Pomrokach Duet dostaje listy OD Nieobecnej. Są one świetnym urozmaiceniem historyjek, nie dość, że wzruszające i zastanawiające, to jeszcze ładnie graficznie wyróżnione. Aż chce się czytać po kilka razy (może dlatego te zaledwie 280 stron mogłam sobie wydłużać o kolejne dni?). Tak naprawdę, Pomroki to kopalnia mądrości. Co chwilę brałam do ręki ołówek i zaznaczałam cytaty, ciekawe sytuacje, notowałam przemyślenia. Jednak, jak już wyżej wspomniałam, nie jest to książka dla każdego i nie można jej czytać w dowolnym momencie życia. Każdy wyciągnie z niej na pewno coś innego, inaczej ją zinterpretuje, na każdego inaczej wpłynie. Wiem jednak, że warto. Warto przeczytać. Nie raz i nie dwa. Jedyny problem, to... Niedosyt. Czytałam ostatnie linijki i czułam niedosyt! Czułam się niekompletna i od razu zaczęłam bardziej żałować, że Borszewicza z nami nie ma, bo on powinien napisać dalej! Ale może to dobrze... Może teraz czas, by czytelnicy pisali własną książkę?


środa, 7 grudnia 2016

Gdzie się kończy i zaczyna Człowiek?

źr.
Żyje sobie Człowiek spokojnie w swojej teraźniejszości, pewien otaczających go ludzi, pewien swoich uczuć, przyszłości, pewien wartości drugiego człowieka, jego intencji, siły, charakteru... Żyje tak sobie Człowiek i uśmiecha się każdego dnia, każdego dnia wstaje prawą nogą i cieszy się na kolejny dzień, który zbliża do czegoś. Czegokolwiek. Żyje tak sobie Człowiek połączony uczuciem z innym człowiekiem, który wydawał się... Człowiekiem przez duże C być również. Aż tu nagle życie wszystko weryfikuje, człowiek okazuje się nie być Człowiekiem, jego charakter okazuje się zupełnie inny, cała jego osoba staje na nogi, bo do tej pory kiwała się na głowie. I przychodzi w życiu Człowieka dzień na zadanie pytania "z kim ja byłem związany tyle lat?". I odpowiedzi nie przychodzą tydzień za tygodniem, weekend za weekendem, zamiast żyć tu i teraz, żyje przeszłością. Analizuje różne sytuacje, zachowania, gesty, słowa... I dochodzi do wniosku, że czarno na białym dostawał ostrzeżenia od losu już dłuższy czas. I czuje się Człowiek idiotą, bo nie widział tych znaków, ignorował te słowa, ignorował każdy moment, każdą okazję do ocalenia C. Aż w końcu wychodzi Człowiek ze swej skorupy choć na chwilę, na moment wpuszcza trochę światła i przekonuje się, że otaczają go tylko ludzie. Żadnego Człowieka...



Niech ktoś mi powie
gdzie się kończy
i gdzie zaczyna człowiek?


Zadałam już raz takie pytanie i spodziewałam się w sumie odpowiedzi, którą dostałam:

Nawet patrząc na ten obrazek praktycznie, nie mogę się zgodzić. Jest zupełnie na odwrót. To głowa jest początkiem. Głowę chronimy zawsze w przypadku poczucia zagrożenia, pierwszy kontakt z człowiekiem to spojrzenie na jego twarz, nawet rodzi się człowiek "od głowy". Tu się wszystko zaczyna: każda myśl, ruch, słowo, potrzeba... Bez nóg natomiast można przecież żyć. 

Ale człowiek nie jest tylko ciałem, i w tym tkwi problem. Każdy człowiek szuka Człowieka, nikt nie chce być ani sam, ani samotny. Jak mówi dr Guy Winch w książce Emocjonalne SOS. Jak uleczyć negatywne emocje, nie liczba bliskich, przyjaciół i znajomych decyduje o tym, czy człowiek jest samotny, a pewnego rodzaju "jakość" relacji. Każdy potrzebuje czegoś innego, każdy inaczej to pojęcie rozumie. Człowiek ma wsparcie, Człowiek ma do kogo się odezwać, z kim wyjść, pobawić się, porozmyślać... Ale nie ma Człowieka, dla którego poleciałby w kosmos po worek gwiazd i księżycowy pył, bo ten po latach okazał się tylko... c. I tak to wygląda, że w kółko zaczyna wątpić w Człowieka, w koło widzi tylko ludzi, na których się otwiera wciąż i wciąż, ale nie ma ochoty porzucać skorupy, nikomu na jej porzuceniu nie zależy. 

Tak więc gdzie zaczyna się Człowiek? To jest chyba najtrudniejsze pytanie, jakie zadałam w ciągu ostatnich kilku... miesięcy? Myślę, myślę, myślę i nadal nic nie wymyśliłam. Możliwe, że zaczyna się od myśli na temat swoich potrzeb, nie tylko tych podstawowych – fizjologicznych, ale też duchowych (przyjmijmy, że nie tylko osoby wierzące mają potrzeby duchowe) i emocjonalnych. Człowiek zaczyna się, gdy jest potrzebny, gdy czuje sens myślenia o wstawaniu tą prawą nogą i kierowania swoimi poczynaniami tak, by doznać szczęścia. Tutaj pojawia się kolejna składowa, Człowiek już się zaczął, ale pragnie szczęścia i w sumie ze szczęścia się składa. Problemem jest, że szczęście szczęściu nie równe i to, co sprawia je innej osobie, temu właśnie Człowiekowi nie wystarczy. Bo Człowiek ma dziwną manierę "dawania siebie" i nie chce dawać siebie sobie, bo to bez sensu (chociaż są tacy, którzy widzą w tym sens i spełniają się poprzez uszczęśliwianie samego siebie), a innym ludziom. Innemu Człowiekowi. I doszłam do wniosku, że już się pogubiłam, bo wychodzi na to, że do bycia Człowiekiem jest potrzebne szczęście, więc czy bez tego jest się niekompletnym?

Trochę bardziej pewna jestem odpowiedzi na pytanie gdzie się kończy Człowiek? Człowiek kończy się, gdy odchodzi. Zaś ten, który zostaje, musi walczyć o bycie Człowiekiem, zmagać się z myślami, chaosem, bałaganem, nieporządkiem, błotem... Znów idę w kierunku myśli. Człowiek kończy się na myśli. Gdy już ma poczucie beznadziei, poczucie braku jakiegokolwiek sensu, jakiejkolwiek przyszłości, gdy już pyta w głowie "daleko jeszcze?". Może sądzę więc, że człowiek zaczyna i kończy się na myśli. Brawo, co za odpowiedź... Ale oczywiście mnie nie satysfakcjonuje w ogóle, bo nadal nie wiem, co jest między myślą i myślą, i co pomiędzy czyni człowieka Człowiekiem.

Skorupa kusi, ale uwiera. Człowiek rozgląda się w koło. Widzi wszystkich, którzy są, a dostrzega tych, których nie ma. Wciąż idzie przed siebie, jak dziecko we mgle szuka tego, czego nie ma. Czego mu brakuje. Szuka, ale nie wie, czy chce to znaleźć, bo człowiek lubi odchodzić, gdy staje się Człowiekiem. I tak idzie w tej skorupie, wątpiąc w jego istnienie, nie wie już sam, kim i czym jest. Wie jednak, że musi zacząć się od nowa. Stawia przed sobą pytanie "co zrobić ze swoim życiem?" i szuka odpowiedzi, bo musi zacząć od nowa i uwolnić się z tej skorupy. Podobne to trochę do okręgu. Człowiek w kółko zaczyna się i kończy, zaczyna się na myśli, kończy na myśli. Wciąż jednak pozostaje pytanie: co musi być pomiędzy?

niedziela, 27 listopada 2016

Nie jesteś sobą, gdy...

Kiedy książka tak cię interesuje, że nie możesz się doczekać, aż będziesz mógł po nią sięgnąć. Kiedy książka zbiera tyle pochwał, że aż trudno zliczyć. Kiedy filmowa adaptacja jest tak wspaniała, że nie możesz sobie pozwolić na przejście obojętnie obok książki, pojawia się... Właśnie, co?



Tytuł: Nie jesteś sobą
Autor: Michelle Wildgen
Wydawnictwo: Marginesy



Nie jesteś sobą przedstawia losy dwóch kobiet, które niespodziewanie zaczęły się ze sobą przeplatać. Bec jest studentką, która szuka swojej życiowej drogi i nie jest pewna, co powinna zrobić. Zagubiona pląta się w romans z żonatym mężczyzną, wykładowcą na jej uczelni. Podejmuje się swego rodzaju wyzwania i postanawia zatrudnić się jako opiekunka starszej od siebie Kate, którą choroba pozbawiła bogatego życia, możliwości spełniania się w swoich pasjach, prowadzenia domu, a także wykonywania prostych czynności, takich jak prysznic czy jedzenie. Może się malować nam przed oczami obraz kobiety starej i bezradnej, a jednak Kate ma niewiele ponad 35 lat, dba o swój wygląd, codzienny ubiór i makijaż. Oczywiście nie może zrobić tego sama, dlatego Bec uczy się od jej męża wszystkich czynności, które będzie wykonywać jako opiekunka. Młodej studentce nie brak wątpliwości, ale mimo wszystko się stara. Wszystkie jej starania i stopniowe otwieranie się Kate sprawiają, że kobiety zbliżają się do siebie, rodzi się między nimi wspaniała przyjaźń. Wspaniała, ale trudna. Stwardnienie zanikowe boczne nie tylko zmieniło życie Kate, ale także jest chorobą śmiertelną, więc obie zdają sobie sprawę z nieuniknionej przyszłości... Dzięki tej pracy Bec nie tylko się zmienia, ale wiele rzeczy sobie uświadamia. Niezaprzeczalnie ważnym wątkiem jest miłość Kate i Evana, a uczucie, jakie jest między nimi, uderza nas już od pierwszych stron.

Nie jesteś sobą nie jest książką łatwą i przyjemną, a także nie postawiłabym jej obok Zanim się pojawiłeś czy Gwiazd naszych wina, jak słyszałam w niektórych opiniach. Autorka znakomicie pokazuje sytuację, w jakiej znajdują się osoby chore i osoby z ich otoczenia. Trudno się do tak nagłej sytuacji przyzwyczaić, a wspólnie spędzany czas nie jest pozbawiony wątpliwości: jak tę osobę traktować, jak z nią rozmawiać, jak pocieszać. Relacja Kate i Bec na początku jest, najprościej mówiąc, dziwna. Intymność chwil i nieporadność, błędy popełniane przez młodą opiekunkę znakomicie zarysowują życie osoby chorej i jej otoczenia. Książka na początku nie jest bardzo emocjonalna, jesteśmy świadkami zwykłych wydarzeń, tyle że z życia innej osoby, niż większość ze spotkanych na ulicy. Momentami trudno było mi brnąć dalej, gdyż miałam wrażenie, że nic się nie dzieje, a akcja jest znikoma. Momentami miałam problem z przydługimi opisami i manierą głównej bohaterki i narratorki zarazem. Momentami miałam ochotę kartkować książkę, by zobaczyć, czy dalej będzie ciekawiej...

Pora odpowiedzieć na pytanie postawione na początku tekstu. Pojawia się rozczarowanie. Spodziewałam się książki, która poruszy każdy żywy element mojej emocjonalności, książki, która rozsypie mnie na kawałeczki. Fakt, historia jest piękna, ale więcej powiedzieć nie potrafię. Może dlatego, że nie udało mi się przywiązać do Kate. Może wiele by zmieniło, gdyby narratorem nie była Bec, a zwykły obserwator. Nie dość, że narracja z jej punktu widzenia bardzo ograniczyła możliwości tej książki i zbudowania dużo lepszej historii, to momentami denerwowała mnie ona jako kobieta. Jest to niezwykle irytujące, zwłaszcza patrząc na całość opowieści, bo temat podjęty przez autorkę wcale do łatwych nie należy. Nie dość, że jest wciąż smutno, to jeszcze momentami nudno. Nie jest to na pewno książka zła, ale jako wybitną też bym jej nie określiła. Jest po prostu... Inna. Wyjątkowa. Przełamuje pewne tematy, zmusza czytelnika do refleksji, zwłaszcza gdy Kate zostaje coraz mniej czasu. Myślę, że wielu autorów bałoby się poruszyć te sprawy, które poruszyła Michelle w swojej książce. Mam duży dylemat: polecić, nie polecić? Zdecydujcie sami. Moim zdaniem warto przeczytać Nie jesteś sobą, bo jest to książka wyjątkowa, nie schematyczna. Polecam, jeśli nie boicie się wyzwań.

link