piątek, 29 lipca 2016

Art&Soul

Czasami wystarczy jeden mały, z pozoru nic nieznaczący czyn, by cały świat wywrócił się do góry nogami, zmienił nie do poznania czy legł w gruzach. Nie mamy na to wpływu, to się po prostu dzieje. Jednak jak poradzić sobie ze zmianami tak trudnymi i poważnymi, że aż nieadekwatnymi do wieku? Jak poradzi sobie dziewczyna, której rodzina rozpada się na jej oczach przez jeden błąd nastolatki? Jak poradzi sobie chłopak, którego rodzice zmagają się z ciężkimi chorobami?

Tytuł:Art & Soul
Autor:Brittainy C. Cherry
Wydawnictwo: Filia


Aria ma szesnaście lat, jest niezwykle utalentowaną artystką, która żyje sztuką, ale także nastolatką niemal wykluczoną ze szkolnej społeczności. Ma jednego przyjaciela, Simona, który ma problemy z własną samooceną, a w szkole uchodzi za "dziwaka". Wszystko się zmienia, gdy Aria daje się ponieść chwili. Nagle wszyscy w szkole zaczynają zwracać na nią uwagę, nazywać ją zdzirą i puszczalską, ośmieszać i obrażać. Właśnie na tym etapie poznaje Leviego, przystojnego chłopaka, który zdobywa popularność ze względu na swój wygląd. Nikt jednak nie ma pojęcia, co się z nim dzieje, jaki jest w środku. Nikt nie ma pojęcia, że to on tak naprawdę jest "dziwakiem".
Levi uwielbia grę na skrzypcach. To pasja, która towarzyszy mu od lat, uspokaja go i pozwala myśleć oraz wyrażać siebie. Chłopak uważa, że bez muzyki życie byłoby... inne. Tę pasję pielęgnowała w nim chora mama, której stan przez długi czas się nie polepszał. Levi postanawia wyjechać i dać matce czas na rozwiązanie problemów. Zdecydował się zamieszkać u ojca, którego nie widział ponad jedenaście lat. Ten jednak cały czas trzyma syna na dystans, przez co Levi wciąż nie może poradzić sobie z zaistniałą sytuacją. Wszystko się zmienia, gdy na jaw wychodzi tajemnica jego ojca, przez wszystkich uważanego za dupka.
Między Levim a Arią z czasem rodzi się piękna przyjaźń, która pomaga im obojgu "jakoś" się trzymać. Są dla siebie wsparciem, potrafią ze sobą szczerze rozmawiać i wyrażać swoje uczucia. Levi jest jedyną osobą, która nie odczuwa niechęci do dziewczyny, gdy słyszy wszystkie plotki na jej temat oraz gdy dowiaduje się prawdy.
W posiadaniu przyjaciół jest coś wspaniałego. Nieustannie przypominają, że tak naprawdę nie jesteśmy sami.
Nie tego się spodziewałam. Nie myślałam, że tak mną to wstrząśnie. Nie sądziłam, że dostanę piękną i poruszającą powieść. Byłam w sumie nastawiona na zwykłą historię o miłości. Ale nie... To coś lepszego, o wiele lepszego. Art & Soul to książka, która idealnie opisuje współczesną młodzież: jej problemy i reakcje na odmienność. Narracja jest prowadzona z punktu widzenia dwóch osób: Leviego i Arii, poświęcone im rozdziały się przeplatają. Aria wypowiada się jak inteligentna, ale nadal nastoletnia artystka. Zna wielu malarzy, rozróżnia ich style i pasjonuje się ich życiem. W narracji Leviego z kolei można dostrzec, jaką chłopak ma osobowość, jakie targają nim dylematy i jak wielką miłością darzy muzykę. Oboje są artystami i kochają to, co robią. Oboje też stoją przed ważnymi wyborami, które mogą zmienić ich życie na zawsze. Postanawiają jednak żyć tu i teraz. Są różni, ale tak wiele ich łączy, że nie potrafiłabym wybrać, do kogo przywiązałam się bardziej.
– (...) Ludzkie serca są właśnie takie. – wziął talerz z wegańskimi ciasteczkami Daisy. – Są idealne, gdy patrzysz na nie z dystansu, ale kiedy się do nich zbliżysz... – Wziął ciastko i zaczął je kruszyć. – Lubią się łamać.
Gdy czytałam tę książkę, nie potrafiłam przestać o niej mówić i myśleć. Ba! Myślę o niej nadal. Opowiadałam wszystkim, jak bardzo jestem zaskoczona fabułą, nie dostałam bowiem – jak się spodziewałam – zwykłego romansu, ale przede wszystkim powieść o przyjaźni i wsparciu w trudnych momentach życia. Historia bohaterów pokazuje, jak wiele jest warta rodzina i czas z nią spędzony, jak kłótnie niszczą relacje i jak cierpią na tym najmłodsi członkowie. Mówiłam o tym wszystkim przyjaciółce, która uznała, że tak wiele problemów poruszonych w jednej książce musiało męczyć. Ale nie, nie męczyło. Może dlatego, że takie jest życie: czasami wszystko nagle spada na głowę. A może dlatego, że narracja w książce jest tak lekka, że czyni ją przyjemną. W dodatku oprócz problemów w życiu głównych bohaterów jest też dużo powodów do radości i szczęścia. Nieraz na mojej twarzy gościł uśmiech, który pozwalał odpocząć chwilę od pytań typu "co ja zrobiłabym w takiej sytuacji, jakbym się zachowała, co z dzieckiem?".
Niełatwo się wzruszam przy książkach. W historii musi być "to coś", co wywoła moje łzy. Musi być dobrze napisana, autor powinien dawkować mi emocje, nie rzucać nimi w twarz, a fabuła nie może być banalna. Nie lubię książek, w których "zakochani" całują się przed setną stroną (chyba że są to erotyki), nie poznając się wcześniej i tym samym nie dając mi siebie poznać. Art & Soul jest pozbawione tandety. Tak stopniowo ja przyzwyczajałam się do bohaterów, jak oni się poznawali. Autorka postawiła na budowanie zaufania i pokazanie, jak ważna jest przyjaźń – w związku i w życiu.
Jako rodzice dokonujemy wyborów. Podejmujemy trudne decyzje, których nie chcemy. Dajemy sobie radę z najtrudniejszymi rzeczami. Pozwalamy dzieciom się nienawidzić, jeśli ma to dla nich oznaczać lepsze życie. Poświęcamy się każdego dnia.
Art & Soul to piękna powieść o przyjaźni, chorobie, młodzieńczych błędach i miłości. Tę książkę po prostu trzeba przeczytać, najlepiej z paczką chusteczek i tabliczką czekolady. Mogę powiedzieć bez wyrzutów sumienia, że jest to najlepsza książka, jaką przeczytałam w tym roku, najbardziej poruszająca i prawdziwa, lekka i zapadająca w pamięć. Jednak wadą jest, że żadnymi słowami nie opiszę uczuć, jakie we mnie wywołała, gdyż żadne słowa (jakie znam) nie opiszą, jaka jest wspaniała. PRZECZYTAJCIE TĘ KSIĄŻKĘ!!!

Recenzja pisana dla 

Dzięki uprzejmości

piątek, 22 lipca 2016

To dopiero początek...

Mówią, że początki są trudne. Nowe trzeba poznać, przyzwyczaić się, "dotrzeć". Jednak na początku związku wszystko wydaje się proste i przyjemne, a motyle w brzuchu nie pozwalają myśleć inaczej. W relacji przeważa czułość, romantyczne gesty, wyznania, chwile namiętności i bliskości. Hudson i Alayna nie są razem długo, zaledwie kilka tygodni. Tych kilka tygodni Laurelin opisała w trzech tomach cyklu Uwikłani, a już w październiku ukaże się czwarty – Hudson. Czy wady, które wymieniałam w recenzji części drugiej, zostały dopracowane? W końcu: czy Hudson okazał się godny zaufania? 



Tytuł: Na zawsze
Cykl: Uwikłani
Autor:Laurelin Paige
Wydawnictwo: Kobiece


Alayna mieszka z Hudsonem już na stałe, każdy dzień rozpoczynają i kończą wspólnie chwilami pełnymi miłości i namiętności. Ona wciąż powtarza te dwa magiczne słowa, on... cóż, nawet przez gardło nie mogą mu przejść. Jednak Hudson odnajduje wiele innych sposobów na okazanie swojej kobiecie uczuć, jakie rozpierają go od środka – dosłownie i w przenośni. W związku wszystko układa się wspaniale, można powiedzieć, że sielankowo. Do czasu, aż wraca osoba z przeszłości, która już raz próbowała zrujnować życie tej dwójki. Jej cel jednak do końca zostaje owiany tajemnicą... Chociaż wiele wskazuje na to, że dla Hudsona wszystko jest jasne, Alayną targają wątpliwości i z każdym dniem popada w coraz większe szaleństwo. W miedzyczasie dostaje jednak awans, zawiera korzystne współprace, a prowadzenie klubu sprawia jej coraz większą przyjemność. Ale widocznie nic nie może trwać wiecznie, zwłaszcza coś, co jest tak idealne jak ten związek. Czas pokazuje, kto tak naprawdę jest przeciw, a kto popiera Hudsona i Alaynę całym sercem. Czas pokazuje również, że tytuł Na zawsze nie jest taki dosłowny...
Podziwiam twój optymizm, ale dawny ból ma to do siebie, że zawsze znajdzie sposób, aby od czasu do czasu o sobie przypomnieć, nawet gdy w życiu wszystko pięknie się układa.
Myślałam, że trzeci tom będzie najbanalniejszą częścią tej serii. Na co innego mógł wskazywać tytuł Na zawsze i okładka? Gorące i namiętne wieczory co dwie strony, jakieś przygody w życiu codziennym i jakoś by się to kręciło. Laurelin natomiast miała zupełnie inny pomysł i postanowiła czytelnika trochę zaskoczyć i się z nim pobawić. Zupełnie jakby mówiła: "Ha! Myślałeś, że to już? Za nisko mnie oceniłeś, oj za nisko...". Nie mogę już narzekać, że fabuła jest gorsza od scen erotycznych bądź odwrotnie. W końcu wszystko się zrównoważyło, nic nie było bardziej dopracowane kosztem innej części powieści. Przede wszystkim niektóre wydarzenia zostały przedstawione tak, by czytający zwątpił w intencje Hudsona i jego zmianę. Ta postać została rozwinięta na tyle, że można było ją w końcu w pełni zrozumieć i poznać z każdej strony. Na tym nam chyba najbardziej zależało, prawda? Alayna z kolei w drugiej części niesamowicie mnie denerwowała, teraz... trochę też, bo nadal we wszystkim doszukiwała się drugiego dna, jednak kolejne strony książki pokazują, że wcale nie bezpodstawnie. W końcu Laurelin wykreowała tę postać tak, że rzeczywiście można uwierzyć, że jest kobietą silną i stanowczą. Pozostałych bohaterów mogę ocenić dobrze. Tylko dobrze, bo nie pojawiali się za często. Najlepsza przyjaciółka Alayny została wprowadzona do fabuły dopiero gdzieś w połowie książki, matka Hudsona była wciąż matką Hudsona. Jedynie Mira wzbudziła we mnie jakąś sympatię. Oczywiście jest jeszcze jeden bardzo ważny element codzienności dwójki zakochanych, a intencje tego "elementu", przyznam, zaskoczyły mnie. Z jednej strony nie spodziewałam się takiego obrotu wydarzeń, z drugiej... Przemilczę to, musicie przekonać się sami. 
Przyczyną tego, że chcę z tobą żyć, jest to, że chcę z tobą żyć. Co jeszcze chcesz wiedzieć? Potrzebujesz słów? One mogą być łatwo zmienione, przetworzone i zrozumiane na opak. Ale moje czyny – one mówią za mnie. Mówią wszystko, co powinnaś wiedzieć.
Trzeci tom rzeczywiście wszystko wyjaśnia i doprowadza do finału. Jak to w erotykach bywa, trochę przewidywalnego, ale nie wyobrażam sobie tej historii z innym zakończeniem. To znaczy... może i sobie wyobrażam, ale to by się zdecydowanie nie przyjęło. Szczerze pisząc, przez wszystkie problemy i zawirowania w związku Alayny i Hudsona, wszystkie odkrywane po kolei tajemnice i niedomówienia sądziłam, że autorka mnie jednak zaskoczy. Zwątpiłam, a taki był chyba zamiar, więc za to przyznaję Uwikłanym. Na zawsze ogromny plus.
 
Kolejny należy się za to, że trzeci tom jest najlepszy ze wszystkich. W końcu nie mogłam oderwać się od czytania o zwykłych wydarzeń w zwykłym życiu, w końcu czekałam na bardzo dobrze opisane sceny łóżkowe... i biurkowe... i kąpielowe... i tapczanowe... No i w ogóle. W Pokusie spodobały mi się wydarzenia, w Obsesji spodobały mi się sceny miłosne, a Na zawsze połączyło wszystko tak, że jestem usatysfakcjonowana. Nie mogę oczywiście powiedzieć, że jest to "znakomita i ambitna powieść psychologiczna z nutką erotyki", bo tak nie jest. Ale zapewne mogę określić ją jako bardzo dobre i ciekawe czytadełko, skłaniające do przemyśleń na temat rodziny i miłości. Macie ochotę na chwilę relaksu? Chcecie się oderwać od rzeczywistości? A może szukacie inspiracji do wprowadzenia świeżości w waszym związku? Ta seria – a zwłaszcza część trzecia – jest dla was!

Recenzja pisana dla
Dzięki uprzejmości

piątek, 15 lipca 2016

Zawsze można zacząć od nowa

W recenzji książki Calder. Narodziny odwagi napisałam, że dopiero po przeczytaniu Eden. Nowy początek będzie można stwierdzić jednoznacznie, czy historia Caldera i Eden była ciekawa i warta pochwał. Po skończeniu pierwszego tomu zostaje ogromny niedosyt, aż chce się sięgnąć po kolejną część natychmiast. Może zaskoczyć was liczba stron... Ale nie myślcie, że taka cieniutka książka nie może być wystarczająco dobra. 



Tytuł: Eden. Nowy początek
Autor: Mia Sheridan
Wydawnictwo: Septem (Helion SA)



Eden. Nowy początek przedstawia dalsze losy bohaterów Calder. Narodziny odwagi, trzy lata po tragedii w Akadii. Fabuła jest równie wciągająca, jak w pierwszej części, jednak tutaj głównym wątkiem jest miłość Eden i Caldera, a w poprzedniej więcej uwagi autorka poświęciła sektom i manipulacjom. Trudno przybliżyć bieg wydarzeń, bo niemal wszystko w tej książce jest istotne, a nie chciałabym odbierać wam przyjemności odkrywania tajemnic... Bo właśnie taki jest drugi tom. Wiele spraw trapiących Eden zostaje wyjaśnionych, z kolei Calder dowiaduje się szczegółów na temat swojego pochodzenia i dzieciństwa. Hector zniknął, jednak nadal jest obecny w życiu młodych ludzi, którym wyrządził nieopisaną krzywdę. Media wciąż spekulują, pojawiają się nowi ludzie, którzy kiedyś mieli z Hectorem do czynienia, a dzięki nim Calder i Eden zaczynają rozumieć, co kierowało tym okrutnym człowiekiem. 

Mia Sheridan skupiła się głównie na opisaniu cierpienia po utracie miłości i bliskich, zarysowała też traumę Eden i depresję Caldera, chociaż moim zdaniem zrobiła to dość powierzchownie... A szkoda, bo tematy są – jak na mój gust – idealne na znakomitą i emocjonującą, a przede wszystkim wciągającą powieść. Nie znaczy to jednak, że książka nie wzbudza wystarczająco emocji, o nie... Mia potrafi doprowadzić czytelników do łez i do śmiechu, potrafi wywołać zawstydzenie i strach, a wszystko dzięki temu, że dyskretnie tworzy więź między bohaterami a czytelnikiem. 

Do postaci nie można mieć zastrzeżeń, starzy zachowali swój charakter i urok, dzięki czemu można było bez przeszkód wrócić do historii głównych bohaterów, nowi natomiast wnieśli odrobinę świeżości i tajemnic, a także opowiastek z dalekiej przeszłości czy nadziei na przyszłość. Wszystkie elementy powieści znakomicie się ze sobą komponują, a całość pasuje do poprzedniej części. Wiele się oczywiście zmieniło, zwłaszcza miejsce akcji, ale nawet to nie sprawiło, że autorka się pogubiła bądź zapomniała o charakterystycznych cechach postaci. Widać, że przygotowywała ich portret dokładnie, gdyż rzeczywiście czuć ich zagubienie, rzeczywiście można zrozumieć niezręczność sytuacji.

Eden. Nowy początek to książka lekka i przyjemna, ale poruszająca wrażliwe strefy ludzkiej emocjonalności. Pokazuje, że nawet gdy jest tak źle, że człowiek nie ma sił i ochoty żyć, warto trwać i przeczekać zły moment w życiu. Daje nadzieję na lepsze jutro, lepsze życie. Nawet jeśli myślimy, że straciliśmy wszystko, z powodem do życia włącznie, nie możemy sobie wyobrazić, jak bardzo się mylimy. Zawsze można zacząć od nowa.


Za książkę dziękuję

niedziela, 10 lipca 2016

Tygodniowa wycieczka

 W minionym tygodniu mogliście przeczytać:

Poniedziałek

A jednak ludzie się zmieniają

Ludzie uwielbiają rzucać dziwnymi stwierdzeniami typu nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, ludzie (bądź też tacy jak on) się nie zmieniają... A przecież rzeka płynie, człowiek zaś każdego dnia doświadcza czegoś nowego. Dziwnie brzmi też zdanie strasznie się zmieniłeś, w ogóle cię nie poznaję. Przecież gdy spędza się z drugą osobą większą część dnia, można obserwować proces jego "tworzenia się", poznać go w pełni, zrozumieć, co nim kieruje i co pobudza do zmiany... czytaj więcej

Wtorek


Hip-Hop2.0 – muzyczny hit czy rozczarowanie? 

Czym jest HIP-HOP 2.0? Wystarczy spojrzeć na tytuł, by wyłapać koncepcję, jaką podążyli artyści przy tworzeniu tego krążka. Nie jest to, jak mawiają niektórzy, redefinicja rapu czy też jakakolwiek próba rewolucji. Jest to pokazanie ogromnej różnicy i przepaści, jaka dzieli starych wyjadaczy od młodych wilków. Pewna forma reklamówki obecnej rap sceny. Dostajemy prawdziwy pejzaż młodych i zdolnych ludzi, którzy są gotowi udowodnić nam, że to oni są Hip Hopem 2.0: czymś, co pociągnie tę scenę przez następne lata, gdy stara szkoła zejdzie z niej na dobre. Czy mamy o co się bać, jeśli chodzi o przyszłość rapu w Polsce, czy też płyta uspokoiła, przynajmniej moje, obawy? Jak mawiał klasyk "Let's go deeper"... czytaj więcej

Środa

As na stronie #26 – Calder i Na zawsze 

(...) niektóre rzeczy tu, na ziemi, także są piękne i sądzę, że należy się nimi cieszyć. Nie zostaliśmy powołani do życia po to, by ich nie doceniać. Nasze nie serca są stworzone, by nie czerpać radości z tego, co zostało nam dane tutaj.

Przyczyną tego, że chcę z tobą żyć, jest to, że chcę z tobą żyć. Co jeszcze chcesz wiedzieć? Potrzebujesz słów? One mogą być łatwo zmienione, przetworzone i zrozumiane na opak. Ale moje czyny – one mówią za mnie. Mówią wszystko, co powinnaś wiedzieć...
czytaj więcej

Czwartek 

Wiedźmin: Dom ze szkła – czy komiks dościga pierwowzór? 

W moim życiu, szczególnie jego hobbystycznym akcencie, nie ma nic co kocham bardziej, niż świat Wiedźmina oraz komiksy. Jestem człowiekiem praktycznym, jak już pewnie wiecie, który uwielbia łączyć i przeplatać swoje różnorakie pasje i zainteresowania w celu zmaksymalizowanego efektu. Nic więc dziwnego, że i tym razem udało mi się to osiągnąć. Kilka dni temu zamówiłem bowiem coś, co świetnie łączy moje dwie ukochane rzeczy. W moje ręce trafił komiks Wiedźmin: Dom ze szkła autorstwa Paula Tobina (scenariusz) i Joe Querio (rysunki). Fakt, że autorami tej przygody Białego Wilka nie był ktoś z Europy, nieco mnie zmartwił, gdyż bałem się, że wypadnie mało europejsko, słowiańsko i po prostu "sapkowo". Czy moje obawy się potwierdziły? Sprawdźmy... czytaj więcej

Piątek

Narodziny odwagi

Mię Sheridan znacie już zapewne dzięki książkom Bez słów i Stinger. Żądło namiętności. Dziś chcę przedstawić wam kolejną historię stworzoną przez tę autorkę. Historię piękną i nieprawdopodobną. Historię, która znakomicie pokazuje, jak wielką rolę w życiu człowieka odgrywa wiara – nawet ta najbardziej absurdalna. Historię, która obrazuje, jak bardzo ludzie są podatni na manipulacje. Calder. Narodziny odwagi albo skradnie serce, albo trochę zanudzi. Jak to będzie z wami? Myślę, że powinniście się przekonać po prostu po nią sięgając. A jak to było ze mną... czytaj więcej

Sobota


Wiedźmin: Dzieci Lisicy – chwyta za serce, ściska za żołądek! 

Ostatnio przeczytaliście moją opinię na temat pierwszego tomu komiksowego wiedźmina pt. Dom ze szkła. Nie mogłem wytrzymać i już następnego dnia sięgnąłem po, wydane z takim samym pietyzmem, Dzieci Lisicy tych samych autorów. Po raz kolejny postanowiłem sprawdzić, czy to wszystko pasuje do mojego ulubionego uniwersum, które znam na wylot. Chcecie poznać odpowiedź? Zapraszam więc do przeczytania tego właśnie wpisu... czytaj więcej

sobota, 9 lipca 2016

Wiedźmin: Dzieci Lisicy – chwyta za serce, ściska za żołądek!

Ostatnio przeczytaliście moją opinię na temat pierwszego tomu komiksowego wiedźmina pt. Dom ze szkła. Nie mogłem wytrzymać i już następnego dnia sięgnąłem po, wydane z takim samym pietyzmem, Dzieci Lisicy tych samych autorów. Po raz kolejny postanowiłem sprawdzić, czy to wszystko pasuje do mojego ulubionego uniwersum, które znam na wylot. Chcecie poznać odpowiedź? Zapraszam więc do przeczytania tego właśnie wpisu.


Tytuł:Dzieci Lisicy
Scenariusz: Paul Tobin
Rysunek: Joe Querio
Wydawnictwo: Egmont

Recenzja poprzedniego tomu TUTAJ



Zanim przejdę do konkretnych rozważań, to warto nakreślić wam, oczywiście mniej więcej i bez istotnych spoilerów, fabułę drugiego tomu  przygód Białego Wilka. Od razu muszę nadmienić, że nie jest to konkretna kontynuacja historii z Domu ze szkła. Wręcz przeciwnie, w żadnym panelu nie znalazłem choćby odniesienia do niej. Wydaje mi się, że ma to wszystko działać na zasadzie komiksów DC, które opowiadają po prostu różne przygody Batmana i innych, które w pewien sposób wzbogacają nasz obraz osi czasu życia bohatera.

Geralta spotykamy tym razem w doborowym towarzystwie rubasznego i zabawnego krasnoluda o imieniu Addario. Jest waltornistą, co wydaje się żartem samym w sobie, gdyż nie wygląda ani trochę na osobę renesansu. Podróżują oni do Novigradu, miasta znanego tak z Sagi Andrzeja Sapkowskiego, jak i najnowszej produkcji studia CD Projekt RED Wiedźmin 3: Dziki Gon (którego recenzję zamieściłem TUTAJ). Los, jak się okazuje, puszcza im przewrotnie oko, gdyż pomimo znalezienia się na statku, pardon, slupie, który płynie do Wolnego Miasta. Lądują oni zwyczajowo w sam środek kabały. Okazuje się, że to nie jest zwyczajny statek kupiecki, a wyprawa mająca na celu sprzedaż dziecka Lisicy (porwanego od prawdziwych rodziców przez Lisicę), przedstawicielki rasy aguarów, potężnych, władających iluzją istot, które potrafią przybierać kształt lisa. Geralt zostaje więc zatrudniony, nieco wbrew swej woli, jako ochroniarz tej wyprawy. Jak się szybko okazuje, Lisica, jak to na matkę przystało, wyrusza za statkiem w pościg w celu odzyskania swojej córki, którą na domiar złego nieumyślnie zabija jeden z członków załogi. Zaplątani w sieć iluzji zawistnej Lisicy trafiają na moczary, gdzie nie wiadomo, co jest ułudą, a co jawą. Czy Geralt wykaże się tak sprytem, jak i mądrością, i wyprowadzi tych ludzi do cywilizacji? Czy Lisica przebaczy im zabicie swej podopiecznej? Znów odwołuję was do tego niedługiego, ale intrygującego dzieła rąk dwójki autorów.


Właściwie, jeśli chodzi o kreskę, to wystarczyłoby, gdybym przekopiował tekst z poprzedniej recenzji, gdyż tak naprawdę nic się w tej kwestii nie zmieniło. Owszem, tekstury i rysy wydają się wyraźniejsze i mniej w tym wszystkim koncepcyjnego szkicu, a więcej precyzji, ale ogólne wrażenie pozostaje takie samo. Teraz mamy jednak do czynienia z dużo, w moim odczuciu, lżejszą historią. Dzieci Lisicy to nie przygnębiające scenerie, mrok i ciężki klimat śmierci i zdradzonych uczuć, ale raczej opowieść o niebezpieczeństwie, matczynej miłości i walce ze swoimi słabościami. Dzięki delikatnie innemu podejściu do rysunku otrzymaliśmy dużo łatwiej przyswajalny klimat, idealnie pasujący do opowieści.

Kolory są również znacznie wyraźniejsze i żywsze, a to za sprawą otoczenia, w które los wepchnął wiedźmina z Rivii. Przeważają odcienie pomarańczowe i żółte, co jest silnym kontrastem do Domu ze szkła, w którym panowały kolory szary i czarny, bądź zgniło zielony czy chłodny niebieski. To swoją drogą genialny argument do stwierdzenia, że w komiksach to nie scenariusz odgrywa większą rolę w budowaniu napięcia i klimatu, a kolorystyka i styl, w jakim rysownik stworzył przedstawiane nam obrazy.

Klimat, pomimo tego, że lżejszy, niż w tomie pierwszym, jest w dalszym ciągu gęsty i pozostawia nam wiele pytań, aż do ostatniej strony komiksu. Pozostawia nas natomiast, tak jak i tom poprzedni, w zadumie i rozważaniach. Wielokrotnie snułem bardzo złożone i długotrwałe rozmyślania w stylu "Co ja zrobiłbym na miejscu Geralta?". Często dochodziłem niestety do wniosku, że wśród tych wszystkich iluzji i niepewności najpewniej bym oszalał. To dobry dowód na to, że komiks świetnie działa na naszą wyobraźnię i staje w poprzek gardeł tym, którzy twierdzą, że komiksy zabijają wyobraźnię, którą budują z kolei książki oparte jedynie na słowach. To nadal jest inteligentne spędzanie czasu, ale działa na nieco inne rejony naszego mózgu.


Scenariusz, pomimo że nieco umniejszyłem jego wkład w budowanie klimatu, jest niezwykle ważny i dlatego też poświęcę mu kilka zdań. Przede wszystkim czuję, że autor scenariusza Paul Tobin coraz bardziej rozumie świat, którym manipuluje. Wyczułem w tym jeszcze więcej "sapkowości". niż w tomie pierwszym. W sumie to nie tylko moje odkrycie. W wywiadzie zamieszczonym na ostatnich stronach komiksu Paul przyznaje, że po graniu w gry o wiedźminie, zaczytywaniu się w opowiadaniach i samej Sadze, dużo lepiej czuje postać Geralta i klimat, w jakim ten świat został stworzony. To nie znaczy, że próbuje teraz stać się kalką Sapkowskiego, osobą, która jedynie odtwarza czyjeś dzieło na własnych pomysłach. To nie tak. W tym nadal jest mnóstwo własnej inwencji, wprowadzanie smaczków i niuansów, które idealnie pasują do świata wiedźmina, nie są wepchnięte na siłę i są świeże, choćby sam wątek rasy aguarów, o których nie słyszałem do tej pory. Postaci poboczne nareszcie są wielowymiarowe i intrygujące. Nie zrozumcie mnie źle! Dom ze szkła również miał ciekawe postacie, ale cały czas czułem, że autorzy nie czując się w tym świecie pewnie ze względu na fakt, że była to ich pierwsza opowieść, starali się bardzo ostrożnie podchodzić do kreowania bohaterów. W drugim tomie natomiast poszli duży krok do przodu, czuć tutaj swobodę działania i pewność oraz świadomość kierunku, w jakim zmierzają.


Teraz, po przeczytaniu drugiego tomu opowieści o Geralcie autorstwa Paula Tobina i Joe Querio, wiem, że to komiks z tego świata, o jakim zawsze marzyłem. Komiks, który pozwala temu światu żyć dłużej. Pozwala mu zdobywać popularność w szerszych kręgach, rozrastać się i nie umierać. Dzieci Lisicy to piękna i ekscytująca opowieść, która łapie tak za serce, jak i za żołądek. Idealnie dawkuje nam emocje, serwując również dużą dawkę humoru, a to wszystko dzięki fenomenalnie wykreowanym, pisanym z niesamowitą swobodą, postaci pobocznych oraz samego Geralta z Rivii. Jestem usatysfakcjonowanym czytelnikiem i z wyczekiwaniem wypatruję kolejnego dzieła obojga tych twórców. Wy natomiast możecie być pewni, że gdy tylko coś nowego się pojawi, to ja na pewno znów to ocenię. 

piątek, 8 lipca 2016

Narodziny odwagi

Mię Sheridan znacie już zapewne dzięki książkom Bez słów i Stinger. Żądło namiętności. Dziś chcę przedstawić wam kolejną historię stworzoną przez tę autorkę. Historię piękną i nieprawdopodobną. Historię, która znakomicie pokazuje, jak wielką rolę w życiu człowieka odgrywa wiara – nawet ta najbardziej absurdalna. Historię, która obrazuje, jak bardzo ludzie są podatni na manipulacje. Calder. Narodziny odwagi albo skradnie serce, albo trochę zanudzi. Jak to będzie z wami? Myślę, że powinniście się przekonać po prostu po nią sięgając. A jak to było ze mną?


Tytuł: Calder. Narodziny odwagi
Autor: Mia Sheridan
Wydawnictwo: Septem (Helion SA)

– Tak. Wszyscy potrzebujemy azylu. Na świecie dzieje się wiele zła. A niektórzy ludzie chcą mieć poczucie przynależności. (...) Ale nie za taką cenę.
(...) – A jaka jest cena azylu tutaj, Matko?
(...) – Śmierć.
Wyobraźcie sobie, że gdzieś za miastem, tuż obok cywilizowanego i nowoczesnego świata, istnieje mała wioska, której społeczność żyje według zupełnie innych zasad. Ludzie wyrzekają się wszystkich dóbr współczesności, odrzucają ułatwiające życie technologie i zapominają o przyjemnościach. Do przeżycia, pracy, uprawiania pól mogą używać tylko tego, czym obdarzyła ich natura, ściślej mówiąc – bogowie. Ludzie ci nazywani są robotnikami, nad którymi kontrolę sprawuje zarząd. Hector, przywódca tej społeczności, głosi, że właśnie wyrzeczenia i czystość doprowadzą ich do Elizjum, gdzie mają trafić już niedługo. 

Elizjum to piękne miejsce, w którym każdy będzie tym, kim zechce. Będzie bogiem. Calder już jako chłopiec zauważa pewne nieprawidłowości i sprzeczności w tym, co Hector mówi, a co sam robi. W siedzibie zarządu znajdują się bowiem wszystkie udogodnienia, od prawdziwych toalet po pralki. Mieszkający tam nie muszą się wyrzekać niczego, a i tak będzie im dane trafić do cudownego miejsca. Ponadto przywódcy mają możliwość opuszczania wioski i podróżowania do wielkiej społeczności, czego Calder właśnie pragnie. Jest pewien, że jako jeden z urodzonych wśród robotników, nie sprowadzony przez Hectora z zewnątrz, da radę przedostać się do zamkniętego grona przewodniczącego i dowiedzieć się więcej o tym, co jest poza wioską. To niestety nie jest tak łatwe, jak się Calderowi wydaje, a z czasem na światło dzienne wychodzą tajemnice dotyczące jego osoby. Calder musi stawić czoła wielu przeciwnościom i problemom, by spełnić swoje marzenia. Musi być silny i odważny, wytrzymały i sprytny, gdyż Hector popada w szaleństwo, którego powodem jest Eden, dziewczyna, którą sprowadził w wieku ośmiu lat do wioski z zamiarem jej poślubienia. Przedstawił swoim wyznawcom – bo trudno nazwać robotników inaczej – dziewczynkę jako ich przyszłą matkę, której przeznaczeniem jest odegrać znaczącą rolę w przepowiedni...
(...) niektóre rzeczy tu, na ziemi, także są piękne i sądzę, że należy się nimi cieszyć. Nie zostaliśmy powołani do życia po to, by ich nie doceniać. Nasze nie serca są stworzone, by nie czerpać radości z tego, co zostało nam dane tutaj.
Nie czytam wielu książek, w których poruszana jest tematyka sekt, więc zapewne nie ocenię Caldera... obiektywnie. Jednak przyznaję, że Mia Sheridan nawet tą pozycją pokazała, że trzyma poziom, a fabułę buduje pomysłowo i wyjątkowo. Autorka jest znana jako "miłosna pisarka", która na pierwszym planie stawia relację dwójki zakochanych osób. Tak było w przypadku dwóch wyżej wymienionych książek, jednak tutaj odczułam, że nie miłość gra pierwsze skrzypce, a właśnie ogólny problem sekty, nietypowego niewolnictwa. Ta historia przedstawia czytelnikom grupę ludzi, która uwielbia sprawować kontrolę, a także inną grupę, która jest podatna na manipulacje. Jedni i drudzy nie wychodzą najlepiej na takim podziale, jednak do końca wierzą, że tak ma być i tak jest dobrze.

Zawężę trochę krąg rozważań do najistotniejszych bohaterów tej powieści. Przede wszystkim główny bohater, Calder, jest taki, jak inni główni bohaterowie książek Mii: jako dziecko sympatyczny, kontaktowy, radosny, gdy staje się mężczyzną robi się ponadto wysoki, umięśniony, przystojny charyzmatyczny i romantyczny. W wielu kluczowych sytuacjach pokazuje swoją odwagę i siłę, które – przez ludzi, którym są nie na rękę – stają się jego wadami i przyczynami cierpienia. Eden z kolei jest... bohaterką Mii: śliczna, zgrabna, długowłosa blondynka o pięknych oczach. Na szczęście żadna z tych postaci nie jest nudna czy sztuczna, a dobrze dopasowana do świata, w którym wszystko się dzieje. Mimo że jest to wciąż nasz świat, jego zasady są zupełnie inne, przestarzałe. Calder i Eden – zapewne dlatego, że są głównymi bohaterami – wyłamują się z obu grup. Podejmują ogromne ryzyko, które doprowadza ich na skraj wytrzymałości... Na koniec świata (dosłownie i w przenośni).

Jednym z lepiej wykreowanych bohaterów był Hector. Dlaczego? Bo budził we mnie ogromną niechęć, czasami wręcz odrazę. Swoje okrutne czyny potrafił tak uargumentować, że w gruncie rzeczy wszystko wychodziło na dobre. Jego... nazwijmy to "metody wychowawcze" były momentami tak okrutne, że nielegalne w danym stanie, a jednak dzięki poddaństwu robotników nic, co działo się wewnątrz społeczności, nie przedostawało się poza jej granice. 
Będę chronił twoje czyste, pełne nadziei serce. Przysięgam ochraniać cię przed wszelkim złem tego świata i zawsze być twoim schronieniem w czasie burzy.
Historia Caldera wydawała mi się nieprawdopodobna. Przez cały czas lektury miałam wrażenie, że jest ona o niczym. Wszystko to zmieniło się, gdy zaczęłam ją głębiej analizować przed snem. Myślę, że wielu czytelników odbierze tę książkę inaczej, co jest jej ogromnym atutem. Lubię książki, które nie są banalne i skłaniają do życiowych przemyśleń. Calder. Narodziny odwagi nie jest powieścią, w której wątek miłosny odgrywa główną rolę. Czasami był on przewidywalny i prosty. Jednak nawet w tym minusie odnajduję pewną zaletę. Otóż nie mamy do czynienia z historią dwójki dorosłych ludzi, a ledwie nastolatków... młodych dorosłych. Taka relacja jest prosta w rzeczywistości, więc Mia prawdziwie zobrazowała pierwszą miłość. Na naszych oczach ona się rozwija i dojrzewa, gdy zakochani zaczynają się poznawać, przestaje być infantylna. Jak to bywa w książkach Mii Sheridan, uczucie jest znakomicie połączone z miłością cielesną. Autorka pokazuje, jak krok po kroku odkrywać przyjemność i łączyć ją z innymi sposobami okazywania uczuć. W recenzji Stinger. Żądło namiętności wspomniałam, że w przypadku jej bohaterów seks prowadził do miłości, z kolei jeśli chodzi o bohaterów Bez słów, to miłość prowadziła do zbliżenia. W powieści Calder. Narodziny odwagi jest dokładnie tak samo: uczucie dojrzewające w bohaterach latami sprawia, że chcą pokazać je sobie w inny sposób. Jak w przypadku poprzednich książek, miałam wrażenie, że wszystko to znakomicie się dopełnia.
(...) czyś jest lordem, czy biedakiem, ulicznikiem, czy księciem, pragnę tylko ciebie i nikogo innego. Dopóki starczy tchu, dopóki w proch się nie zmienię, ty, najdroższy, i nikt inny.
Ale to jeszcze nie koniec przygód Caldera, jeszcze nie było wielkiego finału i jeszcze wiele czeka nas, czytelników, w drugim tomie. Dopiero po przeczytaniu Eden. Nowy początek będzie można powiedzieć wszystko o tej historii. Będzie można ją zachwalać bądź krytykować. Jednego jestem pewna: Calder. Narodziny odwagi trzymał mnie w niepewności do końca. Były momenty, w których musiałam odetchnąć, bo było mi ciężko na sercu, a informacje były trudne do przetworzenia. To książka bardzo emocjonalna i myślę, że warta przeczytania.


Za książkę dziękuję:

czwartek, 7 lipca 2016

Wiedźmin: Dom ze szkła – czy komiks dościga pierwowzór?

W moim życiu, szczególnie jego hobbystycznym akcencie, nie ma nic co kocham bardziej, niż świat Wiedźmina oraz komiksy. Jestem człowiekiem praktycznym, jak już pewnie wiecie, który uwielbia łączyć i przeplatać swoje różnorakie pasje i zainteresowania w celu zmaksymalizowanego efektu. Nic więc dziwnego, że i tym razem udało mi się to osiągnąć. Kilka dni temu zamówiłem bowiem coś, co świetnie łączy moje dwie ukochane rzeczy. W moje ręce trafił komiks Wiedźmin: Dom ze szkła autorstwa Paula Tobina (scenariusz) i Joe Querio (rysunki). Fakt, że autorami tej przygody Białego Wilka nie był ktoś z Europy, nieco mnie zmartwił, gdyż bałem się, że wypadnie mało europejsko, słowiańsko i po prostu "sapkowo". Czy moje obawy się potwierdziły? Sprawdźmy!


Tytuł: Wiedźmin: Dom ze szkła
Autor scenariusza: Paul Tobin
Rysownik: Joe Querio
Wydawnictwo: Egmont


Jak większość przygód białowłosego pogromcy potworów, i ta zaczyna się gdzieś na krańcu świata, w miejscu niebezpiecznym i mrocznym, a konkretnie na skraju Caed Dhu, Czarnego Lasu. Tam też, na moczarach, Geralt wpada na, jak się okazuje, myśliwego i wyciąga go z opresji. Ów myśliwy, niejaki Jakub Ornsztyn szybko brata się z wiedźminem i opowiada mu smutną historię swojego małżeństwa z Martą, która została przemieniona (sic!) w Bruxę i teraz z oddala obserwuje swego małżonka. Tak, tak. Każdy, kto zna uniwersum Sapkowskiego wie, że takie coś nie jest możliwe. By jednak odkryć ten sekret, muszę odesłać was do samego komiksu. Ważnym jest, że oboje wyruszają w dalszą drogę przez Caed Dhu i prowadzeni przez grupę ptaszyn ratujących ich przed Leszym, trafiają do tytułowego Domu ze szkła. Jaka jest historia tego miejsca? Skąd się tu wzięło i przez kogo jest zamieszkiwane? Czy Geralt rozwikła jego historię i wyjdzie z opresji obronną ręką? Odpowiedź na te i na wiele innych, dużo głębszych pytań leży w komiksie. Powiem jedynie, że nie należy zawierzać ludziom bez poznania całego wydarzenia, o którym opowiadają. Prawda bowiem, jak wielokrotnie się w życiu  dowiecie, bywa niezwykle przewrotna.
Nic bardziej mnie nie irytowało i nie przerażało jednocześnie, jak ta baba cmentarna.
W tym utworze literackim, jakimi w mojej opinii są komiksy, Querio nie postawił na fotorealizm. Zamiast tego mamy nieco szkicową kreskę, artystycznie niedokładną i groteskową. Przez tę groteskę artyście udało się niezwykle dobrze oddać ekspresyjne emocje wyrażane przez postacie. Rozliczne bruzdy, podkrążone oczy i niedoskonałości oddają wrażenie świata dużo bardziej mrocznego i niebezpiecznego, niż gdyby zastosować ten fotorealizm.

Pomimo "kreskówkowości" wszystkie elementy paneli, które obserwujemy, są bardzo żywe i realistyczne, gdyż przez całość krzyczą do nas, wyrażając emocje. Jak w prawdziwym życiu – twarze mówią wiele o przeszłości człowieka. Widząc umęczoną przez stres twarz Jakuba, rozpoznajemy, że wiódł i wiedzie nadal bardzo uciążliwe i trudne życie. Zerkając w oczy uwodzicielskiej Vary, od razu rozpoznajemy w niej kokietkę i lekkoducha, ale widząc rysujące się na jej twarzy delikatne zmęczenie wiemy, że również ma coś na sumieniu. To właśnie cholernie podoba mi się w tym komiksie. Jest bardzo szorstki w odbiorze, nie pastelowy i nie upiększany. Przez to, że jest on rysowany stylem szkicu i podkreśleń, idealnie pasuje do świata wykreowanego przez Andrzeja Sapkowskiego. Zimny, niebezpieczny i brzydki. Bardzo przez to podobny do naszego... Potwory, co widać, są niezwykle podobne (przynajmniej Leszy oraz Baba Cmentarna) do modeli monstrów zaprezentowanych nam w trzeciej odsłonie przygód wiedźmina z Rivii. Przez to czujemy, szczególnie fani, którzy dopiero od gry poznają ten świat, pewne koneksje i bliskość z tymże uniwersum. Daje to niezwykły komfort czytania.

Podoba mi się również, że bardzo często to nie pierwszy, ani nie drugi plan opowiada nam historię, a te pozostałe. Zawsze najpierw oglądam panel, a dopiero później czytam wszelkie dialogi. Wielokrotnie zauważałem szczegóły wśród konarów drzew, które nie były podkreślone przez autora, a dodawały historii dramaturgii, horroru czy pikantności (owszem, w komiksie znajduje się jeden wątek z lekka romantyczny, choć raczej erotyczny to lepsza nazwa).

Kreska komiksu wyraziła głębię tego świata, i właśnie dlatego tak mi się spodobała. Doskonale zrozumiem jednak tych, których odrzuci właśnie przez szorstkość. Są gusta i guściki, dzięki temu świat jest ciekawy.
No ale żeby w takim miejscu, Geralt!?
Tak wiele tekstu poświęciłem na pisanie o klimacie i stylu, w jakim narysowane zostały panele, że płynnie przejdę do rozważań o scenariuszu. Tak jak już wspominałem, niezwykle bałem się, że będzie on pozbawiony swojej słowiańskości i typowego dla Wiedźmina klimatu. Z jednej strony nie myliłem się... z drugiej jednak popełniłem błąd zbyt szybko skazując niesłowiańskość na śmierć.

To nie jest język, którym przemawia Andrzej Sapkowski. Nie jest tu ani rubasznie, ani wulgarnie. Nie jest jednak, na całe szczęście, ani troszkę amerykańsko. Nie otrzymujemy wielkiego ego i ratowania świata. Nie musimy wysłuchiwać o trudnych rozterkach moralnych głównego bohatera, z których i tak nic głębokiego czy ciekawego nie wynika. Autor scenariusza dał nam po prostu mroczną opowieść pełną bólu, tajemnicy i żądzy. Nie ma tu miejsca na klasyczny klimat Wiedźmina, bo po prostu by tutaj nie pasował. Fabuła zarysowana jest zgoła inaczej, niż zrobiłby to pierwowzór (a przynajmniej Saga. W klimat opowiadań jak najbardziej się wpasowuje).

Czy to źle? Uważam, że nie. Cieszy fakt, że świat Sapkowskiego żyje własnym życiem i zaczyna być interpretowany na całym świecie, tworzony na różne metody. Jedne będą nietrafione, a inne wręcz przeciwnie. Ta, z ulgą mogę rzecz, jest w pełni trafiona. Dostajemy typową dla Wiedźmina intrygującą i angażującą fabułę, która koło banalności nie stała choćby chwili. Postacie, mimo faktu, że klimat nieco różni się od pierwowzoru, wypadają naturalnie, wiarygodnie i nadal są ściśle związane z tym światem. To nadal jest Geralt. Nadal mamy tu ghule, barghesty i inne tałatajstwo. To ten sam, ukochany dla wielu fanów świat i całe szczęście to czuć, i to czuć bardzo mocno. Fani, którzy czytali opowiadania Andrzeja Sapkowskiego, na pewno odnajdą tu ten właśnie klimat. Bardziej mroczny i refleksyjny, niż wulgarny i efektowny. Całość niezwykle przypomina opowiadanie Ziarno prawdy. Wiele tu niewyjaśnionych kwestii, napięcia wiszącego w powietrzu i Geralta, który stara się, jak zwykle, trzymać z dala od kłopotów i podejmowania wyborów, stawania po czyjejś jasno określonej stronie.


Uważam, że wszyscy zaangażowani w produkcję tego komiksu odwalili kawał solidnej, dobrej roboty. To komiks o Geralcie, jakiego jeszcze nie czytaliście. Bierze wiele z pierwowzoru, dodaje własne koncepcje atmosfery i buduje napięcie jakiego w lekturze nie zaznałem już dawno. Ciekawości podsycanej powolnym, znanym z wiedźmińskiej sagi odkrywaniem kart krok po kroku, a nie całej talii od razu. Polecam go każdej osobie, która ceni sobie dobrą historię, nie nachalnie wplecione wątki erotyczne i angażujące emocjonalnie wątki toksycznej miłości, z którą wielu z nas zmaga się na co dzień. Jest to z pewnością jedno z ciekawszych dzieł, jakie miałem okazję  przeczytać i którym mogłem nacieszyć oko.
Coś się kończy, coś się zaczyna 

RECENZJA TOMU II WKRÓTCE 

środa, 6 lipca 2016

As na stronie #26 – Calder i Na zawsze

Już w najbliższy piątek będziecie mogli przeczytać recenzję kolejnej książki Mii Sheridan, a za trzy tygodnie ostatniej części Uwikłanych. Ciekawi? Więc na zachętę polecam przejrzeć kilka cytatów :) 

Calder. Narodziny odwagi Mia Sheridan

Szkopuł w tym, Calder, że człowiek nie zawsze świadomie lokuje swoje uczucia.
(...) niektóre rzeczy lepiej widać w świetle... a niektóre wychodzą na jaw w ciemności.
Ten świat jest pełen miłości, nawet w najbardziej zadziwiających miejscach.
Dopóki będziemy patrzeć na ten sam księżyc, zawsze się odnajdziemy.
– Tak. Wszyscy potrzebujemy azylu. Na świecie dzieje się wiele zła. A niektórzy ludzie chcą mieć poczucie przynależności.  (...) Ale nie za taką cenę.
(...) – A jaka jest cena azylu tutaj, Matko?
(...) – Śmierć.
(...) wszystkie kobiety są równie silne jak mężczyźni. Tylko nie możemy o tym mówić głośno, żeby nie zranić waszych delikatnych ego.
(...) niektóre rzeczy tu, na ziemi, także są piękne i sądzę, że należy się nimi cieszyć. Nie zostaliśmy powołani do życia po to, by ich nie doceniać. Nasze nie serca są stworzone, by nie czerpać radości z tego, co zostało nam dane tutaj.

Uwikłani. Na zawsze Laurelin Paige

(...) dawny ból ma to do siebie, że zawsze znajdzie sposób, aby od czasu do czasu o sobie przypomnieć, nawet gdy w życiu wszystko pięknie się układa.
Dziękuję (...). Za szansę (...), za pomoc w tym, żeby mi się udało, za to, że kochasz mnie najlepiej, jak potrafisz, i za to, że zawsze stawiasz mnie na pierwszym miejscu.
Moje dni po prostu stają się lepsze, gdy zaczynam je z tobą.
(...) Rozumiem już, dlaczego tak wielu ludzi intryguje latanie. Problem w tym, że bez względu na to, jak wspaniały był lot, zawsze i tak musisz zejść na ziemię. I w wielu przypadkach ten powrót to po prostu swobodne spadanie.
Przyczyną tego, że chcę z tobą żyć, jest to, że chcę z tobą żyć. Co jeszcze chcesz wiedzieć? Potrzebujesz słów? One mogą być łatwo zmienione, przetworzone i zrozumiane na opak. Ale moje czyny – one mówią za mnie. Mówią wszystko, co powinnaś wiedzieć.
Trudno uwierzyć w cokolwiek, kiedy zostało się tak podle oszukanym.
(...) myślę, iż to całkiem zabawne, że kiedy już wiem, co to znaczy kochać i być kochanym, widzę tę miłość wszędzie.

wtorek, 5 lipca 2016

Hip-Hop2.0 – muzyczny hit czy rozczarowanie?

Czym jest HIP-HOP 2.0? Wystarczy spojrzeć na tytuł, by wyłapać koncepcję, jaką podążyli artyści przy tworzeniu tego krążka. Nie jest to, jak mawiają niektórzy, redefinicja rapu czy też jakakolwiek próba rewolucji. Jest to pokazanie ogromnej różnicy i przepaści, jaka dzieli starych wyjadaczy od młodych wilków. Pewna forma reklamówki obecnej rap sceny. Dostajemy prawdziwy pejzaż młodych i zdolnych ludzi, którzy są gotowi udowodnić nam, że to oni są Hip Hopem 2.0: czymś, co pociągnie tę scenę przez następne lata, gdy stara szkoła zejdzie z niej na dobre. Czy mamy o co się bać, jeśli chodzi o przyszłość rapu w Polsce, czy też płyta uspokoiła, przynajmniej moje, obawy? Jak mawiał klasyk "Let's go deeper".

Tu każdy dzień zabija mnie
Choć żaden z nich nie zrobi klik klik bang

~ Wac Toja – Klik Klik Bang

Rap to muzyka, którą kocham. Nie jestem i nie staram się być jedyną właściwą wyrocznią, ale swoje wiem i swoje słyszałem. Żadna inna muzyka nie trafia do mojego serca po tak prostej i bezkolizyjnej linii, jak właśnie rap. Jestem jednak, co dzisiaj już nie dziwi nikogo, fanem trapowych dźwięków. Można rzec, że nowa fala pochłonęła mnie bez reszty. Krążek zawiera 16 różnorodnych (i jest to tak wada jak i zaleta, ale o tym może później) i indywidualistycznych kawałków, których brzmienie jest tak różnorodne, że nie męczy nas i nie zmusza do schowania płyty na półkę.


Przykładem na udowodnienie mojej tezy jest świetny kawałek All Black Quebonafide, którego vibe jest jak dla mnie jasno określony na "eklektyczny". Czułem się, jakbym słuchał tego samego agresywnego kota sprzed kilku lat. Wac Toja postanowił pójść w genialnie tworzony przez siebie klimat agresji i podwyższonego ryzyka, z kolei Igrekzet chciał nadać płycie nieco lirycznego i pełnego przemyśleń klimatu. Jest jednak piosenka, która najmocniej zapadła mi w pamięć. Kanały moich słuchawek przejął szturmem Deys ze swoim kawałkiem Cera, którego klimat pełen melancholii i zwrotki pełne inteligentnych i filozoficznych odniesień porwały mnie w pewną ekscytującą podróż. Czuję z tą piosenką (mam w głębokim poważaniu oficjalną rapową terminologię) niezwykłą więź emocjonalną, ale to nie pamiętniczek, a recenzja, dlatego też nie będę się uzewnętrzniał.


Są też, niestety, ogromne zawody. Jak to bywa w gronie ogromnych indywidualistów, w płycie nie czuć żadnej wewnętrznej integracji. To nie tzw. "koncept album", ale pomimo tego nie czuć w nim wspólnej duszy. To trochę jak eklektyczny zbiór utworów – każdego z tych raperów – z ich własnych płyt, troszeczkę jak mash-up twórczości, z którego nie ukazuje nam się żaden obraz. Ostrzegam też, że jeśli ktoś do tej pory nie jest fanem Filipka, to po Persona Non Grata się nim nie stanie. Kawałek to po prostu… kolejny kawałek Filipka, który pomimo niepodważalnych umiejętności freestyle'owych nie sprawdził się w moim odczuciu jako raper studyjny. Nie powtórzył tym samym historii Solara i Beezy’ego, którzy choć nie zawsze propsowani, stoją na o wiele wyższym poziomie, tak lirycznym jak i wykonawczym. Jest to po prostu niezwykle niespójny i nierówny album, który pomimo obfitowania w prawdziwe rapowe perełki zawiera w sobie też utwory, które w sumie nie jesteśmy pewni po co i skąd się wzięły. Sory 2sty, nawet twoja solidna zwrotka nie uratowała kawałka Jeden strzał.
Przychodzę zakurzone półki poniszczyć

~ Nieznanyklarenz – Prawie znany

Hip-Hop 2.0 ukazuje nam paletę barw, które malować będą obraz tej sceny przez następne lata. Wypromowani i niezwykle utalentowani gubią się jednak, jeśli idzie o stworzenie projektu jako całości. Dostajemy tym samym składankę, ale, cholera jasna, składankę naprawdę solidnie wykonaną tak pod względem podkładu, jak i samego rapu. W tym szaleństwie, braku ładu i składu jest jakaś metoda. Pozwala ona dostrzec umiejętności każdego wykonawcy z osobna. Każdy track wrzuca nas w inny klimat. Płyta jest zintensyfikowana i nie potrafi nudzić, ale nie potrafi też przykuć naszej uwagi cała. Ja sam mam wybranych jedynie kilka z tych szesnastu kawałków, które zapętlam bez przerwy. Gdybym miał jednak polecić lub odradzić odsłuch tej płyty, to zdecydowanie bym ją polecił. Jest to kawał dobrego rapu, który choć nie zmieni sceny ani nie wprowadza do niej niczego nowego, to ej, przecież wcale nie musi tego robić! Najważniejsza jest przecież przyjemność z odsłuchu, prawda? W tym projekcie każdy powinien znaleźć coś dla siebie.

Najlepszy track: Asceta ~ Quebonafide, Wac Toja

Najsłabszy track: Persona Non Grata ~ Filipek


Recenzja pojawiła się jako tekst próbny na MusicLovers.pl

poniedziałek, 4 lipca 2016

A jednak ludzie się zmieniają

Ludzie uwielbiają rzucać dziwnymi stwierdzeniami typu nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, ludzie (bądź też tacy jak on) się nie zmieniają... A przecież rzeka płynie, człowiek zaś każdego dnia doświadcza czegoś nowego. Dziwnie brzmi też zdanie strasznie się zmieniłeś, w ogóle cię nie poznaję. Przecież gdy spędza się z drugą osobą większą część dnia, można obserwować proces jego "tworzenia się", poznać go w pełni, zrozumieć, co nim kieruje i co pobudza do zmiany. 
myslizlote.pl

Pytanie brzmi: jeśli człowiek zmienia się na naszych oczach, znamy go lepiej czy gorzej? 
Dużo robi przyzwyczajenie. Przyzwyczajamy się do klimatu, zwierząt, ludzi, ubrań, sytuacji... Gdy już się przyzwyczaimy, mamy nadzieję (albo, co gorsza, wiarę), że tak już pozostanie na wieki wieków... W swoich myślach i wyobrażeniach zaczynamy więzić innych w tej samej formie, w ich własnej i niezmiennej formie. Tam oni są wciąż "sobą" z wczoraj, a my chcemy zapomnieć, że wczoraj już minęło. Kto z nas nie miał ochoty kiedyś zatrzymać czas? Chyba każdy. Tymczasem to przyniosłoby więcej szkód, niż szczęścia. Nie raz zatrzymujemy czas w myślach... Tam wszystko toczy się własnym tempem, a któregoś dnia zostają nam z oczu zdjęte różowe okulary i okazuje się, że coś przegapiliśmy. Że przed oczami mamy obcego człowieka. Dlatego każdemu trzeba pozwolić się zmieniać, trzeba tę zmianę obserwować i brać w niej udział, nawet jeśli niesie to ze sobą danie drugiej szansy.  Jeśli człowiek zmienia się na naszych oczach, poznajemy go lepiej i głębiej. Poznajemy go od fundamentów, obserwujemy transformację z niewielkiego domku w dużą i bogatą świątynię... Albo odwrotnie, od powierzchni aż po dno kopanego przez nią dołu. Zmiana może być więc zła dla osoby zmienionej, bo to ona do tego dołu zamierza wskoczyć bądź też kopie głębiej. Ale dla nas ona wciąż jest dobra, bo wiemy, co tą osobą kieruje. Wiemy, że musimy wyciągnąć do niej rękę czy też podać drabinę, albo że czas brać nogi za pas i wiać.

Trzeba też, myślę, pamiętać, że punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. Są cechy charakteru, które jedni uważają za wady, inni za zalety: egoizm, upartość, hardość, ironiczność, przemądrzałość (czy też mądrość), pyskatość, opryskliwość... Coś jeszcze? W każdym razie, te przychodzą mi do głowy. Jeśli ktoś jest dumny ze swojej zmiany w osobę silną i pewną siebie, nam z kolei to przeszkadza, nie da się określić tego jako "zmiany na gorsze". To tej osobie ma być w życiu dobrze, nam ma być dobrze z tą osobą, a osiągnąć to można tylko przez – przynajmniej próbę – zrozumienie. Czego konkretnie? Przyświecającego jej celu, wydarzeń przeszłości i sytuację społeczną. Inni ludzie są jednymi z najmocniejszych bodźców pobudzających do zmiany. Często, zwłaszcza starsi, pytają co ludzie powiedzą? Dla jednych zdanie ludzi znaczy tyle, co zeszłoroczny śnieg, dla innych staje się motywacją bądź powodem. Dla mnie znać człowieka "od podszewki" to ogromny dar. Naprawdę niewiele osób zdobywa się na całkowite obnażenie. Dlatego też szanuję każdą zmianę. I gdy przychodzi moment, że czas podjąć decyzję związaną z tą właśnie zmianą, mam przynajmniej kompletny obraz sytuacji. Wiem, że ten człowiek nie może być moim przyjacielem, bo czuję się przy nim źle (ale go znam, i to znam od lat). Wiem, że inny człowiek będzie całym moim światem, bo widziałam, jak swój świat wznosi i kształtuje.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Zapewne dla was to takie bezsensowne gadanie, a ja potrzebowałam po prostu wypuścić myśli na światło dzienne. Po przeczytaniu książki Stinger. Żądło namiętności Mii Sheridan nie mogłam przestać myśleć o ludziach, których los wpuścił na moją drogę. Nie mogłam przestać myśleć, co dla mnie zrobili i co ja zrobiłam dla nich, jak mnie zmienili i jak ja ich zmieniłam... To akurat nie bezpośrednio, bo ludzie są tylko (albo aż) motywacją do zmieniania samego siebie: swojego życia, otoczenia, poglądów. Chcę wam na koniec powiedzieć, że właśnie ta książka jest idealnym przykładem kreowania bohaterów w pełni. Nie są oni nudni i statyczni, nie są mdli i przesadzeni, są... ludźmi. Autorka zarysowała idealnie ich przeszłość, która wpłynęła na to, kim są. Przedstawiła sytuacje bliskich, którzy popchnęli do robienia czegoś, co z pozoru jest złe. Jednak nawet zawód Carsona z biegiem czasu okazał się... sensowny na planie całego (dotychczasowego) życia, nawet decyzja ojca w imieniu Grace okazała się dobrze wpłynąć na tę bohaterkę, mimo iż nie powinna pozwalać innym decydować o jej własnym życiu. Trudno ocenić, czy postępujemy źle czy dobrze, jeśli nie znamy skutków tego postępowania. Wybory zawsze są owiane tajemnicą i niepewnością, ale to właśnie wybory prowadzą do celu, i nieważne, jaki on jest. Powiedzieć to zły wybór, to jakby stwierdzić, że koniec świata przyjdzie jutro...
Dlatego właśnie rzeka nigdy nie będzie tą samą rzeką, a ludzie będą się zmieniać zawsze. Pozostaje tylko życzyć (sobie i innym) zmieniać się na dobre.

Oczywiście wciąż się zastanawiam, czy Carson i Grace zmienili się na dobre... Stwierdzam, że nie da się tego ocenić. Myślę, że zmiana na dobre jest wtedy, gdy w końcu czujemy się szczęśliwi sami ze sobą. Gdy potrafimy usiąść w pustym pomieszczeniu i bez skrępowania spędzać ze sobą czas. Nigdy nie powinniśmy wierzyć w słowa ludzie się nie zmieniają.

Przy okazji zapraszam na recenzję książki Stinger. Żądło namiętności.

niedziela, 3 lipca 2016

Tygodniowa wycieczka

 W minionym tygodniu mogliście przeczytać:

Poniedziałek


Miłość i kłamstwa, czyli relacja małżonków
W recenzji książki Miłość i kłamstwa (recenzja TUTAJ) wspomniałam, że napiszę o "pozornie najzwyklejszych decyzjach". Wnioskuję, że "pozornie najzwyklejszą decyzją" w tej książce było przybranie przez Fergusa pewnego rodzaju pseudonimu artystycznego, konkretnie imienia jego zmarłego brata. Fergus podjął decyzję, że będzie przed żoną i córką ukrywał swoją pasję, jaką była gra w marmurki (takie kuleczki, jak powiedziałby ktoś, kto się nie zna, czyli ja). Jednak czy ta decyzja była rzeczywiście pozorna? ...czytaj więcej


Wtorek

SuperHot – nawet mnie można zaskoczyć!

Dzisiejszą recenzję piszę, mówiąc szczerze, delikatnie zaskoczony. Nigdy wcześniej nie sięgałem po tytuł tak bardzo nieświadomy tego, że może okazać się czymś więcej, niż z początku zakładałem. Zakupiłem grę pragnąc niczego innego, jak tylko odmóżdżającej i prostej, aczkolwiek efektownej, strzelanki. Dostałem natomiast produkt o pewnym niespotykanym wcześniej w grze tego kalibru stopniu złożoności i innowacyjności. Gra o której mowa nazywa się SuperHot studia BlueBrick. Guess what? To polskie studio i rodzima gra! Przyjrzyjmy się więc temu niezwykle intrygującemu shooterowi... czytaj więcej

Środa


As na stronie #25 – Miłość i kłamstwa, Stinger
Dziś zapraszam was na wspaniałe cytaty z dwóch książek: Miłość i kłamstwa Cecelii Ahern, której recenzja pojawiła się w miniony piątek, i Stinger. Żądło namiętności Mii Sheridan, której recenzję przygotowałam na ten tydzień... Ciekawi? Więc zapraszam na chwilę relaksu! 
(...) wierzę, że nawet nieoczekiwana zmiana w czyimś zachowaniu mieści się w naturze tej osoby, że jakaś część nas jest wciąż obecna, tylko pozostaje w uśpieniu, czekając na dogodny moment, żeby się ujawnić... czytaj więcej

Czwartek


Namiętny weekend, który zmienia życie... – recenzja książki Stinger. Żądło namiętności
Myślicie, że życie można zaplanować od A do Z? Spisać cele na kartce, przewidzieć pojawiające się na drodze do przyszłości osoby, problemy i wydarzenia? A może sądzicie, że jak coś postanowicie, to przynajmniej los nie spłata figla i, z odrobiną wysiłku i samozaparcia, dopniecie swego? To jednym może wydawać się nudne, innym natomiast... stabilne. Pytanie jednak brzmi, czy jest możliwe? ...czytaj więcej




Sobota


RETRO DAY – Syberia: Złota Edycja
Dzisiaj naprawdę odpłynę w przeszłość! Powiem kilka słów o pewnej wyjątkowej pod względem gatunku produkcji. Jak zdążyliście już zauważyć, jestem ogromnym fanem gier RPG i nastawionych na fabułę czy też eksplorację. W roku 2006 na urodziny otrzymałem natomiast grę, która od tych typowych dla mnie produkcji znacząco odbiega. W moje ręce wpadła bowiem przygodówka, dzieło Microids/Anuman Interactive w wersji zawierającej obie części serii – Syberia: Złota Edycja. Zanurkujmy w ten intrygujący świat po raz kolejny, dla mnie jednak na pewno nie ostatni... czytaj więcej