sobota, 29 października 2016

Batman: Rok zerowy – tajemnicze miasto


Komiksem Batman: Rok zerowy – tajemnicze miasto kontynuujemy podróż przez serię komiksów, które dostałem w prezencie urodzinowym. Jest to kontynuacja, ale jest nią jedynie z nazwy i numerka. Ta opowieść to inne, bardzo dynamiczne i żywe podejście do samego rdzenia opowieści o Nietoperzu.  Rozpoczyna się tam, gdzie kończy się żywot Bruce'a i zaczyna zarazem. Rozpoczyna się tam, gdzie rodzi się legenda Batmana. Idea mściciela. Czy jednak komiks robi to umiejętnie, nie nudząc i nie przesadzając? Cóż – i tak i nie. Zapraszam do tekstu.



Tytuł: Batman: Rok zerowy – tajemnicze miasto
Scenariusz: Scott Snyder
Rysunki: Greg Capullo
Wydawnictwo: Egmont



Mniej więcej wyjaśniłem to we wstępie, ale fabuła zasługuje na nieco szersze przedstawienie. Historia rozpoczyna się w momencie, gdy uznany za zmarłego Bruce Wayne wraca do Gotham po morderczym siedmioletnim treningu za granicą. Wraca do swego rodzinnego miasta w jednym celu: by walczyć z przestępczością, nie dopuścić do tego, by kogokolwiek spotkało to samo, co spotkało jego i jego rodziców. Nie wraca jednak jako Batman, a jako zamaskowany mściciel, próbujący rozgryźć gang Red Hooda dręczący miasto. Jak szybko się okazuje, gang przejął kontrolę nie tylko nad przestępczością w mieście, ale jego wpływy sięgają i dalej, często do policji i do polityki. Bruce z pomocą Alfreda stawia więc pierwsze kroki w celu powstrzymania tej zarazy, która pożera miasto od środka. Nie chce on jednak, wbrew namowom swego kamerdynera, oficjalnie ogłosić swego powrotu. Boi się, o ironio, bycia wykrytym. Uważa, że istnienie Bruce'a i mściciela mogłoby zbyt szybko skłonić ludzi do połączenia ich w jedną postać miliardera Wayne'a. Chce pozostać martwy. Chce pozostać sekretem. Walczy sam ze sobą, starając się odciągnąć to, co nieuniknione.

Nie chcąc rozdrapywać starych ran, postanawia odrzucić dziedzictwo swej rodziny, firmę i wszystkie jej inwestycje, i skupić się jedynie na swej misji. W historii biorą udział znani nam, ale dopiero rozpoczynający swoją działalność, przestępcy, tacy jak Riddler, Pingwin i Red Hood. Swoje miejsce w opowieści znalazł nawet James Gordon, pracujący na stanowisku porucznika. Nie jest jednak sojusznikiem Batmana od samego początku. Wręcz przeciwnie. Uważa bowiem, że choć pobudki mściciela są słuszne, jego czyny wykraczają poza literę prawa. Muszą więc zostać ukrócone. Opowieść jest o tyle ciekawa, że dla fana świata DC, który zna postaci i ich historię, taka opowieść ukazująca nieco inne spojrzenie na początki Batmana jest prawdziwą gratką. Mimo odmiennej sytuacji miasta każdy fan poczuje się w tej opowieści swojsko ze względu na to, z jaką uwagą Snyder podszedł do rozpisania postaci. Pieczołowicie przeniósł ich charaktery z innych komiksów i zinterpretował na własny sposób, pozostając wciąż "lore-friendly".


Kreska, tak jak każdy komiks z tej serii (poza tomem trzecim), jest niezmienna. Uważam to mimo wszystko za drobny minus, ale rozumiem, że postanowiono utrzymać taką samą stylistykę do całej serii. Jest to zrozumiałe, z pewnością estetyczne jako całość, ale jako osobne komiksy kreska ta robi się dla mnie odrobinę nudna. Po czwartym już tomie spodziewałem się nieco więcej inwencji, eksperymentowania z kolorami czy stylem rysownictwa jako takim, ale niestety rozczarowałem się. Jest to jednak minus dość osobisty, który wynika z czytania wszystkich tych komiksów pod rząd. Gdybym miał jednak ocenić kreskę jako taką, to powiedziałbym, że trzyma naprawdę przyzwoity poziom i, choć nie jest już dla mnie zaskoczeniem, nadal przyciąga wzrok i wzbudza zainteresowanie. Powodem tego jest paleta barw zastosowana do "ożywienia" świata nam przedstawionego. W stosunku do mrocznej i ponurej kolorystyki Śmierci rodziny, Rok zerowy jest utrzymany w żywej i dynamicznej kolorystyce, która skupia na sobie wzrok. Dużo tu żółci, pomarańczy i czerwieni.  Kolory są intensywne i "soczyste".

Gdybym miał doszukiwać się tutaj głębszego sensu, to świat jest przedstawiony jako nieco żywszy, gdyż i Bruce Wayne jako człowiek nadal nie jest skażony znojem walki z przestępczością. Znojem straty i zerowego zysku z tego, co robi. Bruce jest nadal zwykłym człowiekiem, który stara się zrobić coś dobrego. Nie czuje na swoich barkach takiego bagażu, jaki poczuje za kilka lat. Dlatego też widzi świat intensywnie. Tak jak każdy młody człowiek sądzący, że ma życie w garści. Taki jest zresztą klimat komiksu. Dynamiczny. Bezprecedensowy. Świeży. Świeży i młody. Widzimy Nietoperza jako młodego człowieka, niedoświadczonego i dużo słabszego od znanego nam już Batmana. Człowieka, który ma w sobie wiele werwy, zaangażowania i pewności siebie wynikającej z młodości jako takiej. Popełnia błędy, owszem. Ale tylko po to, by zaraz się czegoś z nich nauczyć. Dostaje wycisk – tak, ale tylko po to, by wstać, otrzepać ubrania i ruszyć do dalszej walki.

Młody człowiek czytający komiks może naprawdę dobrze wczuć się w psychikę Wayne'a, gdyż zachowuje się on jak typowy młody dorosły, który stara się robić wszystko sam i wszystko jak najlepiej. Nie obdarto go jednak z typowych dla niego przemyśleń, które zsyłają na komiks nutę zadumy, znanej z DC, czy też odpowiedzialności i troski o ludzi Gotham. Klimat budują kolory. Kolory i świetnie napisane postacie, które są młodsze i mniej doświadczone, co świetnie widać, ale nadal są sobą. To nadal nasze stare dobre Gotham City.


Komiks Batman: Rok zerowy – tajemnicze miasto to komiks dostarczający naprawdę wiele rozrywki. Nie jest przełomowy ani też wybitny na tle innych komiksów z tej serii, ale jest świeży i utrzymano w nim naprawdę dobre tempo. Nie męczy, nie nudzi, nie rozciąga wątków na siłę, tylko ma plan na siebie i przez całość dąży, by ten plan zrealizować. Uważam, że robi to naprawdę porządnie i, choć nie sądzę, bym wielokrotnie do niego wracał, jestem pewien, że jeszcze kilka razy przewertuję tę historię w celu podziwiania paneli czy też zobaczenia swoich ulubionych super- i antybohaterów od nieco innej strony, niż dotychczas.

Każda dobra bajka lub opowieść musi mieć morał, prawda? Przytoczę więc taki, który nasunął mi się po przeczytaniu komiksu. Gdy ludzie potrzebują pomocy, nie będą pytać się, kto im jej udziela. Nie będą pytać się o intencje czy cokolwiek innego. Będą wdzięczni. Nie będą dociekliwi. Dlatego właśnie Batman pozostaje anonimowy dla mieszkańców Gotham. Bo oni potrzebują jego pomocy. Nie chcą wiedzieć, kim jest pod maską. Chcą jedynie wiedzieć, że jest ktoś, komu zależy na ich dobru. 

czwartek, 27 października 2016

Klasyka nie starzeje się nigdy

Klasyka nie starzeje się nigdy, jest tak uniwersalna, że przejmuje wiek swojego czytelnika. O Wichrowych Wzgórzach niby każdy słyszał, ale czy rzeczywiście wie, kto jest ich autorem i jaką historię opowiada? W tym miesiącu wydawnictwo Zysk i S-ka wychodzi naprzeciw wszystkim niezdecydowanym, wydając ponownie książkę czytaną już od kilkuset lat, ale z nowym tłumaczeniem, które ma pomóc współczesnemu czytelnikowi wciągnąć się w lekturę i z przyjemnością spędzić czas z niepowtarzalnymi bohaterami. Przenieście się w czasie do XIX wieku i zatraćcie się w opowieści o tragicznej miłości aż po grób i mrocznej naturze człowieka.


Tytuł: Wichrowe Wzgórza
Autor: Emily Brontë
Wydawnictwo: Zysk i S-ka


Heathcliff jest właścicielem Wichrowych Wzgórz, a od niedawna także Drozdowej Ostoi, dwóch posiadłości w Yorkshire. Gdy przybywa do niego nowy najemca, pan Lockwood, nie umyka jego uwadze ponura atmosfera w domu właściciela i oziębłe relacje w rodzinie. Nie zostaje on miło przyjęty, dlatego postanawia dowiedzieć się więcej o tajemniczym Heathcliffie i reszcie mieszkańców. Na szczęście okazuje się, że gospodyni wynajmowanego przez niego domu pamięta wydarzenia sprzed wielu lat i dręczona przeszłością postanawia wyjawić panu prawdę. Dzięki Ellen wraz z Lockwoodem zanurzamy się w historii trzech pokoleń rodzin Earnshawów i Lintonów, która przepełniona jest obsesyjną, lecz na swój sposób piękną miłością, chęcią zemsty, ogromną tęsknotą i walką. Jest to historia chłopaka znajdy, który przybywając do Wichrowych Wzgórz całkowicie zmienił życie mieszkańców tej posiadłości i okolic. Historia upartej i zawziętej sieroty, spragnionego miłości i uwagi chłopca. Nikt by się nie spodziewał, że z pozoru niewinna istota może wprowadzić tak wiele chaosu i emocji do codziennego życia, posługując się przy tym kolejnymi naiwnymi ludźmi.
Zwodzić mnie ułudą nadziei przez osiemnaście lat to nader osobliwy sposób mordowania, nie cal po calu, lecz jedna grubość włosa po drugiej.
Wichrowe Wzgórza to książka jedyna w swoim rodzaju, z niespotykanym pomysłem na fabułę i narrację, idealnie stworzonymi bohaterami i niespodziewanymi zwrotami akcji. Emily Brontë w swojej jedynej powieści pozostawiła nam wspaniały klimat XIX-wiecznego domostwa, dzięki czemu możemy poczuć się tak, jakbyśmy szli z bohaterami przez całe ich życie. Książka zawiera opisy wystrojów wnętrz, ogrodów, budynków, a także ubrań panów i służby. Ponadto dokładnie stworzone postacie umożliwiają nam poznanie sposobu myślenia i wypowiedzi kilku warstw społecznych Anglii z tamtego okresu. Z relacji postaci można dowiedzieć się wiele o stosunkach panujących między ludźmi, zasadach społecznych i życiu ogólnym sprzed dawien dawna. Nie myślcie sobie, że Wichrowe Wzgórza to tylko taka wycieczka w przeszłość. Fakt, to, co wymieniłam, to bardzo mocne strony powieści, ale zdecydowanie najmocniejszą jest... fabuła. We współczesnych książkach trudno jest znaleźć "to coś", co wyróżniałoby je na tle innych. W rzeczywistości czujemy się, jakbyśmy czytali coś, co ktoś już kiedyś napisał.  

Wichrowe Wzgórza są wciągającą i nieprzewidywalną opowieścią o życiu trzech pokoleń z dwóch rodzin, które zostały na zawsze ze sobą związane. Czy to błogosławieństwo czy przekleństwo – musicie ocenić sami. Nie sposób się domyślić, o czym za chwilę będziemy czytać i co zrobią bohaterowie, a ich wypowiedzi i dialogi są tak interesujące, że nie sposób jest cokolwiek pominąć czy przegapić. Tak samo jest z opisami: wprowadzają nastrój, podkręcają atmosferę i dopełniają całość w taki sposób, że nie miałam ochoty kartkować czy jedynie prześledzić wzrokiem.
Zupełnie się wyleczyłem z chęci, by szukać uciechy w towarzystwie, czy to na wsi, czy w mieście. Rozumnemu człowiekowi powinno wystarczyć własne towarzystwo.
W tej powieści nie ma bohaterów jednowymiarowych, nudnych jak flaki z olejem. Każdy z nich ma własny charakter i poświęcono mu tyle czasu, ile potrzeba, by go zrozumieć i wczuć się w jego sytuację. Ponad wszystkich zdecydowanie wybija się Heathcliff jako główny bohater, któremu momentami współczujemy, o którego czasami się boimy, w końcu: który zaczyna nas przerażać i budzić niepewność kolejnych zdarzeń. To postać jak żadna inna, zimna i wyrachowana, ale jednocześnie bardzo uczuciowa i wierna. Przez lata walczy o swoją ukochaną, co w końcu doprowadza go do szaleństwa i niepoprawnych myśli. Pozostali bohaterowie są stworzeni tak dobrze, że czuć w nich historię. Czuć, że są niewspółcześni. To jest największa zaleta klasyki – nie ociera się ona o współczesność, jest prawdziwa i wyjątkowa. Takie książki nie powstaną już nigdy. 
– Nie ma pani książek? – zawołałem. – To jak bez nich może pani tutaj żyć, że ośmielę się spytać? Ja mam wprawdzie w Drozdowej Ostoi dużą bibliotekę, a i tak zdarza mi się okropnie nudzić. Gdyby mi odebrano książki, czułbym się zrozpaczony.
Jeśli macie wątpliwości, czy po nią sięgnąć, odłóżcie je na bok. Nawet jeśli w liceum z premedytacją pozbyliście się jej z listy lektur, nawet jeśli wtedy wydawała się ona trudna i nudna – spróbujcie. Jeśli usiądziecie do niej w domowym zaciszu, nikt nie będzie kazał wam interpretować postępowań bohaterów, nikt nie będzie kazał wam mówić o kulturze, tradycji... Warto przeczytać ją dla własnej przyjemności.

wtorek, 25 października 2016

Zabójczy Żart – kultowy, niepowtarzalny, konieczny!

Są takie komiksy, które w pewien sposób odmieniają cały nurt. Odmieniają go nie koniecznie dlatego, że mają najlepszą opowieść czy najwspanialszą kreskę (choć ten przypadek jest wyjątkiem) w danym okresie. Stają się ikoniczne, ponieważ wypełniają lukę, której zalepienia pragną czytelnicy. Ponieważ przedstawiają opowieść, której fani pragnęli od lat. Coś, czego poszukiwali pomiędzy wierszami i czego łaknęli. Tym właśnie jest dla mnie Zabójczy Żart autorstwa Alana Moore'a i Briana Bollanda. To odpowiedź na zapotrzebowanie na rynku. Odpowiedź, która raz na zawsze odmieniła postrzeganie i sposób przedstawiania Jokera jako takiego.


Tytuł: Batman: Zabójczy Żart
Scenariusz: Alan Moore
Kreska: Brian Bolland
Wydawnictwo: Egmont


Komiks jest dość specyficzny pod względem opowieści w nim przedstawionej, gdyż jest ona podzielona na dwie części. Jedną z nich jest kolejna brawurowa ucieczka Klauna z Arkham oraz plany, które realizuje, a druga z nich to właśnie to, co zapełniło tę lukę. Historia Jokera. Historia mężczyzny, zanim stał się Księciem Zbrodni i najlepszym wrogiem Batmana. Mamy tu więc pogoń Batmana za swym nemezis i naszą własną pogoń za powodem, przez który biedny, niedoceniany komik stał się socjopatą. Fragmenty przeplatają się ze sobą niezwykle zmyślnie i finezyjnie, nie pozwalając nam się nudzić nawet przez chwilę. Niezwykle mocno nakreślana jest tutaj różnica pomiędzy Batmanem a Jokerem. Bohater i jego nemezis. Zło i dobro. Anarchia i prawo. Autor wyraźnie stara się nam pokazać grubą kreskę oddzielającą obie postaci. Stara się jednak tę kreskę pomiędzy nimi zacierać, ukazując nam, że obu z nich stworzył jeden zły dzień. Jeden moment, który odmienił ich życia, nadał im nowego znaczenia i sensu. Moment cierpienia, który wrył się w ich psychikę na zawsze, całkowicie odmieniając spojrzenie na świat.

Joker nie poprzestaje jednak na próbie wmówienia Batmanowi, że są identyczni. O nie. Joker nawet tak nie uważa. Uważa bowiem, że Batman nadal jest przed przyznaniem się przed sobą samym, że jest wariatem. Że oszalał. Oszalałem, ale jestem na tyle mądry, by się do tego przyznać! Dlaczego i Ty nie możesz? Joker szuka czegoś, co potwierdzi jego wizję świata. Świata pozbawionego reguł, chaotycznego, w którym wszyscy są tak naprawdę dokładnie tacy jak on, a jedynie ukrywają się za moralnymi fasadami, które ich więżą. W tym celu postanawia zresztą posłużyć się komisarzem Gordonem i jego córką, Barbarą. Planem Jokera jest więc udowodnienie, że nasze życie może być definiowane, i jest, przez momenty. Bardzo silne momenty, których bagaż emocjonalny eskaluje później na całe nasze życie.


Kreska zastosowana w tym komiksie i kolorystyka paneli są moimi ulubionymi w komiksach W OGÓLE. Nie boję się użyć tak wiążących i potężnych słów. Kreska jest dokładna, detaliczna i niezwykle precyzyjna, a także bardzo symboliczna. Przedstawia nam nie tylko, jak w przypadku innych komiksów, szczegóły na temat obecnych i nadchodzących wydarzeń, ale i przemawia do nas jak wiersz. Nie zawsze wszystko da się wychwycić. Komiks jest idealny do wielokrotnego przeczytania (i jestem dobrym na to przykładem, gdyż komiks przeczytałem już około czternastu razy), co wszystkim polecam. Można odnaleźć w nim olbrzymie pokłady różnorakich smaczków fabularnych. Klimat przedstawiony w komiksie jest ciężki. Melancholijny i ciężki. Ukazuje nam Batmana, którego męczy już ciągła gonitwa za Jokerem, bicie go i wsadzanie do Arkham, by ten mógł po raz kolejny z niego uciec. Męczy go też i prawdziwie dołuje fakt, że doskonale wie, w jakim kierunku oboje zmierzają. A Nietoperz chce tego uniknąć. Odczuwa sympatię do Jokera, zresztą z wzajemnością. Oboje mogą, ale nie potrafią tego skończyć. Są na siebie skazani. Dopełniają się. Ich życia coś sobie wzajemnie ukazują. Z każdej kwestii wypowiadanej przez postacie klimat aż kapie. Pomimo całego mroku, uczucia ostateczności i tajemnicy jest też kilka zabawnych momentów, które doskonale neutralizują ciężkość przedstawianej nam opowieści. Tak – mogę powiedzieć, że pod względem klimatu i budującej go kreski jest to jeden z najlepszych komiksów jakie czytałem. Czy jednak jest on bez wad?


Komiks ma kilka drobnych luk fabularnych, które w przypadku komiksów zdarzają się jednak na tyle często, że przeciętny czytelnik nie zwraca na nie najmniejszej uwagi, bo i po co? Nie psują zabawy. A komiks to naprawdę kupa frajdy. Od fabularnej strony po tę ilustratorską i klimatyczną mamy tutaj masę kreatywności, sukcesu we wdrażaniu pomysłów i... po prostu kawałka świetnego komiksu! Jeśli jeszcze nie zapoznaliście się z tym jakże kultowym Żartem, to z przyjemnością zapraszam was do przeczytania. Szczególnie, jeśli macie ten jeden zły dzień! 

wtorek, 18 października 2016

Batman: Śmierć rodziny – czy kontrowersja daje sukces?

Są takie komiksy, które absolutnie łamią standardy oraz przekraczają wszelkie granice smaku tylko po to, by ukazać grozę i dramaturgię opowieści. Komiksy, których twórcy nie cofają się przed niczym, przed absolutnie żadnym zabiegiem artystycznym, by pokazać coś nowego, coś świeżego i opowiedzianego inaczej.


Czekałem na przeczytanie tego komiksu od miesięcy. Zawsze coś mi wypadało, zawsze coś odciągało od niego uwagę. Gdy nadeszły urodziny, a jeden egzemplarz wpadł mi w ręce, w końcu nadszedł czas na lekturę. Chwyciłem ohydnie, ale niesamowicie dobrze wyglądającą okładkę edycji limitowanej i zacząłem zagłębiać się w opowieść. Co w niej znalazłem? Co mnie zszokowało? Zapraszam was, moi drodzy czytelnicy, do recenzji komiksu, będącego tomem trzecim serii, którą ostatnio recenzuję – Batman: Śmierć rodziny.




Tytuł: Batman: Śmierć rodziny
Scenariusz: Scott Snyder
Rysunki:  Greg Capullo
Wydawnictwo: Egmont


Joker zniknął rok temu. Bez twarzy, którą ściął mu Dollmaker i bez żadnego powodu. Nikt tak naprawdę nie wiedział, co się z nim działo, ale nikt też się tym nie przejmował. Ważne, że zniknął z Gotham, prawda? Całun spokoju spadł na miasto. Wszyscy jak gdyby zapomnieli o grozie, jaką niesie ze sobą Książę Zbrodni za każdym razem, gdy znajduje się w okolicy. Wszyscy poza Batmanem. Nietoperz szukał śladów, obserwował i czekał. Czekał, bo wiedział, że Joker żyje. A jeśli żyje, to jest praktycznie stu procentowa pewność, że powróci. Nie wiadomo po co. Nie wiadomo kiedy, ale... wróci. I tak jak zwykle to bywa, Największy Detektyw Świata nie mylił się. Pewnego deszczowego dnia na komisariacie policji zgasły światła. To był On. Wrócił po swą zawieszoną na kołku na komisariacie nadgniłą twarz, mordując kilkunastu ludzi. Przy życiu zostawił jedynie komisarza Gordona. Po co wrócił? Och, to nigdy nie jest proste, prawda? Widzicie... klaun stwierdził, że bliscy Batmana, jego kochanego Batmana, zmienili go. Osłabili. Osłabili jego Nietoperza. Joker nie mógł przecież na to pozwolić, prawda? Postanowił wyzwolić Batmana. Naprawić go. Naprawić go tak samo, jak naprawił siebie przez ten rok. Można powiedzieć, że ruszył w bardzo nostalgiczną podróż po swych pierwszych zbrodniach. Ze zgniłą twarzą przyczepioną w charakterze maski. Zabawne, prawda? Och, on z całą pewnością tak właśnie uważa...


Opowieść jest niezwykle uniwersalna, gdyż nie wymaga czytania poprzednich tomów tej serii, ale pomimo wszystko przydatna byłaby znajomość jednego z tomów Detective Comics, które ukazują wydarzenia sprzed zniknięcia Jokera, wydarzenia, które do tego zniknięcia prowadzą. W tej opowieści dzieją się naprawdę dziwne rzeczy. Batman jest bezsilny. Pomimo tego, że teoretycznie wszystko ma pod kontrolą, to psychicznie przestaje już wierzyć, że rozumie swego największego adwersarza. Do tej pory myślał, że rozumie mniej więcej jego motywy, że potrafi rozgryźć jego plany, ale tym razem nie ma pojęcia, jak rozgryźć Klauna. W pewien dziwny... dziwny sposób czuje, że Joker żywi do niego naprawdę silne uczucia. Pewien rodzaj pokręconej przyjaźni bądź też miłości. Więź. Świadomość, że Batman jest uzupełnieniem Jokera, a Joker uzupełnieniem Batmana przeraża Bruce'a. Boi się on, że w pewien sposób, oszczędzając go i trzymając przy życiu, za każdym razem na nowo tworzy tego szaleńca. Że pozwalając mu żyć skazuje wielu niewinnych ludzi na śmierć. Najgorsze jest to, że Batman wie doskonale, że jest to... prawda. Prawo zawodzi. Zawodzi ludzi. Zawodzi Batmana. A Joker doskonale wie, co kieruje jego rywalem. Wie dokładnie, co go boli. I wie doskonale, gdzie uderzyć, by zabolało.

Zwątpienie dotyka również bliskich Batmana, których Klaun wodzi za nos, strasząc, że zna ich tożsamości. Twarze pod maskami. Komiks jest więc pełen zwątpienia. Pełen silnych, sprzecznych emocji. Rozumiemy strach naszych bohaterów. Rozumiemy, że nie wiedzą, co konkretnie mogą zrobić w tej sytuacji. W głębi duszy winią za wszystko Batmana, choć starają się mu tego nie mówić. A on to czuje. I to tym bardziej wyprowadza go z równowagi.

Opowieść jest niezwykle trudna i wciągająca. Dodatkowe smaczki również znajdują się tu i ówdzie. Na przykład żarty Jokera na komisariacie skierowane do komisarza Gordona: "Och, a to znasz? Przychodzi klaun w hawajskiej koszuli...". Jest to oczywiście nawiązanie do kultowego Zabójczego Żartu, w którym Joker w hawajskiej koszuli paraliżuje córkę Gordona, Barbarę. Dla fana to prawdziwa gratka.


Kreska prezentowana przez komiks nie odstaje, a wręcz nie różni się niczym od kreski zastosowanej w przypadku dwóch poprzednich tomów. Różni się jednak klimat rysunków oraz tonowanie kolorów. W Mieście Sów klimat rysunków był oczywiście mroczny i ciężki, ale w Śmierci rodziny jest on wręcz... niekomfortowy. Dziwny. Niesmaczny. Przez niezwykłą dbałość rysownika o detale możemy zauważyć nawet muchy chodzące po zgniłej twarzy Jokera. Nie trudno jest domyślić się, że to przez smród martwego od ponad roku kawałka ciała. To niezwykle działa na wyobraźnię. Efektu dopełnia mrok, który wypełnia panele. Praktycznie nie mamy tutaj do czynienia z ciepłymi kolorami. Kolorami jasnymi czy oddającymi jakiekolwiek życie. Nawet serwowany nam od czasu do czasu pomarańcz jest wyblakły i blady. Słaby.

Komiks taki właśnie jest. Ciężki. Ukazuje nam, jak Joker wpływa na umysły swych przeciwników. Odbiera im smak życia. Sens życia. Odbiera im ich dumę i nadzieję oraz poczucie celu w walce z przestępczością. Momentami miałem wrażenie, że kolorystyka ma właśnie sprawić wrażenie takiej, jak widzą świat bohaterowie. Ponury. Komiks zastosował obsceniczność w celu nakreślenia, jak szalonym i psychopatycznym osobnikiem jest Joker. Twórca posunął się do paneli obrzydliwych i nieestetycznych. Posunął się do ukazania bestialstwa Jokera w zupełnie nowym wymiarze, który z pewnością na zawsze zmieni tę postać. To nie tylko ohydny wygląd zewnętrzny... Pan J. się zmienił. Przyznaje to nawet Harley, która została włączona do opowieści, jako kolejny element szalonego planu Jokera. Element, który zostanie okrutnie wykorzystany i pozostawiony samemu sobie.

Komiks w moim odczuciu odzwierciedlał również klasyczne pojęcie walki dobra ze złem. Przez karykaturalnie nakreślone bestialstwo Jokera oraz praworządność i siłę psychiczną Batmana ukazano nam starcie dwóch przeciwwag, które jednak nie będą już takie same bez tej drugiej. Walkę odwieczną i walkę, która ciągnąć będzie się w nieskończoność. Śmierć rodziny ukazuje całkowicie nowe, niezwykle kontrowersyjne podejście do opowieści. Autorzy posuwają się naprawdę daleko tak rysunkiem, jak i klimatem wywoływanym przezeń i przez kolory, ale czuję, że był to zabieg potrzebny.


Śmierć rodziny to komiks wybitny, wyznaczający nowe trendy w stylu prowadzenia komiksu oraz ukazujący, że warto czasami zaszaleć z konwencją, nie bać się reakcji publiki i po prostu pójść na całość ze swym dziełem. Komiks nie byłby tym samym bez ohydnych i okrutnych wstawek. Jest on jedyny i niepowtarzalny. Świeci jasno na tle innych komiksów, które wyszły równolegle z nim. Świecić też będzie z całą pewnością jeszcze przez długi, długi czas. Jedyne co mogę, to serdecznie wam go polecić.

 

czwartek, 13 października 2016

Miasto Sów – czy dotrzymuje kroku?

A więc nadeszła pora byśmy, kontynuowali naszą, powiedziałbym, magiczną podróż przez tę sprezentowaną mi na urodziny serię komiksów. Jesteśmy już po recenzji Trybunału Sów, którą przeczytać możecie TUTAJ. Teraz nadszedł czas na sequel. A jak to z tymi sequelami bywa, jeśli prequel był dobry, to fani oczekują czegoś o wiele lepszego i mocniejszego od kontynuatora serii. Czy Miasto Sów trzyma poziom świetnego Trybunału...? Czy komiks jest spełnieniem również moich oczekiwań w stosunku do kontynuacji serii, co do której miałem wielkie nadzieje? Zapraszam do tekstu, który powinien rzucić nieco światła na nocne Gotham.


Tytuł: Miasto Sów
Scenariusz: Scott Snyder  
Rysunki: Greg Capullo
Wydawnictwo: Egmont


Historia przedstawiona w tymże komiksie jest kontynuacją fabuły z części pierwszej. Rozpoczyna się w posiadłości Wayne'a, która zostaje napadnięta przez tabun szponów mających za zadanie zabić Bruce'a i wszystkie osoby znajdujące się w posiadłości. Jak się po chwili okazuje, Trybunał obrał sobie na cel nie tylko Batmana i Wayne'a, ale także wszystkie najważniejsze osoby w mieście. Organizacja jak widać zaczęła działać czynnie i próbuje przejąć absolutną kontrolę nad miastem, które uważa za swoje. Z pomocą przyjdą mu przyjaciele, rodzina. Batgirl, Damian Wayne, Nightwing i kilkoro innych, znanych nam z uniwersum DC postaci. Pomogą oni Batmanowi, nadal załamanemu po wydarzeniach z części pierwszej, odzyskać kontrolę nad miastem, które kocha, i pokonać Trybunał Sów, zacieśniający swe szpony na mieście. Oprócz tego wątku mamy kilka historii pobocznych, takich jak "narodziny" Mr. Freeza, czy też historia pewnej młodej ambitnej dziewczyny, starającej się pomóc Batmanowi pomimo jego niechęci do jej mieszania się w jego sprawy.


Należy zauważyć, iż komiks nie jest już tak nastawiony na śledztwo i fabułę jako taką, jak pierwsza część. W pierwszej mieliśmy do czynienia z komiksem nastawionym na opowieść jako taką. Przedstawianie historii. Tutaj historia jest w nie mniejszym stopniu opowiadana i nie mniej ciekawie, ale twórcy postanowili bardziej skupić się na odczuciach bohaterów. Na emocjach, które nimi targają podczas tej niebezpiecznej i nieco samobójczej misji. Batman przestaje wierzyć w siebie. To jego rozterki i walka z nimi są najciekawszą stroną tego komiksu. Widzimy, jak nasz bohater przeistacza się ze złamanego, zrozpaczonego człowieka w dumną i gniewną istotę, która musi dla swojego miasta i swoich bliskich przegryźć tę gorzką pigułkę, jaką jest świadomość, że nigdy tak naprawdę do końca nie poznał Gotham, i walczyć. Iść przed siebie. Bronić wszystkiego, co mu drogie, ale też wszystkiego, co dla niego bolesne. Widzimy bohatera, którego znamy. Profil psychologiczny, który potrafimy zrozumieć. Wielokrotnie czułem w sercu wiele żalu i wiele różnorodnych kłębiących się we mnie emocji, gdy czytałem kwestie Wayne'a. Rozumiałem jego strach. Jego ból i gniew. Miasto Sów jest napisane właśnie postaciami. Nie wydarzeniami i scenami jako takimi. Tę historię najbardziej budują jej bohaterowie, którzy bardziej nawet niż walczyć z Trybunałem, muszą walczyć ze swymi własnymi wewnętrznymi demonami, które trawią ich już od dawna.

Komiks pod względem kreski nie różni się znacząco od swojego poprzednika, ale warto tu wspomnieć o kilku istotnych kwestiach. Jest on o wiele mroczniejszy pod względem palety barw i lokacji. Klimat został dość poważnie zmieniony względem części poprzedniej. Tak jak Trybunał Sów był tajemniczym, pełnym niedopowiedzeń komiksem, tak Miasto Sów jest przepełnione akcją, mrokiem i powagą. To się czuje, uwierzcie mi. Czujemy od pierwszego panelu, że mamy tu do czynienia z opowieścią dramatyczną, kulminacyjną i ciężką. Mamy uwierzyć, że misja Batmana jest z góry skazana na porażkę. Kolorystyką i stylem rysowania zastosowanym w tym komiksie autorzy starają się nam podkreślić, w jak złej sytuacji znalazł się nasz bohater i jak ciężko będzie mu cokolwiek w tej sprawie poradzić.

Sam rysunek, tak jak w przypadku Trybunału Sów, stoi na naprawdę wysokim poziomie. Nie odstępuje od swego "ojca" i nadal cieszy wzrok oraz zmusza niekiedy do zastanowienia się nad poszczególnymi panelami, w których nie raz zawarta jest symbolika dotycząca danej sytuacji. Pamiętam jeden panel, który ukazywał okno w pokoju jednego z przodków Bruce'a, terroryzowanego przez Trybunał. W oddali, daleko na niebie, widać było małą plamkę z delikatnie zarysowanym kształtem. Była to sowa. Zwiastun nadejścia Szpona. Nadejścia śmierci zesłanej przez Trybunał Sów. Ma to swój klimat i cholernie satysfakcjonuje odnalezienie tego typu elementów otoczenia, które przemawiają do nas bez słów.


Miasto Sów to komiks potężny. Komiks, który tak jak jego poprzednik stoi na naprawdę wysokim poziomie i polecam go tym wszystkim, którzy przeczytali część poprzednią! Owszem. Jest to chyba jedyna wada tomu drugiego: jest on przystosowany do osób, które są zapoznane z pierwszym tomem. Dla osób, które zaczynają od Miasta... może być on nieco skomplikowany i nielogiczny. Mówiąc prościej – jest nieprzyjazny dla nowych użytkowników! Starałem się jednak oceniać go jako dopowiedzenie, kulminację i uzupełnienie tomu pierwszego. Razem te dwa komiksy stanowią kawał porządnej batmańskiej rozrywki, której żaden fan DC i po prostu porządnych, przepełnionych emocjami historii, nie może przeoczyć.

cdn.


wtorek, 11 października 2016

Wszystko to, co wyjątkowe

O wspaniałych książkach Matthew Quicka słyszałam już chyba wszędzie: w bibliotece panie cieszą się, że są wypożyczane, czytelnicy szukają kolejnych tytułów, w księgarniach młodsi i starsi powtarzają, że słyszeli wiele pozytywnych opinii na temat jego powieści... A ja wciąż go nie poznałam, więc czas najwyższy. Szczęśliwa, że HarperCollins wydaje kolejną historię napisaną przez tego autora pt. Wszystko to, co wyjątkowe, wyciągnęłam do Matthew rękę na przywitanie i...


Tytuł: Wszystko to, co wyjątkowe
Autor: Matthew Quick
Wydawnictwo: Harper Collins


Nanette jest uczennicą liceum, przed nią ogromne wyzwanie: matura. Nanette jest jak jej imię: wyjątkowa. Inni mówią, że dziwna. Ale uznajmy, że jest wyjątkowa. Ma ogromny talent do gry w piłkę, strzela gol za golem, chociaż nie lubi footballu. Jednak ojciec ma wobec Nanette wysokie wymagania, a ona nie chce stracić z nim kontaktu, więc dalej to robi. Uważa, że jej jedynym przyjacielem jest nauczyciel, z którym spędza przerwy obiadowe, rozmawia, zwierza się i potrafi się przed nim otworzyć. Mniej więcej tak wygląda jej codzienność, do dnia, w którym dostaje w prezencie niewydawaną od lat książkę Kosiarz balonówki. Od razu zakochuje się w tej historii, która wydaje się prawdziwa i której bohaterowie tak ją oczarowują, że cały świat nastolatki się zmienia. Z jej powodu poznaje też wyjątkowego Aleksa – jedynego chłopaka, przy którym może być sobą, podczas gdy dla innych Nanette chce się zmienić. Psychologiczny eksperyment przeradza się w teatr, gdyż Natette zaczyna udawać kogoś, kim nie jest. Wciąż zakłada maskę, wychodzi do ludzi i szuka własnego miejsca. Niestety los jest bezlitosny i każe niedoświadczonym nastolatkom podejmować decyzje mające rzutować na resztę życia.
Zaczyna rozumieć, dlaczego ludzie chcą ograniczać tych, których kochają, i dlaczego miłość jest tak często łączona z bólem, jakby radość i cierpienie były dwiema stronami tej samej monety.
...i się zakochałam. Może to za dużo powiedziane, ale Quick wywarł na mnie niemałe wrażenie, co można wywnioskować po tym, jak długo zbierałam się do napisania recenzji. Nie mogłam zebrać myśli po zamknięciu okładki z drugiej strony, nie mogłam się nadziwić, jakie autor ma pomysły na fabułę. Fakt, jest ona prosta i młodzieżowa, ale nie nudna czy przewidywalna. Książki o książkach ciekawią mnie od bardzo dawna, dlatego przyznam, że bałam się trochę zaburzyć sobie obraz opartej na nich fabuły. Autor stworzył bohaterów z krwi i kości, których można spotkać w każdym liceum, w dodatku bohaterów zróżnicowanych pod względem charakterów, sytuacji materialnej, sposobu myślenia. Nanette jest typową introwertyczką, pod którą można podstawić wiele osób zwanych "odmieńcami", jej przyjaciel Alex także jest postacią uniwersalną i z bogato rozrysowanym portretem psychologicznym. Nie ma w tej powieści bohaterów jednowymiarowych i "zapchajdziur".
Prawdziwi przyjaciele są lepsi od powieści! Lepsi od sztuk Szekspira! W każdej godzinie! Z drugiej strony fałszywi przyjaciele... cóż, wolałbym rozbić sobie czaszkę Biblią oprawioną w lite złoto, niż znosić powolne zatruwanie fałszywą przyjaźnią!
Co najbardziej mi się podobało w historii Nanette, to realizm wydarzeń. Jakiś czas temu sama byłam w wieku bohaterki i przygotowywałam się do matury, i prawdą jest, że to czas ogromnego zagubienia. Wymaga się od nastolatków, by wiedzieli, co chcą robić po maturze, gdzie wybierają się na studia, do jakiego zawodu będą dążyć, a tymczasem mało kto zna odpowiedzi na te pytania. Ba! Już będąc na pierwszym roku studiów często idzie się przed siebie na oślep, wciąż nie mając pewności, czy wybrało się dobrze, czy to rzeczywiście coś, co chce się robić całe życie... Nie ma pewności, a sytuacji nie polepszają kolejni ludzie odchodzący z życia i zawodzący zaufanie. Pomnóżcie to sobie o oczekiwania, a dowiecie się, jaką bohaterką jest Nanette.
Może za długo się powstrzymywałaś, a potem musiałaś po prosu wybuchnąć. Może nie zostało już nic, co było pomiędzy. Czasami musimy używać brutalnych słów, bo inaczej nikt nas nie słucha.
Prosty język i niebanalna fabuła sprawiają, że jest to książka dla zagubionej młodzieży i również dla dorosłych, którym po jej przeczytaniu łatwiej będzie zrozumieć niesforne nastolatki. Niby każdy przechodził ten okres pełen wyborów i niewiadomych, błędów i ich konsekwencji, ale często wół zapomina, jak cielęciem był. To książka zmuszająca do refleksji nad sobą i otoczeniem, nad życiem i śmiercią, nad wyborami i przeznaczeniem. Fabuła przywiodła mi na myśl trochę powieść o Werterze, gdyż to właśnie Kosiarz balonówki był bodźcem, który pchnął w ruch wiele wydarzeń, a każdy czytelnik chciał upodobnić się do głównego bohatera. Tym bardziej młodzież powinna się z nią zapoznać, jest bardzo ciekawa i lekka, a jednocześnie może przydać się do obowiązkowej matury z języka polskiego! A ja... Ja nie mogę się doczekać, aż sięgnę po kolejną powieść Quicka!

wtorek, 4 października 2016

Wieczny Batman tom 2

Tak, tak. Owszem. Nie zrecenzowałem nigdy pierwszej części komiksu. Nie zrobiłem tego z prozaicznego powodu - brak wersji fizycznej. Komiksy elektroniczne czyta mi się bardzo niewygodnie, a przez tę niewygodę nie potrafię porządnie skupić się na jakości pisanego przeze mnie tekstu. Jakości, która zawsze jest u mnie na pierwszym miejscu. Niedawno otrzymałem tom drugi Wiecznego Batmana, więc postanowiłem się jednak przemóc i przeczytałem tom pierwszy w wersji elektronicznej, by poznać tę opowieść i móc ze spokojem serca zrecenzować kontynuację. Nie chciałbym przeciągać, dlatego też po prostu zaproszę was do tekstu. Przedstawiam wam Wiecznego Batmana tom drugi!

Tytuł: Wieczny Batman tom 2
Autor: Scott Snyder
Wydawnictwo: Egmont


Historia przedstawiona w tym komiksie to kontynuacja opowieści z tomu pierwszego. Hush, dawny przyjaciel Bruce'a Wayne'a, powraca do Gotham, by siać terror na wielu płaszczyznach i pokazać Batmanowi, że przewyższa go w praktycznie każdej sferze. Chce pokazać, że Gotham należy do niego. Zabandażowany mężczyzna zsyła wraz z pokaźnym wachlarzem czarnych charakterów plagę za plagą na to udręczone miasto. Ataki terrorystyczne, morderstwa, zarazy. Hush rzuca miasto na kolana i każe błagać o litość. Batman nie ma jednak zamiaru o nią prosić i z najbliższymi współpracownikami, takimi jak Batgirl czy Kobieta Kot, próbuje wyeliminować zagrożenie, które stwarza Hush.


Fabuła jest dość tajemnicza i intrygująca, ale nie jest ona najmocniejszym elementem komiksu. Są nim, co również po części dotyczy scenariusza, postacie. A żeby być bardziej skrupulatnym: sposób, w jaki zostały one napisane przez scenarzystę. Wydają się niezwykle złożone psychicznie. Ich charaktery zostały oddane w ludzki sposób, do którego niezwykle łatwo się nam odwołać podczas lektury. Każdy łotr ma motyw, który jest dla nas zrozumiały. Każdy bohater ma ambicje i ideały, które choć psują jego legendarność i idealność, to ukazują go jako zwykłego człowieka z problemami. Problemami często głębszymi niż problemy tych, których rzekomo mają chronić. Batman stracił pewność siebie. Nie jest przekonany o pewności swych poczynań. Nie jest pewien, czy będzie w stanie wyeliminować Husha. Przez dużą część komiksu Batman jedynie zatyka palcami dziury w tamie, z każdą chwilą woda wzbiera, a dziur jest więcej.

To walka z wiatrakami, ale walka niezwykle idealistyczna i piękna z samego tylko konceptu. Tak naprawdę opowieść jest brudna i trudna, jak większość tych, w których maczał palce Snyder (co zresztą kocham). Czyż jednak nie o to chodziło w samym założeniu stworzenia superbohaterów? By pokazywali nam, że z każdej sytuacji da się wyjść? Że zło zawsze da się odwrócić? Że zawsze warto walczyć do końca? Wieczny Batman ukazuje nam typową historię Snydera – trudną i brutalną, ale przekazującą nam poprzez strony dużo prawdy i wartości, które warto wziąć sobie do serca. Należy jednak, tak jak przy każdym zetknięciu ze sztuką, czytać między wierszami.



To rysunki są tym, co sprawiało, że pomimo wielu innych obowiązków nie potrafiłem oderwać wzroku od tego komiksu. Nie są zawsze dokładnie. Nie zawsze są bardzo estetyczne ani też nie wyglądają oszałamiająco w zestawieniu z takim Trybunałem Sów, ale robią coś znacznie, znacznie bardziej wyrazistego i mocnego niż rysunki przedstawione w Trybunale.... Są klimatyczne. Niezwykle klimatyczne. W każdym panelu zazwyczaj panuje delikatny półmrok. Rysunki są ciemne i szczere. Oddają szczegóły i nie idealizują wyglądu postaci. Zły – brzydki, dobry – śliczny. Tu nie ma tak łatwo. Hush - mimo zabandażowanej twarzy - jest przystojnym i dobrze zbudowanym mężczyzną, który przy Waynie nie wygląda ani trochę ubożej.

Powiecie, że wiele innych komiksów robiło to samo, i to wielokrotnie, prawdopodobnie nawet lepiej! Oczywiście, że tak. Żaden jednak komiks nie urzekł mnie tak mocno jak ten pod względem kolorystyki. Rysunki i kolory uzupełniają się w tym komiksie tak idealnie, że nie sposób nie wsiąknąć w całość już po kilku przeczytanych stronach. Żaden komiks wcześniej (poza czytanym równolegle komiksem Śmierć rodziny) nie był w stanie wywołać we mnie tak silnych emocji samym kolorytem panelu. Wieczny Batman to zrobił, atakując mnie raz ciemnymi, wyważonymi barwami, co wprowadza w melancholię w trybie ad hoc, a raz jaskrawymi, silnymi kolorami, które znacznie ożywiały i upłynniały akcję. Można więc powiedzieć, że jest to komiks, który wygrywa rysunkiem i kolorem. Wygrywa wizja artystyczna. Sama esencja komiksu – panele i ich składowe.

Wielokrotnie czułem, że komiks byłby w stanie mnie porwać nawet w sytuacji, w której nie byłoby w nim żadnych napisów. Mógłbym tak siedzieć, jak też, przyznaję, siedziałem, i wpatrywać się w żonglującą moimi nastrojami paletę barw. Siedzieć i podziwiać, kontemplując panel po panelu, zastanawiając się nad zamysłem, który przyświecał twórcy przy nałożeniu tego koloru na ten akurat element otoczenia. Bo każdy kolor buduje pewną konwencję i jest niezwykle ekspresyjny. Ten komiks żyje. Żyje i daje o tym znać z panelu na panel kolejną przemyślaną dawką barw. Niedokładny i nie zawsze estetyczny, ale jak klimatyczny! A przecież to właśnie klimat buduje nasze zainteresowanie całą resztą, czyż nie? Bez klimatu... cóż. Bez klimatu szybko od komiksu odpadniemy.

Wieczny Batman tom 2 to komiks świetny dla tych, którzy lubią szorstką kreskę i ciemne barwy, albo raczej różnorakie, brudne barwy, które idealnie żonglują emocjami czytelnika. Nie jest on też przeznaczony dla "estetycznych zboczeńców" czy osób, które cenią nieprzewidywalną opowieść. Nie powiedziałbym, że jest to komiks dla każdego, ale czy musi taki być? Są dzieła, które powinny trafiać w niszę. Nazwijcie mnie szaleńcem, ale czuję, że Wieczny Batman do takich komiksów właśnie się zalicza.