piątek, 30 września 2016

Nuda nad Bretanią

Lawendowy pokój był strzałem w dziesiątkę. Powieść tak mnie zachwyciła, że od razu wpisała się na listę ulubionych. Myślałam, że sięgając po kolejną książkę Niny George będę tak samo usatysfakcjonowana, dlatego od razu kupiłam Księżyc nad Bretanią i zaczęłam czytać... było to końcem kwietnia 2016 roku. Czytałam, czytałam, aż w końcu doczytałam. 


Tytuł: Księżyc nad Bretanią
Autor: Nina George
Wydawnictwo: Otwarte

Marianne chce skończyć ze swoim życiem. Próbuje popełnić samobójstwo, jednak jakiś natrętny facet postanawia ją uratować. Kobieta trafia do szpitala, gdzie przyjeżdża jej mąż, który zaczyna ją o wszystko obwiniać i nie okazuje ani trochę uczuć czy zwykłej troski o drugiego człowieka. Sześćdziesięcioletnia Marianne po wielu latach bycia nieszczęśliwą i pokrzywdzoną postanawia uciec... Od męża, od samej siebie. Obraz na kafelku przedstawiający port w Bretanii z łodzią o nazwie "Mariann" daje jej nadzieję na lepsze jutro i odnalezienie "swojego" miejsca na ziemi. Dzięki tej decyzji Marianne na nowo uczy się być szczęśliwa i spełniona. Trafia do małej wioski rybackiej i przez pomyłkę zaczyna pracę w restauracji. Poznaje wielu ludzi, których historie okazują się tak interesujące i momentami przykre, że Marianne zaczyna wszystko postrzegać inaczej. To miejsce, gdzie wszyscy wszystkich znają, gdzie dzieją się rzeczy cudowne, zmienia wszystko... Jednak w Bretanii pojawia się jej mąż, Lothar.

Początkowo historia wydaje się piękna. Podróżując pociągami nie mogłam wyjść z podziwu dla autorki, że stworzyła kolejną powieść z takim klimatem i językiem, jak Lawendowy pokój. Cytaty zaznaczałam jak szalona, wzdychałam czytają znakomite opisy i rozmyślania głównej bohaterki. Myślałam jednak, że tutaj również coś się zmieni, że klimat powieści nie będzie wciąż tak ciężki i przytłaczający. Jest to historia kobiety pokrzywdzonej przez los, która od lat nie mogła spełnić wielu swoich marzeń. Gdy w końcu jej się udaje zrobić coś tak banalnego, jak włożenie czerwonej sukienki, do czytelnika powinno dotrzeć, że w życiu liczą się małe rzeczy. Widziałam to, widziałam, co autorka chciała zrobić, co chciała przekazać. Chciała dać nadzieję, pokazując bohaterkę zmieniającą się pod wpływem nowego otoczenia i pozytywnych bodźców zewnętrznych, jednak... Coś nie wyszło. Musze przyznać, że Nina George ma znakomity warsztat pisarski, nie ma drugiej takiej autorki, która mogłaby pisać tak barwnie o życiu zwykłego człowieka. Ale akurat klimat Księżyca nad Bretanią wydawał mi się permanentnie depresyjny, nie do przebycia. 

Bohaterowie powieści to jej naprawdę mocna strona. Każda postać jest wykreowana na swój sposób, nie czuć w nich sztuczności czy "kopiuj-wklej" i każda wnosi do powieści coś innego, coś poza życiem Marianne. Ale nie potrafiłam się tym cieszyć, nie potrafiłam tego docenić i nie potrafiłam zakochać się w kolejnej książce tej autorki, książce tak trudnej, że aż męczącej. Być może to nie na moje nerwy, a może nie na mój wiek. Może powinnam sięgnąć po nią za kilkadziesiąt lat, gdy będę miała większą część życia za sobą, bagaż niespełnionych marzeń i ciężkich doświadczeń. Może jestem po prostu za młoda.

Cztery miesiące zajęła mi lektura tej książki przeplatana innymi pozycjami dla rozładowania napięcia i – co tu dużo mówić – nudy. Lawendowy pokój był ciężki i też musiałam czytać równolegle książkę lekką, jednak Księżyc nad Bretanią nie pokazał mi swojego uroku, może właśnie dlatego, że tak strasznie się ciągnął. Niemniej polecam książkę tym, którzy lubią czytać powieści z wieloma rozmyślaniami, powieści filozoficzne i aż za bardzo życiowe. Wiem, że są tacy, którym ta pozycja się podobała, jednak u mnie to chyba nie ten czas...

wtorek, 27 września 2016

Batman: Trybunał Sów


Chyba wszyscy lubimy dzień naszych urodzin, prawda? Dzień, w którym spotykamy się z przyjaciółmi i rodziną, cieszymy swoją obecnością i oczywiście otrzymujemy różnorakie prezenty, najlepiej by były one od serca i pokazywały jak bardzo zależy nam na osobie, która jest nimi obdarowywana. Przyznam, że i ja miałem kilka dni temu urodziny, już dziewiętnaste, nawiasem mówiąc. Moi znajomi przeszli jednak samych siebie pod względem prezentu. Otrzymałem od nich całą dostępną w Polsce serię komiksów New DC 52 od Batman: Trybunał Sów aż po Batman: Cmentarna Szychta. W ciągu następnych tygodni mam zamiar je wam zrecenzować, rozpoczynając właśnie od tomu pierwszego, wydanego w 2011 roku pod tytułem Batman: Trybunał Sów. Nie chcąc przedłużać – zapraszam do tekstu.




Tytuł: Batman: Trybunał Sów
Scenariusz: Scott Snyder
Rysunki: Greg Capullo
Tusz: Jonathan Glapion
Kolory: FCO


Warto na początku wspomnieć, o czym konkretnie traktują kolejne strony tego właśnie komiksu. Batman zostaje wezwany do oględzin przybitego rzutkami do ściany trupa. Rzutki te mają na głowniach logo sowy. Logo to kojarzy się i Batmanowi i Harveyowi Bullockowi ze starą legendą Gotham o grupie tajemniczych ludzi/istot, które od wieków niepodzielnie i niestrudzenie rządzą Gotham, pozbywając się swych przeciwników za pomocą Szponów, elitarnych zabójców na ich skinienie. Batman z początku nie wierzy w owych morderców, dopóki nie grożą oni śmiercią Bruce'owi i niepodzielnie i niestrudzenie i nie próbują rzeczywiście go zabić. Szybko okazuje się, że nie jest on pierwszą osobą z rodziny, która padła ofiarą Trybunału Sów. Czy to może być prawdą? Czy Gotham nie jest jednak miastem Batmana, a makietą, na której grają gracze o wiele poważniejsi i potężniejsi od niego? Czy to wszystko przemknęło Nietoperzowi pod nosem niezauważenie? I czy uda mu się powstrzymać tajemniczego mordercę?

Cóż... jeśli pragniecie odnaleźć odpowiedź na te pytania, to serdecznie zapraszam was do przeczytania komiksu. To jest chyba jego największą zaletą – opowieść. Nie jest to komiks w stylu Husha, który recenzowałem jakiś czas temu i który stał bardziej przemyśleniami głównego bohatera i wewnętrznymi rozterkami reszty bohaterów. To nie Mroczny Rycerz kontratakuje, który opowiadał o beznadziejnej walce w przeżartym korupcją systemie. To komiks detektywistyczny. Komiks czysto fabularny, który opisuje wielowątkową opowieść z kilkoma ciekawymi zwrotami akcji, a także odniesieniami do różnych komiksów, które wyszły przed nim. W tę opowieść wplątane są dobrze znane fanom tego świata postacie – syn Bruce'a, Nightwing, Alfred – wierny lokaj, Jim Gordon i Harvey Bullock, a także gościnnie w panelu lub dwóch występują postaci takie jak Kobieta Kot czy Batgirl. Ktoś, kto choć chwilę przesiedział nad komiksami DC, z pewnością poczuje się tu jak w domu i szybko odnajdzie na "osi czasu" (o ile coś takiego w DC istnieje) i komfortowo przebrnie przez solidny scenariusz.


Co jednak buduje każdy komiks, zarówno ten solidny, jak i słaby? Rysunki. Kolory. Klimat, który one tworzą. W tym akapicie pragnę wspomnieć właśnie o tym aspekcie Trybunału Sów. Niezwykle lubię ten rodzaj kreski. Szczery, brutalny i brudny. Tak ludzki i bliski memu sercu i światu, jaki nas otacza, że niezwykle łatwo mi wsiąkać w każde dzieło rysowane w ten sposób. Bo ten komiks, jakkolwiek obscenicznie to nie zabrzmi, ocieka brudem. Pławi się w nim. Pławi się w krwi i rysunkach, które oddają całą grozę lub całe piękno sytuacji. Rysunki, które nie boją się być kontrowersyjne, komiksy, które takie są, zasługują na pełen szacunek. Czuję, że tego rodzaju podejście do tematu rysownictwa odkłamuje komiksy jako takie. Ukazuje odbiorcom, że nie są to już bajeczki dla małych dzieci, w których strach podejmować kontrowersyjne tematy. Takie podejście ukazuje komiksy jako pełnowartościową rozrywkę dla ludzi w każdym wieku i różnorakiej wrażliwości. Uważam, że rysunki ogromnym plusem Trybunału.... Szczegółowe, brudne i szczere do bólu – tak najłatwiej je opisać.

Gdy rysunki prezentują ten typ ekspresji, nie trudno się wam chyba domyśleć, jaki klimat towarzyszy stronom tego komiksu. Jest to ciężka i mroczna historia o poszukiwaniu prawdy i walce ze słabościami. Ukazanie, że nawet superbohatera da się złamać, ale że ze wszystkiego możemy powstać silniejsi. Czujemy, że nie rozumiemy i nie znamy Gotham. Odczuwam to wraz z Batmanem, który wątpi w swoją potęgę, swoją wyższość i przewagę nad przeciwnikami. Jego ukochane miasto wymyka mu się z rąk. Miasto, które przysięgał bronić. Komiks jest intrygujący i tajemniczy, bardzo brutalny i szczery, ale przede wszystkim bardzo w stylu DC. W stylu, który odrzuca wielu ludzi, ale i wielu przyciąga. Mnie ta brutalna szczerość niezwykle zafascynowała. Kolory, w przewadze pomarańcz, czerń i biel, są silnie eksponowane i każdy panel przykuwa nasz wzrok, skłania do delektowania się rysunkami oraz szczegółami i poszlakami na nich zawartymi.


Batman: Trybunał Sów to komiks genialny, którego wady ciężko wyliczyć choćby na palcach jednej ręki. Jedyną wadą, jaką znalazłem, jest to, że czuć, iż jest to jedynie część historii o Trybunale, która rozwinięta będzie w Tomie 2. Czuć, że Snyder gra na naszych emocjach tylko po to, by przytrzymać nas w napięciu do rozwiązania całej tej afery w tomie drugim, za który biorę się za chwilę, gdy tylko moja recenzja zostanie zaplanowana na dzień, w którym ją czytacie. Polecam serdecznie Trybunał Sów, ale pamiętajcie – jeśli zobaczycie sowę, nie uciekajcie. Jej Szpon i tak już idzie waszym śladem. 

czwartek, 22 września 2016

Batman: Mroczny rycerz kontratakuje


Szanuję klasykę. W końcu to właśnie klasyki rozpoczęły trendy, wniosły do gatunków nowe nurty oraz stworzyły całkowicie nowe. Człowiek, który pasjonuje się czymś, a nie zna choćby pobieżnie "staroci" czy początków swojej pasji, nie jest tym naprawdę zaintrygowany. Sięgnąłem więc po kontynuację jednego z takich klasyków w wydaniu zbiorczym. Batman: Powrót Mrocznego Rycerza wydany w 1986 roku był komiksem rewolucyjnym, bardzo dobrze przyjętym zarówno przez recenzentów, jak i czytelników, który wprowadził do gatunku wiele nowego. Gdy po piętnastu latach Frank Miller zapowiedział jego kontynuację, oczekiwania, co nie dziwi, były ogromne. Czy Mroczny Rycerz rzeczywiście kontratakuje? Czy komiks spełnia oczekiwania?



Tytuł: Batman: Mroczny Rycerz kontratakuje
Autor: Frank Miller, Lynn Varley
Wydawnictwo: Egmont


Na początek warto wspomnieć, o czym jest komiks, a raczej: co kontynuuje. Kontynuuje on fabułę z poprzedniego, legendarnego – jak wspomniałem – komiksu. Podstarzały Batman szkoli w ukryciu superbohaterów, samemu udając przed światem zmarłego. W świecie, który się zatracił, który został zniewolony i jest trzymany za twarz, tylko on nadal wierzy w wolność i o tę wolność zamierza walczyć. Na jego drodze staną nie tylko czarne charaktery DC, ale również Superman, który uważa Bruce'a Wayne'a za siewcę chaosu i zniszczenia, samozwańczego bohatera, którego pomocy nikt już nie potrzebuje. Mamy więc, co jest niezwykle typowym szablonem fabularnym dla DC, konflikty wewnętrzne naszych bohaterów, którzy muszą odnaleźć się w zmieniającym się i nieprzychylnym już dla siebie świecie. Odrzuceni i niepotrzebni, znienawidzeni przez opinię publiczną, zakłamaną przez totalitarne, światowe rządy znani superbohaterowie próbują nadal działać, tracąc wiarę w sens swego trudu i znoju. Jest to niezwykle intrygujące i głębokie: obserwować ich emocje, czytać ich rozmyślania i rozumować wraz z nimi.

Komiks napisany jest tak, że bardzo łatwo możemy się wczuć w przedstawioną opowieść oraz rozterki jego bohaterów. Pomimo że są to superbohaterowie, ten komiks zdziera z nich pewność siebie, intelektualną przewagę nad zwykłymi mieszkańcami oraz cały przypisany im patos. Pokazuje ich jako ludzi – ludzi, którzy pragnęli się poświęcić w obronie niewinnych; ludzi teraz odrzuconych i zepchniętych na margines historii. Fabuła to bardzo mocna, chyba najmocniejsza strona tego komiksu. Emocje, które wywołuje, w tym niekiedy śmiech (gdyż Miller osadził w komiksie sporą garść humoru, często czarnego czy zwyczajnie głupawkowego), pokazują nam, że autor nie stracił pazura do historii jako takich. Gdyby komiks stał się jedynie historią...

...to nie musiałbym w tym akapicie mówić, jak okropne są w tym komiksie rysunki. Ja wszystko rozumiem – komiks jest kontynuacją legendarnego klasyka z lat 80. i założenie było takie, aby jak najbardziej przypominał on rysunkowo pierwowzór, ale jak na rok wydania komiksu... cóż. Nie będę owijał w bawełnę – rysunki są ohydne. Niedokładne, niewyraźne i wyglądają bardziej jak abstrakcja niż panele komiksu. Bolały mnie niekiedy oczy podczas wertowania jego stron, gdyż wielość kolorów, kresek i kształtów nieco przytłaczała mój umysł, ale nie w pozytywnym sensie, niestety. Czytany w 2016 roku tuż obok drugiego tomu Wiecznego Batmana wypada on niezwykle biednie i, niestety, tym razem wmawianie sobie, że coś miało pewne założenie, mi nie pomaga. Efekt z całą pewnością został osiągnięty, ale poza zapaleńcami starej szkoły rysunkowej to raczej niewielu zostanie przez tę szatę graficzną przyciągniętych.

Szczególnie młodzi czytelnicy poczują się odstraszeni, co zresztą widać po wielu negatywnych recenzjach na różnorakich portalach, które w szczególności ganią komiks właśnie za ten aspekt. U mnie, gdy mówimy o rysunku, to mówimy również o klimacie, a więc domyślacie się już, że i klimat nie powala na łopatki właśnie ze względu na bohomazy – nie boję się tak tego nazwać – pojawiające się na stronach. Teksty wypowiadane przez bohaterów są bardzo klimatyczne, a sama opowieść trzyma w napięciu przez 256 stron, ale cała głębia i ciężkość fabuły, ciężkość klimatu osadzonego bądź co bądź w totalitarnym świecie, jest spłycana przez głupawą kreskę. To bolesne, gdyż sięgnąłem po komiks z wielkim zainteresowaniem, chcąc poznać dalsze losy podstarzałego superbohatera, do którego czuję naprawdę największą sympatię. Scenariusz buduje więc genialne napięcie oraz atmosferę nostalgii, beznadziejnej walki o lepsze jutro i lepszy świat, ale rysunek co rusz przypomina nam o wielkich niedoskonałościach tejże kontynuacji. Miałem, chamie, złoty róg – można by rzec!



Batman: Mroczny rycerz kontratakuje to komiks niezwykle nierówny, którego nigdy nie nazwałbym must read. Jeśli macie ochotę przymknąć oko na niedoskonałości graficzne i dobrze bawić się przy bardzo dobrze rozpisanym scenariuszu, to zapraszam – kupcie go i sami oceńcie. Jeśli jednak jak ja łączycie estetykę kreski z klimatem i wywieranymi przez tę kreskę emocjami, to omińcie sobie ten komiks i wróćcie, z poprawką na rok wydania, do genialnego i nadal świetnie trzymającego się Powrotu Mrocznego Rycerza.

środa, 21 września 2016

Kropla drąży skałę

Po przeczytaniu trylogii Driven byłam ciekawa kolejnych powieści z tej serii, które nie są kontynuacją historii Rylee i Coltona (co byłoby strasznie naciągane, więc bardzo dobrze), więc z chęcią sięgnęłam po Slow burn. Kropla drąży skałę. Myślałam, że będzie ciężko się przestawić na innych bohaterów, bo będzie mi brakowało poprzedniej pary. Już na wstępie mogę powiedzieć, że moje obawy się nie sprawdziły. Jak więc wypada Slow burn na tle poprzednich książek K. Bromberg? Czy autorka się nie "wypaliła", nie przegadała?


Tytuł: Slow burn. Kropla drąży skałę
Autor: K. Bromberg
Wydawnictwo: Helion (EditioRed)


Slow burn opowiada historię Haddie, przyjaciółki Rylee, która w trylogii była bardzo rozrywkową i charyzmatyczną dziewczyną. Na pewni pamiętacie słowa Coltona skierowane jako jedne z ostatnich do Becketta, najlepszego kumpla, który już wtedy czuł "coś" do Haddie. Właśnie ich relację i codzienność przedstawia K. Bromberg w tej części. Jeśli uważaliście tę atrakcyjną blondynkę za nudną bądź rozwiązłą, jej historia wszystko nie tyle usprawiedliwia, co wyjaśnia. Ostatnie miesiące były dla niej prawdziwą tragedią. Matka przeżywała liczne nawroty nowotworu, po czym okazało się, że siostra również jest poważnie chora. Haddie trwała u jej boku, wspierała ją i przeżywała wszystkie badania równie mocno. Niestety tej walki wygrać się nie udało. Lexi była dla naszej głównej bohaterki najważniejszą osobą w życiu, a nagle po prostu zniknęła, zostawiając na świecie kochającego męża i małą córkę. Haddie, mimo że to właśnie w jej stronę skierowały się teraz wszystkie obawy rodziny, poczuła się odpowiedzialna za dziewczynkę i zachowanie pamięci o jej matce. Postanowiła z nikim się nie wiązać, by żaden mężczyzna w przyszłości nie musiał przechodzić przez to, do czego zmuszony został mąż Lexi. Uważała się za wystarczająco silną, by poradzić sobie z całym życiem i problemami z pracą, z domem, z uczuciami i zdrowiem w pojedynkę. Jednak los lubi płatać figla, a plany rzadko kiedy pozwalają się zrealizować tak, jak sobie założyliśmy...
Życie bez pasji i miłości to powolne zamarzanie na śmierć.
To stwierdzenie zabrzmi na pewno dziwnie w waszych myślach, ale uwielbiam książki z wątkiem choroby nowotworowej. Zanim zabrałam się za czytanie Slow burn nie wiedziałam, co mnie czeka. Pierwsze strony powieści też nie wskazywały na to, że za chwilę będę czytać nawet wciągającą i emocjonalną opowieść. Wielu ludzi twierdzi, że romanse/literatura erotyczna to zwykłe czytadełka. Polemizować z tym się nie da, ale właśnie dlatego jest to literatura, dzięki której łatwo przemycić jakieś przesłanie czy wartości nawet do ludzi, którzy czytają raz na jakiś czas i to wyłącznie lekkie książki. Za to zaczynam doceniać K. Bromberg – stworzyła ona znakomitą trylogię, którą w recenzjach opisywałam jako ambitną, a teraz równie dobrze i równie ciekawie opisuje życie w ciągłym strachu, przez który popełnia się błąd za błędem. To kolejna książka o miłości, ale z przesłaniem. Książka, w której na pierwszym miejscu jest człowiek: jego relacje, emocje, problemy. Książka, którą starała się otworzyć oczy ludziom tak zajętym swoim bólem, że nie zauważającym ludzi będących wsparciem.
Każdy zasługuje na to, by go w pewnym momencie uratować.
Haddie jest bohaterką, która przez połowę powieści mnie denerwowała. Zbyt uparta, czasami wydawała się wręcz sztuczna. Niektóre jej wypowiedzi nie miały dla mnie sensu, a jej rozmyślania trochę nudziły. Na szczęście ostatecznie się zmieniła i wróciła ta Haddie z trylogii, przyjaciółka Rylee, którą polubiłam. To jednak pokazuje tylko, że ludzie w towarzystwie są inni, więc nie można "oceniać książki po okładce". Myślę, że ma to też zastosowanie w przypadku Slow burn, gdyż okładka tak mi się nie podoba, że kładę ją tyłem do góry. Również Beckett nie jest tym mężczyzną, którego widzieliśmy zawsze u boku Coltona. Dzięki tej powieści można było lepiej poznać postacie i zobaczyć, że wcale nie są stworzone pobieżnie. 

Mam jednak duże zastrzeżenia do początku tej historii. Wrażenie deja vu nie opuszczało mnie przez kilkadziesiąt stron, nastąpiła tylko mała zmiana ról. Jak w poprzednich powieściach niedostępny był Colton, a Rylee starała się do niego dotrzeć, tak teraz Haddie grała niedostępną, a Beckett próbował ją zrozumieć i otworzyć na ludzi. Myślałam sobie, że będzie wiało nudą... Ale akcja w końcu się rozkręciła i drugiego dnia czytałam już z zaciekawieniem do samego końca. Fakt, książka jest pisana według jakiegoś schematu przyjętego przez autorkę albo schematu przy pisaniu romansów erotycznych, jednak po raz kolejny w niektórych aspektów K. Bromberg odbiega od normy. Zupełnie jakby postawiła sobie za cel przekazać ludziom kilka porad i prawd życiowych dotyczących różnych trudnych, nieprzewidywalnych wydarzeń. Żaden człowiek nie jest tak silny, by samemu radzić sobie z problemami. Każdy potrzebuje wsparcia, potrzebuje obok drugiej osoby, która spojrzy na coś z boku, nie egoistycznie czy pod wpływem strachu.
Nie ty wybierasz ludzi, którzy się tobą interesują. Nie możesz podejmować decyzji za innych, mówić im, co mają czuć, a zwłaszcza odcinać ich, żeby oszczędzić im czegoś, przez co według ciebie musieliby przejść (...). To do mnie i do Ry należy decyzja dotycząca tego, jak sobie z tym poradzimy... Nie do ciebie. (...) Najlepsze dla mnie jest to, żebyś pozwoliła mi podejmować samodzielnie decyzje, a ty powinnaś przestać kłamać, żeby mi to umożliwić.
Ostatecznie Slow burn. Kropla drąży skałę jako "ambitne czytadełko" oceniam dość wysoko, jednak nie tak wysoko, jak trylogię Driven. Myślę, że powinno się to czytać z pewnym odstępem czasowym, by częściowo zapomnieć wydarzenia poprzednich bohaterów. Nie jest to oczywiście książka zła, bo naprawdę dobrze opisuje walkę z chorobą i miłość łączącą dwójkę różnych ludzi. Nie raz łza kręci się w oku i nie raz można się do siebie pouśmiechać. A przede wszystkim K. Bromberg tworzy znakomite zakończenia! Potrafi tak zakręcić czytelnika, żeby w jego głowie urodziło się pełno myśli... Widać jednak postęp, bo rozdziały pisane z perspektywy mężczyzny wydawały mi się bardziej dopracowane i realne, więc jeśli podobało wam się Driven, przeczytajcie Slow burn!
Czas jest cenny. Marnuj go mądrze.

Za książkę dziękuję:

sobota, 17 września 2016

Binding of Isaac: Afterbirth – sprawdzam swój dystans do życia!


Cóż... to było obrzydliwe i obsceniczne przeżycie, ale tylko ja sam wiem, jak dobrze bawiłem się przy tej nietypowej i nieskomplikowanej produkcji. Po przegraniu kilkunastu godzin w tę grę myślę nieco innymi torami, niż myślałem zanim do niej przysiadłem. Przedstawiam grę akcji studia Nicalis, Inc pod tytułem The Binding of Isaac: Afterbirth. Zaczynamy!


Jeśli chodzi o wyjaśnienie samego typu gry, jest to z całą pewnością shooter z elementami RPG oraz zręcznościowymi, w którym gramy tytułowym Izaakiem, dzieckiem, które obsesyjnie wierząca matka próbowała zabić. Chłopiec odnalazł właz w swym pokoju, którym uciekł, trafiając do okrutnego i obrzydliwego świata pełnego demonów i potworów. Teraz musimy mu pomóc się z niego wydostać i pokonać okrutną matkę. Mamy tu więc do czynienia z nieskomplikowaną fabułą, która ma być oczywiście jedynie tłem, pewnym podłożem emocjonalnym, na którym będzie rozgrywać się nasza szalona wędrówka po opanowanych przez potwory piwniczkach. Będziemy mieli do czynienia z muchami, wielkimi pająkami, pozszywanymi zombie oraz ohydnymi, budzącymi wstręt stworzeniami przypominającymi, pardon, kupy! Są też bossowie na koniec każdego poziomu, którzy poziomem obrzydliwości swego wyglądu i sposobów ataków przebijają się z każdym następnym.

Tak. Gra jest dziwna. Dziwność ta jednak niezwykle nas przyciąga i pomimo że niektórymi elementami obscenizmu gra odrzuca, zawsze mamy ochotę do niej wrócić i sprawdzić, co też nowego możemy z niej wyciągnąć. A wyciągnąć możemy nie mało. Jest tu wiele postaci do odblokowania oraz tryb wyzwań, których ukończenie daje nam różnorakie specjalne nagrody. Po prawdzie to zawsze mamy w tej grze coś do zrobienia, aż do osiągnięcia jej 100% zawartości, co, uwierzcie mi na słowo, nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać po pierwszych kilku minutach rozgrywki.


Jest to element rozgrywki, którego opisywanie sprawi mi najwięcej radości właśnie przez kontrowersyjność. Chodzi mi o grafikę, sposób prezentacji gry oraz modele przeciwników i całej reszty. Są okropne. Ohydne. Obsceniczne. Wszędzie na ekranie możemy dostrzec krew, fekalia i różnego rodzaju powodujące u normalnych pruderyjnych ludzi zawał scenerie. Tak – potwory wyglądają często jak pozszywane trupy. Tak, niektóre z nich w formie ataku plują na nas krwią, wymiotują bądź robią inne ohydne rzeczy. Tak – grafika swoją groteskową, komiksową konwencją niezwykle podkreśla ich karykaturalność, ale... ale pamiętajmy, że to tylko gra! Prawda? Gra, która w całej tej ciężkiej scenerii niezwykle dobrze żongluje czarnym humorem i prześmiewczymi motywami. Gra kontrowersyjna, ale nie chamska, nie kontrowersyjna na siłę, która nie boi się eksperymentować tak z gatunkiem, jak i z nerwami przeciętnego odbiorcy. Bo to nie jest gra dla przeciętniaka. Symbolika, która stoi za modelami przeciwników i modelami naszych postaci jest jednak jasna. Przeciwnicy są wykreowani na ohydnych, obrzydliwych i nieprzyjemnych oku. Nasi bohaterowie są jednak naprawdę słodcy i przyjaźnie wyglądający, co ma sugerować ich dobro lub zło. Iście dziecięce rozwiązanie, ale w grze, która tak silnie opiera się na karykaturze i cyfrowym, growym pastiszu, wypada ono perfekcyjnie. Grafika to jednak właśnie to, dzięki czemu gra nie zestarzeje się nigdy. Nie mamy tutaj do czynienia z hiperrealizmem. Nie jest to odzwierciedlenie rzeczywistości. Za kilka czy kilkanaście lat nadal będzie wyglądała dobrze, ponieważ utrzymana jest w danej konwencji, ciekawej bądź nie, ale konwencji. Grafika to olbrzymi plus tej produkcji.


Muzyka jest elementem klimatu, a klimat to w grze rzecz niezwykle ważna, rzecz, która musi być budowana kilkoma elementami, aby zachwycić. Dobry klimat przyciąga nas do gry, natomiast ten płytki odrzuca bardzo sprawnie. Binding of Isaac ma klimat, co wydaje się raczej naturalne po wszystkim, co opisałem w powyższym akapicie, dość ciężki i toporny. Muzyka go budująca jest mroczna, dynamiczna i żywa, ale nie w tym żwawym sensie, a raczej agresywnym i budującym napięcie. Jest to w końcu gra o ścieraniu się z dziesiątkami przeciwników, ciągle unikając ich, biegając i strzelając do nich z różnorakich broni czy mocy znalezionych po drodze. Boicie się jednak, że gra swym ciężarem was przygniecie? Cóż... to nie do końca tak. Gra jest rzeczywiście dość ciężka dla przeciętnego odbiorcy, ale odebrana w odpowiedni sposób nie będzie odrzucała, a zacznie wręcz przyciągać! Potraktujcie to wszystko jako hiperboliczne przedstawienie psychologicznych zmagań dziecka z nadopiekuńczą, obsesyjnie wierzącą matką i brakiem ojca. Potraktujcie to jako koncept. W innym przypadku możecie poczuć znużenie kontrowersyjnością i obscenicznością gry. Bo taki ma ona właśnie klimat. Niepokoju, pośpiechu i agresji. Walki, sprawdzania własnej zręczności i szczęścia. Jest to gra ciężka nie tylko pod względem bardzo wysokiego poziomu trudności, który przypomina bardzo stare produkcje, w których wyznacznikiem życia nie był pasek zdrowia, a trzy serduszka (lub więcej). Jeśli nie potraficie śmiać się z koncepcji, jeśli nie potraficie bawić się grami jako produktami, to radzę wam ominąć to szerokim łukiem, gdyż wymaga niezwykłego dystansu.


Izaak bardzo przyjemnie zajął mój czas. Bardzo przyjemnie wypełnił go flakami, krwią i fekaliami. Jakkolwiek obrzydliwie może to nie brzmieć, ja jestem zadowolony z możliwości ogrania tej produkcji, która notabene wpadła mi w ręce przypadkowo, niosąc ze sobą wiele godzin mozolnego wykonywania skrupulatnie wszystkich wyzwań, które na mnie zsyłała. Jest to świetna gra akcji, bardzo dobry tester poczucia humoru oraz dystansu i przede wszystkim bardzo dobra produkcja jako taka. Uważam, że powinniście poświęcić temu potworkowi trochę czasu. 

piątek, 16 września 2016

Ścigany uczuciem

Podczas czytania debiutanckiej trylogii Driven autorstwa K. Bromberg na pewno nie raz zastanawialiście się (albo zastanawiać będziecie), co dokładnie kieruje Coltonem i o czym myśli w niektórych sytuacjach. Pojawiało się wiele pytań typu "ale dlaczego?", "nie rozumiem, o co mu chodzi?", "co dokładnie wywołało (jego) zmianę (decyzji)?"... I właśnie tę ciekawość miała zaspokoić ta niewielka książeczka, prezent od autorki dla wypytujących czytelniczek, czyli Raced. Ścigany uczuciem. Czy była ona potrzebna?


Tytuł: Raced. Ścigany uczuciem
Autor: K. Bromberg
Wydawnictwo: Helion SA (Septem)


Raced... to takie przypomnienie kluczowych scen z całej trylogii, a rozdziały są pisane wyłącznie z perspektywy Coltona. Każdy rozdział jest poprzedzony krótkim komentarzem autorki, która już na wstępie wyjaśnia, że nie miała zamiaru pisać z perspektywy mężczyzny, bo jej bohaterką od początku była Rylee. Jak w kilku przypadkach uważam, że było całkiem fajnie dowiedzieć się, dlaczego Colton zmienił decyzję bądź co siedziało w jego głowie (zwłaszcza jeśli chodziło o scenę finałową całej trylogii), tak w innych myślę, że było to po prostu zbędne. Nie zostawiając więc pytania bez odpowiedzi: nie była potrzebna, ale zamiar i dodatek do trylogii jest ciekawy.
Zło konieczne, które pali, lecz po wszystkim czujesz się czystszy.
Małżeństwo.
Problemem jest to, że niektórych rzeczy próbowałam domyślać się sama i tworzyłam w myślach pewne scenariusze tych "przemilczanych" w pewien sposób wydarzeń. Scenariuszy stworzyłam wiele, ale nie przyszło mi do głowy, że Colton może być osobą... taką. Ciężko nawet powiedzieć jaką. Miałam wrażenie, że czytam o bohaterze nieco naciąganym, odbiegającym charakterem od wielu mężczyzn, których znam lepiej bądź gorzej. Może powinnam się z tym pogodzić i przyjąć, że to jest "po prostu Colton", ale nie opuszczało mnie przekonanie, że coś tu jest nie tak. Jak trylogia mnie wciągnęła, zaciekawiła i mam o niej naprawdę dobre zdanie, tak czuję się zawiedziona tą książeczką. Może nie tyle samą pozycją, bo nie ma się do czego przyczepić, co bohaterem. Rozdziały nadal są pisane w stylu Driven, nadal czuć atmosferę serii i samej K. Bromberg. Poziom pozostał ten sam. Chyba po prostu miałam inne oczekiwanie i inne wyobrażenia samego Coltona i tego, co działo się "za kulisami". W samej trylogii kilka rozdziałów jego oczami były strzałem w dziesiątkę, gdyż dobrze się czasami oderwać od bardzo kobiecej Rylee. Tutaj widać jak na dłoni, że ten mężczyzna został wykreowany przez kobietę, która tchnęła w niego wiele swoich wyobrażeń.
Los wręcza ci listę doświadczeń do przeżycia. Są wśród nich takie, których nigdy byś się nie spodziewał, oraz takie, które cię załamują lub leczą twoje rany. Są też takie punkty, których nie masz zamiaru nigdy zrealizować lub które wręcz chciałbyś skreślić. Wciągasz się w codzienność i życie chwilą, lecz pewnego dnia spoglądasz na swoją listę i ze zdumieniem przekonujesz się, że zrealizowałeś niektóre punkty. Wtedy uświadamiasz sobie, że brutalna prawda, z którą skonfrontował cię los, sprawiła, że stałeś się lepszym człowiekiem, a przy okazji zdobyłeś nie dostrzeganą wcześniej nagrodę.
Nie odradzam sięgania po tę kilkudziesięciostronową pozycję, przeciwnie. Jest to rzeczywiście ciekawy dodatek, który wiele wyjaśnia i pozwala lepiej poznać Coltona i jego abstrakcyjne myśli, zasady, dylematy. Jednak najlepiej nie nastawiać się na nic, przede wszystkim być świadomym, że nie będzie tak, jak to się sobie wyobrażało podczas czytania trylogii. Chociaż, przyznam szczerze, że teraz zapominam o tej książce, wyrzucam ją zupełnie z pamięci i zachowuję obraz Coltona taki, jaki naszkicowała mi autorka, a ja wypełniłam. 


Za książkę dziękuję:

poniedziałek, 12 września 2016

W zderzeniu z miłością

Przyszłość Rylee z Coltonem zawisła na włosku. Wszystko zdarzyło się tak szybko, że trudno to przyjąć do wiadomości. Po raz kolejny Crashed. W zderzeniu z miłością. Ta część to prawdziwe zderzenie, jazda bez trzymanki. Jak trzecia część przedstawia się na tle poprzednich i jakie wrażenie zostawiła historia Rylee i Coltona? Czy seria Driven to "po prostu erotyk"?


Tytuł: Crashed. W zderzeniu z miłością
Autor:


Po co pić, żeby to stłumić, skoro cierpienie to odczuwanie, odczuwanie to życie, a czy nie lepiej być żywym?



czwartek, 8 września 2016

Afterfall: Reconquest – powróćmy do pulpitu

źródło
Nie lubię pisać recenzji, które mieszają daną produkcję z błotem, bo znaczy to ni mniej, ni więcej, że musiałem strasznie się przy niej męczyć. Nie jestem typem wrażliwca i człowieka przepełnionego empatią, dlatego też zrobię to, co do mnie należy. Niedawno dzięki życzliwości IQ Publishing dostałem w swe ręce grę Afterfall: Reconquest studia Intoxicate, które urzekło mnie przynajmniej z opisu swoim postapokaliptycznym klimatem i awangardowym podejściem do oprawy wizualnej. Czy jednak sama rozgrywka dorównała nadziejom, jakie pokładałem w tej grze? Przekonajmy się!
źródło
Może nieco o samej fabule? Gramy osobnikiem zwanym Rozpruwaczem, który służy ocalałym w tym apokaliptycznym świecie jako ktoś w rodzaju najemnika. Nie jest on jednak zwyczajnym siepaczem! Posiada bowiem zestaw umiejętności, których może używać z pomocą swojej rękawicy. Wysysanie życia z wrogów, strzelba w lewej dłoni i tym podobne. Zostaje on wysłany na misję schwytania mutanta o imieniu Czerwonooki, z którym, jak to enigmatycznie zostaje nam wyjaśnione, ma jakieś niedokończone sprawy.

Na wstępie chciałbym również powiedzieć, że nie jest to pełnoprawna gra, a jedynie pierwsza część planowanej przez studio trylogii, dlatego też zabieg stworzenia zjawiska enigmatyczności historii mógłby być dobry, gdyby nie fakt, że narracja stoi tu na cholernie niskim poziomie. Fabuła jest nieinteresująca i nie skłania nas do jej odkrywania. Płytka i miałka, w ten sposób opiszę ją najlepiej. Sytuacja, w której patrzymy na grę nie jako na grę, a jedynie jej pierwszą część, co ma usprawiedliwić jej niespójność, jest sytuacją chorą. Nie pozwolę sobie na takie zagrywki – patrzę na produkcję, która ma mnie zaciekawić. Nie robi tego jednak, serwując zamiast dobrej fabuły kilka naciąganych wątków, które przeplatane są bezsensownymi momentami walki z tabunami wrogów pojawiających się nie wiadomo skąd.
źródło
Klimat to akapit o tyle ciekawy, iż zawiera on takie elementy takie jak muzyka i grafika, będące jego nierozerwalną składową. W tej grze od początku twórcy stawiali na klimat i widać to już, gdy otwiera się menu główne ręcznie rysowane, tak samo jak i cutscenki, to niezwykle klimatyczny i pełen głębi dodatek, który niezwykle korzysta z obranego przez twórców konceptu – czarno-białego filtru nałożonego na całość. Daje przygnębiające i ciężkie wrażenie, a jest to niezwykle ważne w grze o zagładzie cywilizacji, prawda? Na tym się jednak zalety takiego, a nie innego podejścia do klimatu kończą.

Gdy rozpoczynamy rozgrywkę, zauważamy, że cała gra, nie tylko przerywniki, są utrzymane w czarno-białym klimacie. Jedni pomyślą, że jest to ciekawy, niezwykle alternatywny i awangardowy koncept, ale ja raczej pomyślę, że jest to brak umiejętności i pomysłu na wykreowanie intrygującego, klimatycznego świata. Twórcy starają się zbyt mocno wyjść na skrajnych szalonych artystów albo zwyczajnie nie wiedzą, jak zrobić lokacje, by broniły się same.  Czarno-biały filtr jest niezwykle męczący dla oczu, a także zwyczajnie nuży i czuć, że jest on posunięciem na siłę. Na dokładkę podkreśla jedną z bolączek gry – ohydną grafikę. Tak! Dobrze przeczytaliście! Pomimo dość wygórowanych (chociaż dzisiaj raczej standardowych) wymagań sprzętowych, gra nie prezentuje poziomu graficznego, który mógłby konkurować nawet ze średniakami dostępnymi obecnie na rynku. Tekstury są słabej jakości, modele postaci to nic specjalnego, a o animacjach, mimice czy czymś takim w ogóle nie ma mowy. Mamy za to "komiksowe" ekrany dialogowe, które mają dawać wrażenie kolejnego konceptu. Prawda jest taka, że wychodzi tu brak pieniędzy lub ochoty, by postarać się i stworzyć normalne animowane dialogi. Dialogi, które sprowadzają się do maksymalnie trzech odpowiedzi, gdyż mamy do czynienia z grą liniową, która nie pozwala nam, choćbyśmy bardzo chcieli, wczuć się w ten na siłę forsowany mroczny klimat. Jedynie muzyka wychodzi delikatnie przed szereg, gdyż jest klimatyczna, refleksyjna i spokojna, co nieco pomaga nam poczuć klimat patosu, jaki dosięgnął nasz świat.
źródło
System walki i sterowanie to kolejne olbrzymie wady Afterfall: Reconquest. Bardzo możliwe, że największe z już wymienionych. Zaczynając jednak od systemu walki – jest... drętwy. Mamy podstawowe ciosy i kilka umiejętności na krzyż, a także system uników, który raz działa, a raz nie. Przez całkowite oskryptowanie przeciwników i ich zachowań walki są monotonne, przebiegają dokładnie tak samo za każdym razem i nie satysfakcjonują. Jedyną pozytywną stroną walki jest strzelba w rękawicy naszego bohatera, której trafienie powoduje dobrze wyglądający odrzut przeciwnika, który się czuje. W każdym innym calu walka jest niezwykle sztuczna i sztywna. Tak samo zresztą jak i sterowanie jako takie. Na początku niezwykle cieszyłem się z prostoty interfejsu, gdyż uznałem, że natłok elementów ekwipunku czy też funkcji mógłby mnie przytłoczyć. Nie sądziłem jednak, że interfejs okaże się nie tyle oszczędny, co po prostu niedorobiony i sztywny, bez polotu i pasji. Bo tak właśnie odczuwam ten element gry – jakby robiony na siłę, bo sequel musi być i pieniądze muszą się zgadzać. Przepraszam za wybuchowe emocje, ale gra, jeśli chodzi o mechanikę, wygląda niesamowicie pokracznie, jak gdyby była niedokończona. Gwoździem do trumny są jednak błędy techniczne, które uniemożliwiły mi przyjemną lub jakąkolwiek rozgrywkę. Gra wyrzucała mnie co chwilę do pulpitu, zacinała się w losowych momentach i czasami zawieszała na czas około dwóch minut... A to tylko kilka z bardziej denerwujących i psujących zabawę momentów.
źródło
Przepraszam serdecznie wszystkich, którym gra się podoba lub którzy zarzucą mi teraz zbyt dużą surowość względem małego studia, które nie ma środków do stworzenia gry AAA na poziomie Wiedźmina 3 czy innej, o niebo i ziemię lepszej produkcji. Może i macie rację, ale chciałbym przypomnieć wszystkim historię pewnego małego studia, które w roku 2007 wypuściło produkcję, która pomimo ograniczeń finansowych zachwycała oprawą audiowizualną, klimatem oraz dorosłym podejściem do niego. Tą grą była pierwsza część serii Wiedźmin. Co do Afterfall: Reconquest – jest to produkcja, która sprawia wrażenie niedokończonej, która pod każdym absolutnie względem, poza dobrymi chęciami (którymi, nawiasem mówiąc, wybrukowane jest piekło) mnie zawiodła i gdybym miał ją komuś polecić, to niestety muszę zrobić krecią robotę i stanowczo wam tego odradzić.

 Za grę dziękuję mimo wszystko IQ, gdyż nawet takie są potrzebne, by docenić wysiłki twórców


środa, 7 września 2016

Napędzani pożądaniem

Pierwsza część trylogii skończyła się w sposób, który miał zachęcić nas do sięgnięcia po Fueled. Napędzani pożądaniem i co – moim zdaniem – było skuteczne, gdyż zaczęłam czytać tego samego dnia, w którym skończyłam Driven..., a następnego skończyłam. Fueled... nie jest na szczęście "typowym środkowym tomem", a akcja rozwija się z każdą stroną. Znajomość Rylee i Coltona staje się tak burzliwa, pełna najróżniejszych emocji, że nie pragnęłam niczego poza poznaniem ich dalszych losów. W tej części do głosu oprócz pożądania dochodzą też uczucia, które wywołują burzę – dosłownie i w przenośni.


Tytuł: Fueled. Napędzani pożądaniem
Autor: K. Bromberg
Wydawnictwo: Helion (Septem)


Jeśli przestrzegasz wszystkich reguł, mała, omija cię cała zabawa.
Rylee postanowiła, że się nie podda. Nawet odrzucona przez Coltona nie pozwoliła nerwom, by nią kierowały, i za wszelką cenę spróbowała mu pomóc. Jak się okazuje, konsekwencje jej wyboru przyniosły skutki zarówno pozytywne, jak i negatywne. Przeszłość wraca, dawne blizny się otwierają i tylko od tej dwójki zależy, czy dadzą sobie pomóc. Pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi na myśl podczas śledzenia ich zmagać, jest takie, że są jak dwa magnesy: przyciągają się i odpychają. Raz okazują sobie miłość, chociaż boją się tak to nazwać, raz kłócą się i wyrzucają sobie dawne błędy. Rylee boi się rozmawiać o swoich uczuciach, kompleksach i zazdrości, Colton boi się wspominać o przeszłości, kobietach, ale przez zazdrość wyładowuje złość na tej wątpiącej w siebie kobiecie. Każda kolejna blondynka wywołuje burzę, każdy mężczyzna wywołuje gniew. Związek Rylee i Coltona wisi na włosku, a ich uczucie jest poddawane niezwykle trudnej próbie. Próbie zagrożenia życia...
(...) nie angażuj się w zatrzymanie kogoś, kto nie przejąłby się, gdyby Cię stracił.
Po pierwszym tomie stwierdziłam, że zapowiada się całkiem niezła seria erotyczna, lepsza od tych, które czytałam do tej pory. Nie będę owijać w bawełnę, druga część pokazała, że wcale się nie myliłam, a tylko zaostrzyła mój apetyt na finał trylogii i kolejne książki K. Bromberg. Główni bohaterowie są bardziej wyraziści, niż w Driven, może dlatego, że krok po kroku poznajemy ich lepiej, uwydatniają się cechy charakterów, a i Colton próbuje przestać kryć się ze swoją przeszłością i znosić ból, jaki mu sprawia, w samotności. Na pewno myślicie jak ja – to było do przewidzenia, że szara myszka Rylee uleczy wielką gwiazdę wyścigów z dawnych krzywd, albo przynajmniej pomoże mu z nimi żyć – tak to w erotykach bywa. Jednak wciąż te przewidywalne elementy gatunku nie przyćmiewają sposobu prowadzenia historii przez autorkę. Widać, że nie chciała, by jej książki były kopią wszystkich innych dostępnych na rynku, przy których kobiety się rozpływają przy "ochach i achach". Nie bała się poruszyć tematów trudnych i kontrowersyjnych, a ciężką atmosferę umiejętnie rozładowała dobrym seksem czy uprawianiem miłości (jak to w erotykach bywa, trzeba to oddzielać).
Gdy kogoś kochasz, czasem musisz mówić i robić rzeczy, na które inaczej byś się nie zdecydowała. Mówię na przykład o przebaczaniu. To do dupy, ale tak już jest (...). Granica między uporem a głupotą jest bardzo cienka...
Naprawdę ciężko pisać recenzję środkowej części bez większych spoilerów, bo wszystko łączy się z poprzednią albo z niej wynika. Jednak zauważyłam tutaj pewien postęp: bohaterowie drugoplanowi są stworzeni trochę lepiej, autorka nadała im kilka cech charakterystycznych poza nazwaniem relacji z głównymi bohaterami. Ciężko mi stwierdzić jedną rzecz: po co i na co zastosowany został "stereotyp blondynki"? Dlaczego każda kobieta (oprócz oczywiście głównej) jest "głupią blondynką", która myśli tylko o jednym? Z jednej strony jest to zastanawiające, z drugiej – w ten dziwny sposób K. Bromberg pokazała naturę człowieka. Na poważnych balach i imprezach każdy sprawia wrażenie osoby ułożonej i, mówiąc potocznie, grzecznej, jednak nawet w takiej sytuacji potrafi kogoś obmówić i sprawić, że ten będzie miał ochotę zapaść się pod ziemię. Nawet osoby publiczne, kreowane na wzory do naśladowania, nie są pozbawione wad. Są na świecie jednak ludzie, którzy próbuję z nimi walczyć i się ich pozbyć.
Rozpaczliwe sytuacje wymagają desperackich kroków.
Fueled. Napędzani pożądaniem nie jest pozbawione tematów trudnych i ambitnych i nie obraca się wyłącznie wokół seksualności bohaterów. Trzeba przyznać, że nadal opisy są tak bardzo obrazowe, że czasami wręcz nierzeczywiste, jednak spełniają swoje zadanie. To nie one są na pierwszym miejscu, bo to jest przeznaczone dla ukrytych rozważań o naturze człowieka, jego psychice i skutkach wydarzeń przeszłości. To także książka o przekraczaniu granic, nauka poszerzania możliwości. Nawet taka literatura może być ambitna i może poruszać tematy istotne i trudne, bez zbędnych banałów czy opisów nieuzasadnionej przemocy. Tutaj wszystko ma swoje źródło, wszystko ze sobą współgra, a każda kolejna strona zachęca do czytania następnej. Znowu zakończenie powieści tylko zmusza do sięgnięcie po kolejną część, która – mam nadzieję – będzie trzymała poziom dwóch poprzednich.


Za książkę dziękuję

poniedziałek, 5 września 2016

Związek na odległość: udowodnij, że nie jesteś robotem

Wielki świat, nieograniczona niczym sieć, nic nieznacząca odległość, wolność! To zawiera się w jednym słowie: internet. Przez internet równie łatwo się zakochać, co wpaść w toksyczną znajomość. Jest tak wiele stron, na których można porozmawiać z "obcymi": obcy.pl, ask.fm, poszkole.pl, omegle.com, do tego dochodzą przeróżne komunikatory, programy, nawet gry sieciowe... A gdzie w tym wszystkim jest człowiek? Otóż powinien być na pierwszym miejscu... Powinien. Ale czy na pewno nie jest robotem?

Trudno wam poznać mnie od tej strony tylko przez bloga czy Instagrama, ale powiem wam, że jestem znakomitym słuchaczem i niejedno moje ucho już wpuściło i ukryło gdzieś głęboko. Będąc cały czas obecnym w sieci, trzeba być ślepym, by nie zauważać sytuacji tak strasznych, że wydają się parodią człowieka i życia ogółem. Często śmiejemy się z babć i mam powtarzających nam, że w internecie to tylko pedofile i psychopaci, więc trzeba się trzymać od tego z daleka i nie ufać ludziom tak poznanym. Śmiejemy się, ale ile mają racji, przyznajemy sami przed sobą dopiero po fakcie. Nie szkodzi, że ich ostrzeżenia są wyolbrzymione, ale są prawdziwe. 

źr.

Udowodnij, że nie jesteś robotem 

Zdarzyło wam się kiedyś pisać na gg z botem? Nie uwierzę, że nie... Każdy kiedyś z nudów napisał do niego kilka brzydkich słów ;). Literki na naszym ekranie mogą wyskakiwać i za sprawą robotów, i za sprawą ludzi. Od nas zależy, czy damy się nabrać. W przypadku botów łatwo się połapać: podany wyżej przykład reagował na dane słowa, wyłapywał po prostu ciąg liter układających się w wyraz. Sprawa się komplikuje, gdy mamy do czynienia z człowiekiem-robotem. Taki człowiek wie dokładnie, co druga strona chce przeczytać. Odpowiada na pytania w taki sposób, by zdobyć jej sympatię i serce. Coś jak "typowy podrywacz", który zawsze na imprezie podbija do dziewczyny z tekstem: czy twój tato jest cukiernikiem? Bo niezła z ciebie babeczka. Zdesperowana nastolatka poleci nawet na byle komplement, byle dalej być adorowaną. Oczywiście sytuacja z człowiekiem-robotem z czasem staje się bardziej skomplikowana, cała iluzja jest tak piękna i sielankowa, że już po kilku tygodniach znajomości myszka złapana w pułapkę zaczyna ćwierkać jak ptaszek, opowiadać o swojej przeszłości, zmartwieniach, rodzinie, sytuacji. Człowiek-robot za wszelką cenę stara się poznać na wylot, samemu tworząc wyobrażenie swojej osoby w jak najlepszych barwach... Ale w końcu teksty zaczynają się kończyć, a kłamstwa plątać gdzieś po drodze. Co, jeśli wychodzą na jaw? Świat myszki podatnej na manipulacje i spragnionej pięknych słów, który kręcił się wokół człowieka-robota, nagle pada: kryzys światopoglądowy, kryzys wiary w człowieka (tego nie-robota), kryzys tożsamości...

Ale wróćmy do początku. Myszka popełniła tutaj jeden znaczący błąd. Uwierzyła, że literki mogą składać wyłącznie ludzie. I to ludzie prawdomówni i godni zaufania. Myszka straciła głowę dla kota na polowaniu, bo ją omotał kilkoma tekstami o pięknej miłości, wspólnej przyszłości, łączących ich rzeczach. W końcu znalazła bratnią duszę. Myszka uwierzyła człowiekowi-robotowi bez patrzenia mu w oczy, bez odczytania wyrazu twarzy, bez jakiegokolwiek poznania prawdziwego oblicza drugiej strony. Bądźmy szczerzy – zdjęcia dziś wyrażają tyle, co nic. Wystarczy przejrzeć profile znajomych na FB, by dostrzec, że na zdjęciach profilowych nie wyglądają jak w rzeczywistości. 

Upewnij się, że druga strona nie jest robotem. Nigdy nie zawierzaj grafice, nie powierzaj swoich uczuć jedynie głosowi w słuchawce. Dzisiaj nawet telefon komórkowy ma opcję rozmowy z kamerą, dzisiaj nie jest problemem "spotkać się na kawę". W tym niebezpiecznym internecie, pełnym zagrożenia życia i cnoty udostępnione nam zostały możliwości. Możliwości zawarcia znajomości i ich przetestowania, sprawdzenia realności, choć trochę przeniesienia jej do rzeczywistości przed spotkaniem. To jest właśnie kolejna kwestia... Nie spotykaj się z internetowymi znajomkami, jeśli nie jesteś na tysiąc procent przekonany/a, że są tymi, za kogo się podają. Mężczyźni mogą mieć kobiece głosy, kobiety męskie, dzieci dorosłe... Nawet godzinne rozmowy przez telefon nie dają więc pewności. Nawet zdjęcia. 

Wyżej przedstawioną fikcyjną sytuację, czy raczej jej zarys, można odnieść do wielu zachowań internetowych: tak się zachowują ludzie, którzy chcą się pobawić uczuciami drugiej osoby, tak się zachowują pedofile, zboczeńcy... Działają według swoich własnych zasad. Mimo wszystko w internecie trzeba zachować ostrożność, by nie paść ofiarą głupiego żartu czy zabawy w krzywdę dla przyjemności. Przekonaj się, że nie piszesz z robotem, dopiero później daj poznać swoją duszę i charakter. Nie obnażaj się przed nieznajomymi.

piątek, 2 września 2016

Namiętność silniejsza niż ból

Dość schematyczny początek, który zapowiada erotyk jak każdy inny... I zaskakująco inne rozwinięcie, o jakim bym nie pomyślała. Tak w dwóch zdaniach mogę opisać pierwszą część trylogii Driven, ale dwa zdania to za mało, by wyrazić rzeczywistą opinię i targające mną mieszane uczucia.



Tytuł: Driven. Namiętność silniejsza niż ból
Autor: K. Bromberg
Wydawnictwo: Helion (Septem)


Rylee jest zwykłą kobietą ze zwykłymi kompleksami i niezwykłą pasją. Colton jest niezwykle przystojnym facetem z masą pieniędzy i... niezwykłą pasją. Różnią się wszystkim, żyją w dwóch innych światach. Rylee pracuje w Domu, daje schronienie osieroconym chłopcom i jest dla nich jak matka. Wraz z innymi pracownikami opiekuje się dziećmi, które przeżyły jakąś życiową tragedię i nie mogą się z niej otrząsnąć. Colton natomiast znajduje się na pierwszych stronach magazynów, zmienia kobiety co kilka miesięcy (albo nocy), jeździ samochodami jak szalony. Żyje z dnia na dzień i nie potrafi wytrwać bez przygodnych przyjemności, nad którymi uwielbia sprawować kontrolę. Życie tej dwójki zmienia się nagle, gdy Rylee wpada w ramiona Coltona i ulega zapomnianej już spontaniczności. Okazuje się, że tę dwójkę łączy tragiczna przeszłość i nieumiejętność pogodzenia się z nią: z krzywdą, bólem, stratą, koszmarami. Do tej pory szukali jakiegoś antidotum, nie wiedząc, że w życiu zawsze jest potrzebny drugi człowiek służący wsparciem.
Rylee wie, że Colton ją skrzywdzi, ale chce spróbować zacząć na nowo żyć. Wie też, że nie może niczego do niego poczuć, że to "typowy" drań. Jak możemy się domyślić, Rylee zmieni życie sławnego Coltona, zmieni jego emocjonalność, postrzeganie świata i zasady. Jednak do czego to wszystko ich doprowadzi?
Czasem nasza podróż życiowa niemiłosiernie się ciągnie, gdy staramy się dotrzeć do kulminacji swoich wysiłków i osiągnąć jakiś cel. A gdy nam się uda, życie przyspiesza i szybko się kończy (...). Zapominamy, że najlepsza z tego jest właśnie podróż. To dla niej ruszamy w trasę i z niej najwięcej się uczymy.
Fabuła Driven – jak wspominałam – rozwija się dość schematycznie. Nie byłoby przecież erotyku bez szarej myszki i dominującego Adonisa. Naprawdę już na początku domyśliłam się, że ona będzie chciała go za wszelką cenę naprawić jak jednego z chłopców, którymi się opiekuje. Domyśliłam się też, że Colton zabierze ją na szczyt przyjemności... nie raz i nie dwa razy. Ale myślałam też, że co kilka stron będę czytać o nieziemskich rozkoszach i drodze do raju, wielu sposobach osiągania celu i dawania przyjemności. I jakie było moje zaskoczenie, gdy ten domysł akurat się nie spełnił. Fakt, każdy wspólnie spędzany czas tej pary wyglądał mniej więcej tak, jak to opisałam, ale nie było to nużąco częste i nachalne. W końcu znalazłam serię erotyczną, a której autorka rozwija charaktery postaci na tyle, by móc ich poznać przede wszystkim od strony osobistej: powodujące nimi wydarzenia, problemy codzienności i portrety psychologiczne głównych bohaterów są na pierwszym miejscu. Nie ma żadnych niedopowiedzeń i w przeciwieństwie do niektórych nie zapomina po pierwszym razie, że jej bohaterowie mają życie prywatne, rodzinę, przyjaciół, pracę i obowiązki ogólnie, a zręcznie splata ich spotkania w wolne dni.
Nikt cię nie wini za to, że się boisz, Rylee, ale życie polega na podejmowaniu ryzyka. Na bawieniu się, nie zawsze bezpiecznie.
Jeśli już o tym mówimy, sceny zbliżeń nie różnią się szczególnie od tych w innych erotykach. Cztery razy po dwa razy, osiem razy raz po raz. Na leżąco, na siedząco, na stojąco. Norma. Ale jest w tej "normie" coś, co przebija się przez te "inne". Przede wszystkim Colton to nie Grey, ma obsesję na punkcie kontroli, ale nie jest to kontrola przytłaczająca. Lubi też od czasu do czasu przekazać ster Rylee, dzięki czemu nie ma w ich bliskich spotkaniach żadnej monotonii. Sceny nie są nadmiernie wulgarne, ale opisywane w sposób dość szczegółowy i emocjonalny. I – co zasługuje na podkreślenie (jestem również po lekturze tomu drugiego) – tylko raz pojawił się tekst, którego tak bardzo nie lubię, który wydaje się tak niesamowicie sztuczny i jest w każdym erotyku. Pewnie wiecie, o czym mówię ;)

Główne postacie są stworzone tak, że chce się o nich czytać. Chce się wiedzieć, jak potoczy się ich znajomość, jak na siebie wpłyną i czy to przetrwa. Przyciągają się i odpychają, ale nie mogą bez siebie żyć. Natomiast drugoplanowe są już mniej wyraziste i indywidualne. Zlewają się trochę w jedno i nieszczególnie potrafiłabym je wymienić. To jest przyjaciółka, to jest szef: tyle wystarczy. Z czasem oczywiście znajomości się rozwijają, i to w dość ciekawy sposób, ale o tym w recenzji kolejnej części. Jednak jeśli o Driven chodzi: zakończenie jest tak zaskakujące i nietypowe, że nie można się powstrzymać od sięgnięcia po kolejny tom Fueled. Napędzani pożądaniem, co zrobiłam jeszcze tego samego dnia...
Czasem trzeba się roztrzaskać kilka razy, żeby poznać swoje błędy, a jak już opadnie dym, często okazuje się, że jesteś lepsza niż przedtem.
Ostatecznie, mimo tych drobnych uwag, szczerze polecam Driven. Może i jest to "typowy erotyk", ale jednocześnie dość ambitny. Myślę, że ucieszą się panie lubiące chwile relaksu, ale połączoną z ciekawymi postaciami i nietypową fabułą. Ciągle czai mi się w zakamarku jakieś "ale", jednak mam nadzieję, że będę potrafiła się go pozbyć albo ukonkretnić po skończeniu serii. Niemniej jednak tom pierwszy zapowiada jazdę bez trzymanki i na to się nastawiam.

Za egzemplarz dziękuję:

czwartek, 1 września 2016

Vesemir: Szczęki czyli pierwsza część opowiadania mojego autorstwa

Ta noc była wyjątkowo ciepła, pomimo, że na ulicach zalegały śnieżne zaspy. Ulice, tak jak przystało na miasto oświecenia i rozwoju jakim był Oxenfurt były o tej porze opustaszałe. Całe miasto wieczerzało bądź kładło się spać. Nie inaczej było w rezydencji rodziny Mignole. A był to, muszę nadmienić, wyjątkowy budynek. Jak na standardy Oxenfurtu niski i skromnie wyglądający z zewnątrz, ale niesamowicie bogaty pod kątem wystroju wnętrz. Latem robił jednak większe wrażenie. Otoczony był ogromnym ogrodem, który tworzył niecodzienny pejzaż kolorów, kładąc pastelowe barwy czerwieni, żółci i fioletu. W powietrzu unosił się mocny zapach maciejki i tulipanów, który wypełniał nozdrza pomimo usytuowania obiektu. A znajdował się on w samym środku miasta, co czysto teoretycznie powinno negatywnie wpływać na okoliczne zapachy. Teraz wyglądał ponuro, jak większość szlacheckich domostw w trakcie zimy.  W środku rezydencji, w dużym pokoju wieczornym kobieta w średnim wieku, niejaka Hrabina Anna Mignole wraz z młodziutką, bo dwudziestoletnią na tę chwilę Teresą Anną Mignole szykowały kolację. Ucztę, raczej, gdyż była to wytworna rodzina, która jadała jedynie wytworne potrawy. Szczególnie w taki dzień jak ten, w którym głowa rodziny, Hrabia Henryk Mignole miał przyjąć w swój dom ważnego gościa, profesora uniwersytetu oxenfurckiego, który z powodu niezrozumiałego dla domowników sprzeciwiał się przyjęciu młodej panny na studia. To nie były czasy dobre dla rozwoju kobiet, nawet tych z wyższych sfer. Hrabia był wyraźnie zdenerwowany. Stał przed kominkiem, w którym wesoło tańczyły ogniki na przypalonych drwach. Płomienie oświetlały jego brodatą, ale gładką i zadbaną twarz. Co chwile moczył swoje wyschnięte wargi w winie, prosto z Toussaint, które przygotował na dzisiejszą wieczerzę. Po chwili poczuł, że ktoś ściska jego rękaw.
– Ojcze! Nie frasuj się, proszę. Spotkanie na pewno wypadnie dobrze, zbytnio się przejmujesz. – Powiedziała drobna, filigranowa panienka, Teresa. Nie wyglądała na swój wiek. Wyglądała na nieznacznie więcej. Pomimo swojej drobnej postury była niezwykle kobieca. Jej kształty podkreślane były tym bardziej przez kreację, którą wsunęła na siebie tego wieczoru. Sprawiała wrażenie dorosłej, w pełni rozwiniętej kobiety a nie młodej dzierlatki, która jeszcze nie zasmakowała prawdziwego życia.
– Nie potrafię się, kurwa nie stresować. Od tego spotkania zależą Twoje studia na Akademii! Mierzi mnie fakt, że muszę korzyć się przed jakimś inteligencikiem bo nie potrafi dostrzec w mojej córce talentu plastycznego. – Odcharczał córce jej ojciec. Odwrócił głowę, ale spiorunowało go spojrzenie jego żony, która zwykła ganić go, gdy nadużywał wulgaryzmów. Uważała, że nieprzystoi to osobie o takiej pozycji. Była jednak niezwykle małomówna, dlatego też jej ataki były często wzrokowe. Mąż uwielbiał mówić o niej, oczywiście po cichu, że jest bazyliszkiem. Henryk był jednak niezwykle swojskim i otwartym człowiekiem pomimo faktu, że był hrabią. Najstarsza z rodzeństwa Mignole spuściła głowę, zasmucona w pewnym stopniu odpowiedzią ojca. Wiedziała, że jego gniew spowodowany był jedynie stresem. Do drzwi ktoś zapukał. Hrabia ruszył do drzwi, natomiast hrabina spojrzała na swoją córkę i ciepłym głosem wydała jej polecenie.
– Idź po brata, kochanie. Jak zwykle siedzi u siebie w pokoju i pewnikiem uczy się pisać. I przynieś od niego obraz Matki Melitele, sama wiesz jaki ten profesorek jest religijny. – Kiwnęła głową kobieta. Teresa od razu ruszyła po wiekowych schodach na górę. Stanęła pod dębowymi drzwiami i kilka razy zapukała do nich. Usłyszała jedynie ciche pomruki i mlaskanie. Wzruszyła ramionami, uznając, że brat znów, wbrew zakazom matki je na posłaniu i weszła do środka. Na łóżku, na ciele swojego młodszego, dziesięcioletniego braciszka zobaczyła coś dużego i obślizgłego. Z wyglądu przypominało nietoperza, ale z całą pewnością nim nie było. Wyglądało na stare i doświadczone gdyż jego ohydne cielsko pokryte było niezliczoną ilością blizn. Nie słysząc dziewczyny rozrywało dziecku tętnice i spijało jego ciepłą jeszcze krew. Gdy odwróciło swój wielki, zakończony naderwanymi uszami łeb dziewczyna pobladła i krzyknęła głośno, po krótkiej chwili tracąc przytomność. Krew trysnęła z otwartych tętnic ofiary i oblała ją oraz dużą część ściany. Potwór słysząc wiele stóp na drewnianych schodach szybkim ruchem wyskoczył przez okno, sycząc dziko. Do pomieszczenia po chwili wpadła Anna, Henryk i Rurek, profesor uniwersytecki. Ubrany jak chłop na Belleteyn, wyperfumowany tak, że aż dusiło pobladł i wycofał się jedną stopą do tyłu. Rodzice dziecka postąpili natomiast kilka kroków do przodu. To co leżało na łóżku nie wyglądało jak ich Julian. Ciało było zmasakrowane. Matka upadła na kolana głośno szlochając a hrabia stał, wpatrywał się w zwłoki i po krótkiej chwili runął do swojej córki, Teresy, starając się ją ocucić. Profesor stał jedynie i przypatrywał się blady jak ściana całej tej scenie. Nie trzeba było długo czekać by zwymiotował pod siebie, na swoje drogie, satynowe ciżemki, które kupił na tę okazję i ubrał po raz pierwszy.

– Kurwa, co to jest? – Wysapał po chwili. Zmieszany przekleństwem, które padło z jego ust, obrzydzony i przerażony wymamrotał kilka bezsensownych, pożegnalnych słów i wybiegł z posiadłości. W rezydencji zapanowała z kolei martwa cisza. Nawet po wybudzeniu się córki, ani hrabina, ani jej mąż nie byli w stanie wydukać choćby pół słówka. Następnego dnia nie było lepiej. Straż miejska odebrała zgłoszenie od Teresy, okoliczny kapłan, oczywiście dzięki dużemu... datkowi w postaci przyspieszonej, jak zwykł on nazywać łapówki zgodził się na wykonanie pogrzebu jeszcze tego samego dnia. Nikt jednak nie potrafił, co naturalne, przejść z tym do porządku dziennego. Pewnego cichego popołudnia do uszu rodziny Mignole dotarła informacja, że ich syn to nie jedyna ofiara potwora, który w ciągu ostatnich kilku tygodniu zabił około dwudziestu osób. Rodziny zmarłych, dwa dni po nieszczęśliwej śmierci Juliana zrzuciły się i na tablicy ogłoszeń wywiesiły kilka zdań, spisanych na pergaminie. „My, poszkodowani wyznaczymy nagrodę za zabicie bestii, co to nie gardząc ni chłopską, ni hrabską krwią napada i terroryzuje nasze świątobliwe miasto Oxenfurt. Śmiałkowi, co to uda się mu się zabić bestię przewidujemy wysoką nagrodę. Szczegóły do obgadania w rezydencji Hrabstwa Mignole, niedaleko wejścia na Akademię Oxenfurcką.” I właśnie wtedy pojawił się On.